Osoby, które mają problemy ze zdrowiem, całe swoje życie podporządkowują chorobie. Najpierw szukają pomocy u lekarzy, potem stosują różne terapie. Jednak w wielu przypadkach choroby są tak absorbujące, że przez lata trzeba korzystać z pomocy placówek służby zdrowia.
Nasz czytelnik twierdzi, że rzadko się skarży, ale po prostu musiał opisać to, co spotkało go w sobotę, 23 lipca w płockim szpitalu na Winiarach, by stało się to przestrogą dla znajdujących się w podobnej sytuacji osób. I zapewnia, że nie jest to szkalowanie szpitala, a przedstawienie smutnych faktów z życia.
- Mieszkam w Płocku. Mam 47 lat i jestem pacjentem onkologicznym, cierpię na nieuleczalny nowotwór złośliwy kości – rak, szpiczak plazmocytowy. Wykryto go w 2019 roku, po usunięciu guza w trzonie kręgosłupa w bródnowskim szpitalu w Warszawie. Leczyłem się w Wojskowym Instytucie Medycznym na Szaserów w Warszawie. W 2020 roku przeszedłem dziewięć cykli chemioterapii w szpitalu na Winiarach w Płocku. Były to tzw. pobyty dzienne, na co zgodził się WIM w Warszawie. Potem był autoprzeszczep komórek macierzystych w październiku 2020 roku w WIM – opisuje swoją chorobę pan Marek.
Pan Marek zdradza, że według statystyk jest 80 proc. przypadków nawrotów w ciągu dwóch lat od przeszczepu. - Właśnie „załapałem się” na statystyki i mam nawrót. Od tygodnia kolejna chemioterapia, ale tym razem muszę w poniedziałki i piątki jeździć do Warszawy do WIM. Ze względu na problem z żyłami, których po prostu nie widać przy tej chorobie, stosuje się wkłucie „długotrwałe”, tak zwany PICC. Jest to jednoświatłowy cewnik do wkłuć centralnych, wprowadzany z dostępu obwodowego, przeznaczony do średnio i długoterminowego centralnego dostępu dożylnego – wyjaśnia. - Wyjaśniając tak po ludzku, cienka żyłka wprowadzona jest operacyjnie w przedramię do żyły i żyłą na długość około 40 cm do serca. Pozwala to na swobodne życie, nie przeszkadza w codziennych czynnościach, a poza tym jest wygodne dla pielęgniarek w trakcie podawania kroplówek z chemioterapią czy nawet pobierania krwi – kontynuuje nasz czytelnik.
W tym miejscu dochodzimy do sedna problemu. PICC wymaga specjalnego opatrunku, który zapobiega zakażeniu, i który musi być zmieniany co 10 dni. Cewnik PICC założono panu Markowi w poniedziałek, 18 lipca w WIM w Warszawie, tam też zmieniono (w piątek, 22 lipca) opatrunek celem kontroli.
Jak się okazało, był to początek problemów naszego czytelnika.
- Pacjent musi monitorować stan opatrunku, który jest częściowo przezroczysty, czy nie ma jakichś wycieków. W sobotę rano zauważyłem w dolnej części opatrunku sporo krwi. Pojechałem więc do płockiego szpitala po pomoc. Niestety, okazało się, że oddział jest w sobotę zamknięty. Poszedłem na SOR. Po moich obszernych wyjaśnieniach, w czym tkwi problem, bardzo miła pani pielęgniarka próbowała znaleźć kogokolwiek z oddziału onkologii. Bardzo się zdziwiła, że w weekend oddział jest nieczynny. Po konsultacji z lekarzem dyżurnym stwierdziła, że nie są w stanie mi pomóc. Po prostu nie mają wiedzy na temat reagowania w takim przypadku – opisuje swoje problemy pan Marek.
(...)
Jol.
Fot. www.freepik.com

Kup e-wydanie Tygodnika Płockiego
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Miasto przekaże 7 mieszkań dla uchodźców?zapewne nowe mieszkania lub wyremontowaney staramy się o zamianę na większe to słyszymy w odpowiedzi że nie ma wolnych lokali.Niech odpowie mi ten łysy dobrodziej czy jest dobrym gospodarzem?
Im tylko podwyżki w głowie
Miasto przekaże 7 mieszkań dla uchodźców?zapewne nowe mieszkania lub wyremontowaney staramy się o zamianę na większe to słyszymy w odpowiedzi że nie ma wolnych lokali.Niech odpowie mi ten łysy dobrodziej czy jest dobrym gospodarzem?
Im tylko podwyżki w głowie