Stara mądrość mówi, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Ale próbować trzeba, choćby skutek miał być mizerny. Spróbował pan Prezydent na drugim etapie swego objazdowego tournée (ile to kosztuje podatników?) na rynku w Toruniu.Zmuszony odpowiadać na dosyć kłopotliwe pytanie wypowiedziane przez kogoś w tłumie zgromadzonym wokół Kopernika - “Tyle wokół biedy, z każdym rokiem coraz więcej, kto zaręczy, że po wejściu do Unii będzie lepiej?” - odrzekł w jakże rozbrajającym stylu, godnym sztuki z gatunku political fiction: “Ależ, proszę się nie obawiać. Przecież wzrost gospodarczy po wejściu do Unii będzie wynosił ponad 5 procent rocznie, to oznacza więcej miejsc pracy, to oznacza więcej pieniędzy w budżecie”. Znam co przyzwoitość, dlatego w ferowaniu tak świetlanej przyszłości dla jednego z najbiedniejszych przyszłych członków Unii radziłbym większą powściągliwość (a nawiasem mówiąc: kto za ten bałagan powstały po 13 latach transformacji odpowiada?). O wzroście na poziomie 5 procent (wywróżonym chyba z fusów) może pomarzyć dzisiaj każde z państw Unii. My mieliśmy jeszcze wyższy wzrost w połowie lat 90. (nawet 7 procent), po dostosowaniu naszego prawa do norm unijnych również nasz wzrost dopasował się do unijnych standardów i dusimy się między 1 a 2 procent, czego efektem spadek produkcji, wzrost bezrobocia, postępująca pauperyzacja, spadek konsumpcji, spadek produkcji… itd., błędne koło chocholego tańca w polskim piekiełku. W jednym tylko Pan Prezydent mógł się nie pomylić, co napawa ogromnym niepokojem. Więcej pieniędzy w budżecie, proszę Państwa, oznacza jeszcze mniej pieniędzy w naszych kieszeniach, a więc postęp w ubożeniu społeczeństwa. Może to jest nazbyt prosty sposób rozumowania, niezgodny z oświeconą myślą polityczno - ekonomiczną naszych czasów, ale mam wrażenie, że dosyć zbieżny z powszechnym doświadczeniem tych, którzy muszą przeżyć miesiąc za kilkaset złotych. Skąd więc ma się wziąć ten nagły przypływ gotówki w budżecie? Rzecz jasna z podatków. Ale jak, skoro mają być niższe? Oficjalna prawda głosi, że każde państwo Unii prowadzi własną politykę podatkową, Unia określa tylko stawki minimalne. Nie wiem zatem dlaczego od magicznej daty “1 maja 2004 roku” Ministerstwo Finansów planuje wzrost stawki VAT-u na ogromną ilość produktów i usług. Przykładowo z 7 do 22 proc. na materiały budowlane, artykuły dziecięce ( odzież, pieluchy, tornistry, przybory szkolne, wózki, kosmetyki dla niemowląt), niektóre artykuły medyczne (aparaty do pomiaru ciśnienia, strzykawki, opatrunki, okulary), instrumenty muzyczne, ogłoszenia prasowe dla osób fizycznych, usługi geodezyjne i kartograficzne, niektóre usługi w budownictwie, niektóre usługi prawne; z 3 do 22 proc. na środki produkcji rolnej (pasze, nawozy, maszyny rolnicze); z 3 do 7 proc. na produkty rolne (warzywa, owoce, zboża, mięsa, jaja); stawką 7-procentową zostaną objęte nowe dziedziny: imprezy sportowe, koncerty, spektakle teatralne, a nawet usługi pogrzebowe. A więc państwo będzie zarabiać nawet na ludzkim nieszczęściu. Możemy się rzecz jasna domyślać, że na tym nie skończy się postęp fiskalnego ucisku polskiego społeczeństwa i nic naprawdę nie wskazuje, by Unia wyzwoliła nas od tego nieprawdopodobnego poddaństwa, w które wtłaczają nas od parunastu lat kolejne ekipy oświeconych ekonomistów i polityków, którzy zbankrutowawszy na wysługiwaniu się Moskwie, poszli teraz na służbę do Brukseli. Chciałbym wierzyć prounijnym prorokom, któż bowiem nie chciałby żyć lepiej, ale nie przekonuje mnie łatwa wizja unijnego szczęścia, nie poparta rzeczowymi argumentami, przeciwko której przemawiają nieudolnie wyżej przytoczone liczby. Tym razem spróbuję zaufać liczbom. Czy słusznie? To okaże się już za parę lat.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze