Kiedy ten tekst trafi do rąk Szanownych Czytelników, w szkolnych ławach zasiądą maturzyści, by egzaminem z języka ojczystego rozpocząć batalię o prawo do powiększenia coraz liczniejszego grona inteligentów pracujących miast i wsi.Takie kryterium obowiązywało w Peerelu i, o ile mi wiadomo, nikt go do tej pory nie odwołał. Za inteligenta uznawało się człowieka, który uzyskał wykształcenie średnie, czyli zdał maturę (bez matury posiadał wykształcenie niepełne średnie, ergo był inteligentem częściowo). Przymiotnik „pracujący” dodawało się obowiązkowo, by inteligenta dowartościować. W tamtym ustroju bowiem klasą przodującą była, jak wiadomo, klasa robotnicza. Potem w hierarchii mieliśmy chłopów i na końcu inteligencję, oczywiście pracującą. Przymiotnik ów dodawano, by zneutralizować dość powszechne w dwóch pozostałych klasach przekonanie, że inteligent nie tyle pracuje, co siedzi w biurze, popija herbatkę lub kawkę albo, w wersji skrajnie dla niego nieprzychylnej (tu przepraszam za wyrażenie, ale tak mówiono) „pierdzi w stołek”. I w ramach walki z tym niesłusznym przekonaniem, by klasy przodujące nieco przychylniej do inteligencji usposobić, podkreślano przy każdej okazji, że i ona, podobnie jak chłopi i robotnicy, pracuje. Zresztą trudno zaprzeczyć, że w odróżnieniu od czasów dzisiejszych, inteligent po uzyskaniu tego zaszczytnego tytułu nie miał absolutnie żadnych trudności z uzyskaniem tego, co dziś zwie się „miejscem pracy”. O jakości tej pracy nie będziemy się dziś wypowiadać. Pozycja inteligenta w tamtych czasach była mimo wszystko znacząca, bo była to grupa stosunkowo nieliczna. W naszym mieście dla przykładu funkcjonowały dwa licea ogólnokształcące (w póżniejszym okresie trzy). Nie było łatwo do takiego liceum się dostać, a tym bardziej je ukończyć. Ale jeszcze za Gierka pojawiła się idea upowszechnienia wykształcenia średniego w narodzie. I konsekwentnie w tym kierunku zmierzamy. Dziś do któregoś z licznych liceów dostać się może prawie każdy chętny. Niektórzy mogą mieć problemy z ukończeniem edukacji, ale to tylko kwestia samozaparcia. Ba, jak się człowiek uprze, to bez względu na posiadane talenty może nawet ukończyć uczelnię wyższą (bez wymieniania nazw). I jest to nawet łatwiejsze niż uzyskanie matury. Wiem, co piszę. Znam przypadki absolwentów, którzy maturę zdali w wielkich bólach, z pomocą Bożą i nie tylko, a dziś legitymują się wykształceniem wyższym! Może się w międzyczasie intelektualnie rozwinęli... Życie jest niestety brutalne. Tendencja do upowszechnienia wykształcenia średniego musi oznaczać obniżenie wymagań. Nagły przyrost uzdolnień w narodzie nie jest możliwy. To kwestia zmian genetycznych, a więc rozkładająca się na pokolenia. I może gra byłaby warta świeczki, gdyby nie obawa, że dzisiejsze obniżanie poprzeczki prowadzi jakby w kierunku odwrotnym. Nie słabi „podciągają się” do silniejszych, ale ci drudzy coraz bardziej na skutek zmniejszonego wysiłku umysłowego”głupieją”. W każdym razie pobieżna obserwacja zachowań dzisiejszej młodzieży zdaje się tę hipotezę potwierdzać. Ale tymczasem życzę maturzystom tradycyjnego połamania piór.
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze