Reklama

Cassandra z dobrą nowiną

23/04/2002 12:49
Nowy album Cassandry Wilson to jedna z tych płyt, które przywracają stale zaburzane w świecie kultury masowej proporcje między muzyką wykonywaną z potrzeby serca i przy wsparciu prawdziwego talentu, a jednorazowym, czysto komercyjnym produktem, któremu w gruncie rzeczy wszystko jedno, czym jest, hamburgerem czy kompaktowym krążkiem, byle tylko się sprzedał.Żyjemy w epoce wszechobecnych, bezwstydnie natarczywych mediów. Co i rusz jakieś pospolite zdarzenie ma ambicję stać się sensacją, a każdy przeciętny zjadacz chipsów i coca-coli ma szansę zostać bohaterem telewizyjnego programu. Jedynym ratunkiem dla zdrowego rozsądku – w obliczu szaleństwa reklam, zalewu rozdętych ponad miarę faktów albo banalnych przejawów głupoty polityków czy popularnych artystów, którym nadaje się rangę wydarzenia tygodnia – wydaje się zatem sceptyczny dystans, w razie potrzeby wsparty zbawienną dozą ironii. Zdarza się jednak i tak, że cały sceptycyzm i ironię diabli biorą, a wstępne uprzedzenia i obawy przed schwytaniem na haczyk sztucznie wykreowanej mody ustępują pod wpływem kontaktu z samym sednem wydarzenia – w tym przypadku z muzyką. Światek wielbicieli jazzu, aczkolwiek stosunkowo mało podatny na typowe rynkowe manipulacje – jak atakujące zmysły lawinowym, komputerowym montażem teledyski albo seksownie uśmiechnięte i w miarę możności nieletnie dziewczęta na okładkach płyt – kręci się napędzany siłą łagodnego i skądinąd nader pożytecznego snobizmu. Spece od reklamy i marketingu wykorzystują to coraz częściej. Wystarczy tylko wokół płyt któregoś ze znanych jazzmanów wytworzyć odpowiednio zagęszczoną aurę wtajemniczenia, na poły mistycznego klimatu dla wybranych (któż z nas nie chce dołączyć do grona wtajemniczonych i namaszczonych?), a możliwy staje się sukces na miarę gwiazdorów muzyki pop. Wystarczą przykłady muzyków takich jak Pat Metheny, Herbie Hancock czy Wynton Marsalis, których płyty sprzedają się dziś w nieosiągalnych wcześniej w jazzie nakładach, choć z artystycznego punktu widzenia wydają się mdłe i nijakie, tym bardziej, jeśli porównać je z najświetniejszymi osiągnięciami tych wykonawców sprzed lat. Szczęśliwie z Cassandrą Wilson - obwołaną przez dziennikarzy tyleż szumnie, co nie całkiem z sensem następczynią Elli Fitzgerald - tak się nie dzieje, a medialny szum nie przysłania oryginalności ani artystycznej rangi jej kolejnych wydawnictw. To samo dotyczy najnowszej płyty wokalistki ˝Belly Of The Sun˝. Podobne albumy pojawiają się na rynku raczej nieczęsto, ale być może dzięki temu zachowane zostają kolejne ważne proporcje. W końcu równie rzadko zdarzają się inne tak bezpośrednie, poruszające do głębi uczucia, którym udaje się wydostać z zamkniętych klatek naszych umysłów i serc, by znaleźć drogę do innych. I całe szczęście, bo inaczej rosnąca temperatura ludzkich emocji spaliłaby tę niewielką planetkę na popiół. Do awangardy i z powrotem Kariera pięknej, czarnoskórej wokalistki rozpoczęła się na początku lat 80-tych w muzycznych klubach Nowego Jorku. Wykonywała tam jazzową klasykę (utwory Irwinga Berlina, Jerome´a Kerna, Milesa Davisa, zebrane po latach na składankowym albumie ˝Song Book˝), jednocześnie coraz śmielej zwracając się w stronę tego, co w skostniałe schematy tej muzyki, na jej zatęchłe przez lata pokoje wpuszczało choć odrobinę świeżego powietrza. Były to z jednej strony elementy rapu i hip hopu (uwolniona z cugli swoboda rytmiczna i nie hamowana dobrymi manierami ekspresja wykonawcza), z drugiej zaś wycieczki w stylu free (opuszczające bezpieczne obszary tonalnego porządku, emocjonalne improwizacje pod hasłem ˝co tam komu w duszy gra˝). Wokalistce udało się wówczas zebrać doborowy skład muzyków towarzyszących (m.in. saksofonista Steve Coleman, kontrabasista Lonnie Plaxico, perkusista Mark Johnson), którzy w przeciwieństwie do większości młodych artystów nie dlatego zostali radykalnie awangardowi, bo nie umieli porządnie grać na żadnym instrumencie. To połączenie pionierskiej pasji poszukiwaczy nowych brzmień i wykonawczej ekstrawagancji z budzącym szacunek warsztatem zaowocowało szeregiem albumów, tworzących dziś kanon nowojorskiej awangardy tamtego okresu (jak ˝Point Of View˝, ˝Blue Skies˝, ˝She Who Weeps˝). Minęło jednak dziesięć lat i Cassandra Wilson – starsza, dojrzalsza, bogatsza w muzyczne i życiowe doświadczenia – zaskoczyła słuchacza całkowitą zmianą środków wyrazu i estetycznych upodobań. Zbiegło się to z podpisaniem kontraktu z legendarną wytwórnią płytową Blue Note, znaną ze współpracy z największymi gigantami jazzu. Po ukazaniu się drugiej nagranej dla Blue Note płyta ˝New Moon Daughter˝, która przyniosła wokalistce światową sławę, okazało się, że szlachectwo zobowiązuje, a ona sama została zaliczona do elitarnego kręgu klasyków gatunku. Wydany w 1995r. ˝New Moon Daughter˝ był albumem zaiste przełomowym, wytaczającym nowe szlaki i pozwalającym myśleć o jazzie raczej jako o sposobie pojmowania oraz odczuwania muzyki i życia, niż jako o uwięzionym w sztywnych ramach stylu. Niebywałe bogactwo repertuaru (od tradycyjnych bluesów i utworów country, przez oryginalne wersje rockowych standardów, aż po własne ballady, z finezją i taktem łączące folkowy klimat i swingującą jazzową pulsację) zostało połączone w nader zwartą i przekonującą całość dzięki sugestywnemu, intymnemu klimatowi akustycznych aranżacji, wzmocnionemu przez rewelacyjną studyjną produkcję płyty. Cztery lata późniejszy album ˝Travelling Miles˝ z wokalnymi interpretacjami klasycznych utworów Milesa Davisa nie był już takim zaskoczeniem, bo – mimo ograniczenia tematycznego – powstał według tej samej recepty: jazowo-bluesowo-folkowe aranże, pomysłowe, wyrafinowane opracowania i czule dopieszczone brzmienie. Tym bardziej potwierdził jednak klasę wokalistki oraz fakt, że na dobre zawróciła ona z awangardowej podróży w przyszłość, kierując się w przeciwną stronę. I udowadniając, że to, co twórcze, odkrywcze i fascynujące nie musi być za każdym razem i za wszelką cenę nowe. Być może wszystko już było. Ale na pewno nie na wszystkie możliwe sposoby. Muzyka z kolebki słońca Nowa płyta Cassandry Wilson to kolejne, rzec można, dzieło programowe. Tym razem wokalistka daje wyraz swej fascynacji korzennymi bluesami z delty Mississipi, a także niepowtarzalnym klimatem tego rejonu, dalekiego od cywilizacyjnego szumu i zgiełku wielkich miast obu amerykańskich wybrzeży. Bo południe Stanów żyje jakby wolniej, patrzy w przyszłość z mniejszą ciekawością, zaś przywiązanie do tradycji i nie wstydząca się samej siebie prowincjonalność pomaga zachować tu wartości, które gdzie indziej wysychają i zanikają. Także prostotę i bezpośredniość uczuć, dobrze widoczną w wykonywanych tu ciągle piosenkach sprzed wielu dziesiątek lat. Właśnie prostota i bezpośredniość są największym atutem albumu ˝Belly Of The Sun˝. Wokalistka, podróżując przez deltę, starała się podpatrzeć żyjących tam starych muzyków (niektórych zaprosiła potem na sesję nagraniową), ich manierę wykonawczą oraz punkt widzenia nie tylko muzyki, ale i świata. Dzięki temu w najeżonym elektroniką i komputerami nowojorskim studiu powstała płyta wyraźnie lekceważąca cały ten nowoczesny blichtr. Brzmienie jest, owszem, niezwykle plastyczne i przestrzenne (prawie jakbyśmy słuchali tych utworów na żywo), ale fascynująco chropawe, pociągająco niedbałe, sprawiające wrażenie ledwie przymiarki przed właściwą grą. A między utworami wyraźnie czuć ostry zapach dymu tanich papierosów i pomieszaną woń potu i whisky. Sam zestaw nagrań to głównie tradycyjne utwory z południa Ameryki (˝Darkness On The Delta˝ z brawurową partią fortepianu w wykonaniu ponad osiemdziesięcioletniego ˝Boogaloo˝ Amesa, ˝You Gotta Move˝, najbardziej znane w wersji sprzed 30-stu lat, czyli z płyty ˝Sticky Fingers˝ zespołu The Rolling Stones, czy zamykający płytę szorstki i rozwichrzony ˝Hot Tamales˝ legendarnego Roberta Johnsona). Towarzyszą im zgrabnie wpisujące się w klimat wersje piosenek znacznie młodszych klasyków, którzy mieli to szczęście, że działali już w erze fonografii (˝The Weight˝ Robbiego Robertsona, ˝Shelter From The Storm˝ Boba Dylana, ˝Waters Of March˝ Antonia Carlosa Jobima). Repertuar dopełniają jak zwykle autorskie kompozycje piosenkarki, próbujące wpisać się w klimat całości, tutaj robiące tym lepsze wrażenie, że muzycy (koniecznie trzeba wymienić współpracującego z nią stale niesamowitego gitarzystę Kevina Breita, także grającego na gitarach Marvina Sevella oraz obsługującego rozmaite perkusjonalia Cyro Baptystę) czują się w nich znacznie swobodniej, pozwalając sobie zarówno na solowe wirtuozerskie partie, jak na popisy fantastycznie zsynchronizowanej gry zespołowej (choćby w tętniącym emocjami ˝Drunk As Cooter Down˝). I to wydaje się właśnie dobrą nowiną, niesioną nam przez Cassandrę. Że jazz to wcale nie powtarzany z płyty na płytę schematyczny zestaw utworów, do znudzenia powtarzających formułę: temat plus improwizacje, hermetycznie zamknięty gatunek i światek jego wielbicieli. Że grać czy śpiewać jazz to z jak największą swobodą i szczerością wyrażać to, co nas pociąga lub boli. To, za czym tęsknimy. I co nie może być do końca nasze, bo wtedy nie byłoby za czym tęsknić. Maciej Woźniak *Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku ˝Swing˝ w Domu Handlowym TSS
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości