Płyty azbestowo-cementowe, którymi nadal pokrytych jest wiele dachów prywatnych domów, to bomby z opóźnionym zapłonem. Skutki działania rakotwórczego eternitu na organizm odczujemy nie tylko my, ale także następne pokolenia. I choć doskonale wiadomo, że trzeba się pozbyć tego typu okryć dachów, to nadal wymiana postępuje bardzo wolno, często nie tylko z powodu opieszałości właścicieli domów. Na terenie całego kraju jest jeszcze mnóstwo domów pokrytych płytami azbestowo-cementowymi. Wszystko zaczęło się w latach 60., kiedy myślano, że eternit ma same zalety. Był tani, trwały, odporny na bardzo niską i wysoką temperaturę, na ogień i korozję. Można go było używać do pokrycia dachów, także jako okładziny elewacji budynków, rur i kanałów wentylacyjnych. Już wtedy wiedziano, że ma tylko jedną wadę: jest rakotwórczy, ale ta wiedza w Polsce nie była rozpowszechniana. Dopiero w 1998 roku podano oficjalnie, że jest szkodliwy, a rok później wydano rozporządzenie o zakazie obrotu płytami azbestowymi. Kolejne akty prawne określiły warunki dopuszczające stosowanie wyrobów zawierających azbest, ale – zgodnie z dyrektywą unijną – tylko do końca 2032 roku. Jednak wystarczy rozejrzeć się dookoła, by zauważyć, że nadal jest wiele pokryć dachowych z tego szkodliwego materiału. Bo żeby zdjąć stary dach, najpierw trzeba kupić nowy, a to wydatek nie mniejszy niż 15 tys. zł, a biorąc pod uwagę konieczność dodatkowych prac, to nie ma możliwości dokładnego określenia górnej granicy kosztów. W niektórych gminach utworzono nawet specjalne fundusze, by dofinansować przedsięwzięcie, ale i tak nie każdego stać na taki wydatek. Proces postępuje powoli, bo nie jest tajemnicą, że nieruszany azbest, który od lat leży na dachu budynku, jest szczególnie niebezpieczny dopiero wtedy, gdy zostanie uszkodzony (co może się stać podczas jego usuwania). I tu docieramy do problemu naszej czytelniczki. Na terenie jej działki od kilku miesięcy leżą płyty pierwotnie opakowane, ale dziś już uszkodzone, bo poddawane wpływowi zmiennych warunków atmosferycznych: mrozu, deszczu, wiatru i wysokich temperatur. Jej zdaniem nie jest wykluczone, że mogą mieć one wpływ na organizm ludzi mieszkających w pobliżu. Nasza czytelniczka mieszka w Borowiczkach. Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze