Po ubiegłorocznym festiwalu polskiego kina w Gdyni robiłem sobie niepotrzebnie apetyt na obejrzenie słynnej „Pornografii” Kolskiego – Gombrowicza, obsypanej nagrodami „Warszawy” oraz paru innych filmów. Niepotrzebnie, bo żadne z tych dzieł do naszego kochanego miasta, w którym mieszka według najnowszych badań, nie bagatela, 127 tysięcy ludzi, nie dotarło na dużym ekranie do dziś, aż w końcu po paru miesiącach można je było dostać legalnie na płytach albo kasetach. No cóż, jakie miasto, takie filmy. Jakie miasto, taka kultura i takie starania o nią.
Ale chyba idzie w końcu ku lepszemu. Już w październiku zobaczymy rewelację tegorocznego gdyńskiego festiwalu – „Pręgi” Magdaleny Piekorz według świetnej prozy młodego Wojciecha Kuczoka, no i oczywiście tak oczekiwanego „Mojego Nikifora” Krzysztofa Krauze. Oczekiwanego, bo rozbudza ciekawość i męska rola niezwykłej Krystyny Feldman, i sama postać malarza prymitywisty Nikifora Krynickiego, analfabety, nędzarza, który niczym Norwid wbrew wszelkim okrutnym przeciwnościom losu potrafił żyć godnie, obracać się w wysokich rejonach sztuki i niebiańskich wartości. Oj, jak potrzeba nam dzisiaj takiego filmu i takiej postaci, by w chaosie współczesnego świata, przygniatającej propagandy prokonsumpcyjnego stylu życia i w klimacie coraz większego zamętu ideowego dostrzec ten ulotny błysk ładu, sensu, tę szczelinę, która oddziela nas od tego, co duchowe i dobre, a co tylko z pozoru wydaje się nierzeczywiste i nieatrakcyjne. Można więc tylko dziękować nowemu właścicielowi odwagi raczenia nas tak szybko kinem tak wartościowym. Należy oczekiwać, że z oferty będą chcieli skorzystać mieszkańcy miasta i dostrzeże ją także młodzież szkolna. Jest niepowtarzalna okazja, by wychowywać przez obcowanie z wielką sztuką, która podprowadza nas ku porządkowi prawdziwych wartości przez zdolność wzbudzania głębokich wzruszeń. Czekamy teraz na kolejną edycję objazdowego festiwalu „Nowe Horyzonty”, zapowiada się nadzwyczaj ciekawie.
Nie gorzej poczyna sobie Płocka Orkiestra Symfoniczna pod nowym kierownictwem i w nowej siedzibie. Ciągle coś ciekawego proponuje Książnica Płocka. We wrześniu pięknie pożegnała Czesława Miłosza niezwykłą prelekcją-medytacją Waldemara Smaszcza, a tragicznych poetów wojny i Powstania Warszawskiego przywróciła naszej pamięci poruszającym słowem Bohdana Urbankowskiego. A co z Płockim Ośrodkiem Kultury i Sztuki, o którym coraz głośniej ostatnio, ale niestety za sprawą głosów krytyki, które przemykają przez media i padają z trybuny Rady Miasta? Minęło bowiem dopiero kilka miesięcy od objęcia władzy przez nowe kierownictwo, a to już zdążyło sobie narobić kłopotów i wrogów. Dobierają mu się do skóry, nie wiadomo, czy słusznie, radni, zarzucając „wyjątkową mizerię proponowanych imprez kulturalnych w mieście”. Z tą mizerią to może przesada, bo zdarzają się takie perełki jak Festiwal Muzyki Jednogłosowej, nie słyszałem jednak o innych wybitnych realizacjach własnych, ani o jakichś szczególnych postaciach działalności impresaryjnej, która pozwoliłaby nam uczestniczyć w kulturze tworzonej poza naszym miastem – w piosence aktorskiej, dobrym kabarecie, muzyce, czy wreszcie w dobrym teatrze, choćby tym offowym, bo dużo tańszy, a tyle dobrego w nim się dzieje. I możemy sobie o tym czytać w prasie, w profesjonalnych czasopismach i w ostateczności jechać i oglądać daleko od naszego miasta, jeśli mamy na to ochotę albo czekać do maja na kolejną edycję znakomitego MORF-u. A przecież taka wymiana to rzecz normalna i ostatecznie nikt nie oczekuje, by korzystać z niej za darmo. I od czegoś w końcu jest też Fundusz Grantowy i może w końcu i z niego dla płockiej kultury wyniknęłoby coś ważnego i atrakcyjnego jednocześnie, podawanego przy tym nieco częściej.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze