Znowu rozgorzała dyskusja na temat zasług najświętszej ikony polskiej transformacji gospodarczej – Leszka Balcerowicza, długoletniego ministra finansów, wicepremiera, szefa Narodowego Banku Polskiego, a przede wszystkim głównego ekonomisty kraju, który kreował przez lata kierunki fiskalnej polityki Najjaśniejszej III RP. I znowu okazało się, że o Profesorze nie wolno mówić inaczej jak tylko dobrze (skąd my to znamy?). A kto by się odważył wytknąć geniuszowi jego polityczną przeszłość i mizerne efekty jego strategii schładzania gospodarki (odważył się Jacek Kurski, odważył się ostatnio Prezydent) jest oszołom i już. Wytknięto więc Profesorowi przy okazji i jedno i drugie, ale nie na tyle mocno i wyraźnie, by przeciętny zjadacz chleba, któremu na ten chleb pod panowaniem najczcigodniejszego pana Balcerowicza nierzadko brakuje, zorientował się, czy Profesor dobrze rządził, czy źle, ma zostać, czy ma odejść? Odejdzie niechybnie, kadencja pana Profesora jako szefa NBP kończy się w styczniu przyszłego roku, a Prezydent, ku rozpaczy pewnych środowisk (czy nie stąd ta burza?) nie zamierza przedłużać współpracy z szanownym panem.
Gdyby zatem ktoś nie wiedział, jak oceniać dorobek pana Profesora, przypomniano nieprzecenione zasługi głównego stratega budowania polskiego wolnego rynku. Nie jest przy tym ważne wcale, że wyszedł z tego budowania rynek niepodobny trochę do prawdziwie wolnych rynków, ale dzięki temu możemy przecież poszczycić się naszym własnym, oryginalnym narodowym wolnym rynkiem. Ale skoro zabrakło już na początku transformacji prawdziwych specjalistów od prawdziwie wolnych rynków, należało zadowolić się tym, co było pod ręką, czyli panem Balcerowiczem, którego przecież socjalistyczna ojczyzna wykształciła sobie już wcześniej na zachodnich marksistowskich uniwersytetach, jakby przewidziała, że kiedyś jej się to bardzo przyda. Efekt tego jest taki, że mamy w końcu Balcerowiczowski wolny rynek, z którego nie wiadomo dlaczego nadal setki tysięcy młodych rodaków woli czmychnąć gdzie pieprz rośnie, to znaczy na prawdziwie wolny rynek amerykański, brytyjski albo irlandzki. Dlaczego ci ludzie nie potrafią docenić zasług pana Balcerowicza i wyrządzają mu taki afront, nawet wbrew temu wszystkiemu, co o Profesorze mówi Hanna Gronkiewicz Waltz, a wygląda na kobietę zorientowaną. Dlaczego zatem młodzi i twórczy nie chcą pozostać na miejscu, by tu w kraju mocnej złotówki, niskiej inflacji i „niskich podatków” (tylko takie preferuje pan Profesor) – idealnych chyba warunków dla wolnej przedsiębiorczości – rozwijać swą kreatywność gospodarczą i cieszyć się owocami swej pracy?
Ostatnio odwiedził Polskę dwukrotny premier Estonii Martin Laar. Nie zrobiło się przy tej okazji głośno, a sala wykładowa w sejmie, gdzie twórca estońskiego cudu gospodarczego miał wykład, świeciła pustkami. Nie byli zainteresowani jego receptą na sukces kraju ani politycy lewicy ani centroprawicy. Cóż takiego doradza Laar naszym politykom? Ano proszę posłuchać. Po pierwsze ustawowy zakaz istnienia deficytu budżetowego (nie można żyć na kredyt). Po drugie całkowite odsunięcie od władzy byłej nomenklatury, czyli wszystkich członków PZPR i agentów SB (czy dlatego takie pustki na wykładzie?). Po trzecie prywatyzacja i reprywatyzacja, dalej podatek liniowy z jednoczesną likwidacją podatku od przedsiębiorstw i uproszczeniem PIT-u do tego stopnia, by dało się go wypełnić w parę minut i wystarczyło wysłać przez Internet, całkowita likwidacja ceł (wylęgarnia korupcji), zniesienie wszystkich dotacji do przedsiębiorstw (albo wydajna praca albo śmierć). Tak radzi się gospodarzyć najzdolniejszy uczeń Margareth Thatcher, nie ekonomista nawet, tylko historyk, który mówi o sobie, że przeczytał w życiu tylko jedną książkę z ekonomii – „Wolny wybór” Miltona Friedmana i według niej zrobił reformę w Estonii, będąc przekonanym, że wszystkie kraje Zachodu działają według opisanych tam reguł.
Nie wiem, ile książek przeczytał w życiu Leszek Balcerowicz, ani ile napisał, choć o tym jakoś cicho, ale nie były to chyba najlepsze książki. Po Balcerowiczu, na długo przed jego odejściem, już wylewa się łzy, a exodus polskiej młodzieży po 17 latach jego panowania trwa. Kto ma rozum, niech się opamięta.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze