Reklama

Felieton

22/05/2003 14:34

Za Peerelu furorę zrobiło powiedzenie „kup pan cegłę!”. Wylansował go film, w którym Roman Kłosowski w roli początkującego przestępcy składa taką „ofertę” przypadkowemu przechodniowi. Miała to być z założenia „propozycja nie do odrzucenia”: albo cegłę albo cegłą (w głowę).Transakcja nie doszła do skutku ze względu na niską wiarygodność oferenta: Kłosowski ze swoją posturą nie był w stanie przekonać „klienta”, iż zawartą w propozycji groźbę jest w stanie zrealizować. Rzecz cała działa się oczywiście przed wojną. W Peerelu, zwłaszcza wczesnym, jedyną formą „bandytyzmu” pokazywaną na ekranie było tzw. reakcyjne podziemie. Normalni obywatele zajęci byli odbudową kraju ze zniszczeń wojennych (głównie w czynie społecznym) i nie w głowie im były żadne wybryki. Całą tę historyjkę opowiadam ze względu na zdarzenie, które przytrafiło mi się wczoraj, a które jako żywo przypomina ową przedwojenną „ofertę”. Zresztą z podobnymi przypadkami Szanowni Czytelnicy stykają się niemal codziennie. Otóż zapukała do drzwi młoda kobieta z identyfikatorem na piersi, notatnikiem i torbą wypełnioną jakimiś gąbkowymi gruszkami czy innymi stworkami w rękach. Uraczyła mnie opowieścią, która z założenia miała doprowadzić słuchającego do łez i utraty kontroli nad swoimi czynami (oraz portfelem). Otóż bierze ona udział w akcji charytatywnej, której celem jest wsparcie domu dziecka gdzieś - tam (nie pamiętam). Dom ów jest w opłakanej kondycji finansowej i dlatego instytucja, którą reprezentuje, od lat wspiera go materialnie (co mogę sprawdzić telefonicznie). Oczywiście dysponuje stosownym upoważnieniem na piśmie, tudzież innymi dokumentami potwierdzającymi jej wiarygodność. Może i dałbym się uwieść owym opowieściom, gdybym dokładniej nie przyjrzał się owej piersi z identyfikatorem. A wystarczyło przeczytać nazwę instytucji organizującej ową akcję. Dokładniej: literki S.C. (spółka cywilna). Zatem nie żadna organizacja charytatywna, a normalna firma, prowadząca normalną działalność gospodarczą, polegającą w tym wypadku na sprzedaży paskudełek z gąbki po dziewięć złotych za sztukę. Tyle sobie życzyli! Oczywiście klient nie kupował owej gąbki, tylko wpłacał dziewięć złotych na szlachetny cel, a gąbkę otrzymywał gratis, jako „cegiełkę” potwierdzającą dokonanie wpłaty. Firma, rzecz jasna, nie przekazywała domowi dziecka całego utargu ale, jak głosiło przedstawione przez akwizytorkę (nazwijmy rzecz po imieniu) pismo, część zysku. Jaką, tego pismo nie precyzowało. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że taka gąbka u producenta może kosztować góra złotówkę, było się czym dzielić. I nie wątpię, że zgodnie z treścią pisma część zysku trafiła do domu dziecka. Ile - nie wiem, ale nietrudno się domyśleć, że właściciele tego biznesu krzywdy sobie nie robią. Bo, jak głosi znane twierdzenie ekonomiczne, działalność charytatywna (szczególnie ta firmowana przez państwo) to najlepszy interes dla tych, którzy ją organizują (a znacznie gorszy dla wspomaganych). Jak widać, nie tylko państwowi „społecznicy”, ale i prywatni „biznesmeni” potrafią tę prawidłowość skutecznie wykorzystać.

Jerzy Ogonowski

Reklama

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości