Reklama

Chciałam być bliżej sceny

31/03/2021 17:20

Z Aurelią Greń, suflerką i inspicjentką w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku rozmawia Lena Szatkowska

Czy tak jak aktorzy zabiera pani egzemplarz nowej sztuki do domu?
Zależy od ciężaru tekstu. Głównie pracuję na próbach. Nieraz biorę ze sobą. Teraz robimy „Bambini di Praga” Hrabala. To spektakl dyrektora Mokrowieckiego przygotowywany na Międzynarodowy Dzień Teatru, z oczywistych względów przesunięty na kwiecień. 
Używam ołówka, bo dyrektor potrafi do ostatniego momentu zmieniać, przywracać, skreślać. Zaznaczam sobie, gdzie koniec muzyki, gdzie długa pauza, usuwam didaskalia. Do 14. próby aktor ma prawo się mylić. Na kolejnych już nie powinien. Nasi aktorzy za punkt honoru stawiają sobie perfekcyjne opanowanie tekstu. Bez tego nie mogą budować postaci. Ale bywa, że w czasie spektaklu aktorowi wpadnie do głowy jakaś inna myśl. Jeśli dojdą do tego stres i trema, nagle robi się biała plama. Wtedy pomagam. 

W dawnym teatrze sufler podpowiadał z umieszczonej na proscenium budki i był niewidoczny dla publiczności. Gdzie ukrywa się teraz?
W budce było na pewno lepiej. Widziało się scenę i głos szedł, gdzie trzeba. Teraz sufluje się zza kulis. Dobrze stamtąd widać aktorów, nawet pierwszy rząd krzeseł. Były przedstawienia, gdzie suflowało się z widowni, zwłaszcza w starym teatrze, jeszcze przed remontem. To zawsze jest krępujące, bo ktoś siedzi obok, słyszy i widzi przewracające się kartki. Głosu suflera nie powinno być słychać. Chyba, że artysta sam ma problemy ze słuchem. Wtedy i czternasty rząd usłyszy podpowiedź. 
Na małej scenie sufler kryje się w kulisach. A gdy scenografia na to nie pozwala, nie ma go w ogóle i aktorzy nie mogą liczyć na pomoc, muszą znać tekst. Tak jest w nowej sztuce „Wszystko o mężczyznach” Gavrana. 
Aktorom zdarzają się czasem „sypki”. Suflerowi – niespodzianki. Pamiętam taką sytuację, gdy graliśmy „Dom kobiet” w reżyserii Dzienisiewicza. Zmarł w tydzień po premierze, i zdecydowano, że kolejne przedstawienie będzie w hołdzie dla niego. Sufluję i naraz słyszę, jak szeleści kurtyna. Coraz bliżej ten niepokojący szelest. Ogarnął mnie strach, omal nie wpadłam na scenę. I raptem wysuwa się ręka z czekoladą. To nie był duch reżysera. To aktorka Marta Woźniak dziękowała, że podpowiedziałam jej kwestię. 

Reklama

Kiedy zdecydowała pani, że chciałaby pracować w teatrze?
Zawsze mi się marzył. Byłam dyrektorem GOK-u w Radzanowie, chodziłam do studium kulturalno-oświatowego w Płocku, gdzie teatru uczyła Elżbieta Ciółkowska-Ćwik, która pracowała w dziale literackim. Wiele razy rozmawiałyśmy po zajęciach. Kiedyś odważyłam się zapytać, czy nie byłoby dla mnie pracy w teatrze. Znalazło się miejsce w organizacji widowni. To był rok 1983. Umowę podpisywałam z dyrektorem Jerzym Stępniakiem. Kolejny dyrektor Tomasz Grochoczyński zapytał, czy chcę pracować przy scenie. Ewa Cichocka przechodziła do sekretariatu i był wakat suflera. Teraz łączę funkcje suflera i inspicjenta. Wymieniamy się z Dianą Mąką. Raz ona sufluje, raz ja. 

Która rola jest ciekawsza?
Inspicjent to taki szef przedstawienia. Woła aktorów na scenę. Dźwiękowcy i oświetleniowcy mają wszystko w komputerze, ale jak są jakieś zmiany, trzeba ogarniać całość. To jest bardziej techniczne zajęcie, ale mamy swoją garderobę i już nie piszemy raportów na kolanie jak kiedyś. Sufler skupia się na tekście, na aktorach. Ja zawsze mówię, że ten zawód suflerski jest bliżej sztuki. 

Reklama

Gdzie można się nauczyć podpowiadania?
Tylko w praktyce. Moim pierwszym przedstawieniem był „Świętoszek” Moliera. Zaczęłam od drugiej generalnej. Tytułową rolę grał młody Jacek Mąka. Suflowałam jeszcze z widowni i to była katastrofa. Wtedy dopiero się uczyłam. Jurek Bielecki (Orgon - przyp. aut.) w którymś momencie zapomniał tekstu, a ja nawet nie wiedziałam, jak mu podpowiedzieć. Miałam wyrzuty sumienia, bo to potworne uczucie nie uratować kolegi. Na szczęście pomogli inni aktorzy i chwała im za to. Przedstawienie poszło dalej. Po spektaklu przeprosiłam Jurka. Nie miał pretensji. To był przesympatyczny człowiek. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, wesoły. Dobra stara szkoła. Tak samo Andrzej Stendel. Zostawiał opłatek na scenie, gdy zbliżały się święta. Mówił, że to teatralny zwyczaj. 
Na początku szukałam pomocy u doświadczonego suflera Andrzeja Czaplarskiego. Chciałam, żeby mi pokazał, na czym to polega. Chwilę pomyślał i mówi: „No wiesz, bierzesz egzemplarz i suflujesz”. Teraz rozumiem, że nie mógł powiedzieć inaczej. 
Dobrą szkołę dostałam od Dzienisiewicza podczas pracy nad „Domem kobiet”. Nieźle mnie wtedy gonił, obsztorcowywał, żebym podpowiadała całymi zdaniami. Więc się spinałam i wszystko grało. 
Wiele sztuk znałam na pamięć, automatycznie przewracałam kartki, wiedziałam, na czym się kończy strona. Kiedyś pojechaliśmy na Ukrainę śladami Fredry. Dotarliśmy do teatru we Lwowie, gdzie Jurek Bielecki stawiał pierwsze kroki w zawodzie. Dyrektor teatru dowiedział się, że przyszli z wizytą Polacy, a wśród nich aktor, który tu zaczynał i wpuścił nas na widownię. Jurek z dyrektorem Grochoczyńskim odgrywają scenę z „Zemsty”. Jurek jest Rejentem, Grochoczyński – Papkinem. W pewnym momencie Jurek tak się wzruszył, że zapomniał tekstu. Podpowiedziałam mu wtedy z głowy, bo Fredrowską frazę zapamiętywało się łatwo. I tak to nawet we Lwowie żeśmy zagrali. 

Ma pani swoje ulubione spektakle?
 

Reklama


Kup e-wydanie Tygodnika Płockiego .
Działamy i piszemy dla Ciebie.  W czasie utrudnionego dostępu do punktu sprzedaży gazet pomóż nam przetrwać pandemię koronawirusa.

fot. Waldemar Lawendowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości