Nowy album Cassandry Wilson to jedna z tych płyt, które przywracają stale zaburzane w świecie kultury masowej proporcje między muzyką wykonywaną z potrzeby serca i przy wsparciu prawdziwego talentu, a jednorazowym, czysto komercyjnym produktem, któremu w gruncie rzeczy wszystko jedno, czym jest, hamburgerem czy kompaktowym krążkiem, byle tylko się sprzedał.Żyjemy w epoce wszechobecnych, bezwstydnie natarczywych mediów. Co i rusz jakieś pospolite zdarzenie ma ambicję stać się sensacją, a każdy przeciętny zjadacz chipsów i coca-coli ma szansę zostać bohaterem telewizyjnego programu. Jedynym ratunkiem dla zdrowego rozsądku – w obliczu szaleństwa reklam, zalewu rozdętych ponad miarę faktów albo banalnych przejawów głupoty polityków czy popularnych artystów, którym nadaje się rangę wydarzenia tygodnia – wydaje się zatem sceptyczny dystans, w razie potrzeby wsparty zbawienną dozą ironii. Zdarza się jednak i tak, że cały sceptycyzm i ironię diabli biorą, a wstępne uprzedzenia i obawy przed schwytaniem na haczyk sztucznie wykreowanej mody ustępują pod wpływem kontaktu z samym sednem wydarzenia – w tym przypadku z muzyką. Światek wielbicieli jazzu, aczkolwiek stosunkowo mało podatny na typowe rynkowe manipulacje – jak atakujące zmysły lawinowym, komputerowym montażem teledyski albo seksownie uśmiechnięte i w miarę możności nieletnie dziewczęta na okładkach płyt – kręci się napędzany siłą łagodnego i skądinąd nader pożytecznego snobizmu. Spece od reklamy i marketingu wykorzystują to coraz częściej. Wystarczy tylko wokół płyt któregoś ze znanych jazzmanów wytworzyć odpowiednio zagęszczoną aurę wtajemniczenia, na poły mistycznego klimatu dla wybranych (któż z nas nie chce dołączyć do grona wtajemniczonych i namaszczonych?), a możliwy staje się sukces na miarę gwiazdorów muzyki pop. Wystarczą przykłady muzyków takich jak Pat Metheny, Herbie Hancock czy Wynton Marsalis, których płyty sprzedają się dziś w nieosiągalnych wcześniej w jazzie nakładach, choć z artystycznego punktu widzenia wydają się mdłe i nijakie, tym bardziej, jeśli porównać je z najświetniejszymi osiągnięciami tych wykonawców sprzed lat. Szczęśliwie z Cassandrą Wilson - obwołaną przez dziennikarzy tyleż szumnie, co nie całkiem z sensem następczynią Elli Fitzgerald - tak się nie dzieje, a medialny szum nie przysłania oryginalności ani artystycznej rangi jej kolejnych wydawnictw. To samo dotyczy najnowszej płyty wokalistki ˝Belly Of The Sun˝. Podobne albumy pojawiają się na rynku raczej nieczęsto, ale być może dzięki temu zachowane zostają kolejne ważne proporcje. W końcu równie rzadko zdarzają się inne tak bezpośrednie, poruszające do głębi uczucia, którym udaje się wydostać z zamkniętych klatek naszych umysłów i serc, by znaleźć drogę do innych. I całe szczęście, bo inaczej rosnąca temperatura ludzkich emocji spaliłaby tę niewielką planetkę na popiół. Do awangardy i z powrotem Kariera pięknej, czarnoskórej wokalistki rozpoczęła się na początku lat 80-tych w muzycznych klubach Nowego Jorku. Wykonywała tam jazzową klasykę (utwory Irwinga Berlina, Jerome´a Kerna, Milesa Davisa, zebrane po latach na składankowym albumie ˝Song Book˝), jednocześnie coraz śmielej zwracając się w stronę tego, co w skostniałe schematy tej muzyki, na jej zatęchłe przez lata pokoje wpuszczało choć odrobinę świeżego powietrza. Były to z jednej strony elementy rapu i hip hopu (uwolniona z cugli swoboda rytmiczna i nie hamowana dobrymi manierami ekspresja wykonawcza), z drugiej zaś wycieczki w stylu free (opuszczające bezpieczne obszary tonalnego porządku, emocjonalne improwizacje pod hasłem ˝co tam komu w duszy gra˝). Wokalistce udało się wówczas zebrać doborowy skład muzyków towarzyszących (m.in. saksofonista Steve Coleman, kontrabasista Lonnie Plaxico, perkusista Mark Johnson), którzy w przeciwieństwie do większości młodych artystów nie dlatego zostali radykalnie awangardowi, bo nie umieli porządnie grać na żadnym instrumencie. To połączenie pionierskiej pasji poszukiwaczy nowych brzmień i wykonawczej ekstrawagancji z budzącym szacunek warsztatem zaowocowało szeregiem albumów, tworzących dziś kanon nowojorskiej awangardy tamtego okresu (jak ˝Point Of View˝, ˝Blue Skies˝, ˝She Who Weeps˝). Minęło jednak dziesięć lat i Cassandra Wilson – starsza, dojrzalsza, bogatsza w muzyczne i życiowe doświadczenia – zaskoczyła słuchacza całkowitą zmianą środków wyrazu i estetycznych upodobań. Zbiegło się to z podpisaniem kontraktu z legendarną wytwórnią płytową Blue Note, znaną ze współpracy z największymi gigantami jazzu. Po ukazaniu się drugiej nagranej dla Blue Note płyta ˝New Moon Daughter˝, która przyniosła wokalistce światową sławę, okazało się, że szlachectwo zobowiązuje, a ona sama została zaliczona do elitarnego kręgu klasyków gatunku. Wydany w 1995r. ˝New Moon Daughter˝ był albumem zaiste przełomowym, wytaczającym nowe szlaki i pozwalającym myśleć o jazzie raczej jako o sposobie pojmowania oraz odczuwania muzyki i życia, niż jako o uwięzionym w sztywnych ramach stylu. Niebywałe bogactwo repertuaru (od tradycyjnych bluesów i utworów country, przez oryginalne wersje rockowych standardów, aż po własne ballady, z finezją i taktem łączące folkowy klimat i swingującą jazzową pulsację) zostało połączone w nader zwartą i przekonującą całość dzięki sugestywnemu, intymnemu klimatowi akustycznych aranżacji, wzmocnionemu przez rewelacyjną studyjną produkcję płyty. Cztery lata późniejszy album ˝Travelling Miles˝ z wokalnymi interpretacjami klasycznych utworów Milesa Davisa nie był już takim zaskoczeniem, bo – mimo ograniczenia tematycznego – powstał według tej samej recepty: jazowo-bluesowo-folkowe aranże, pomysłowe, wyrafinowane opracowania i czule dopieszczone brzmienie. Tym bardziej potwierdził jednak klasę wokalistki oraz fakt, że na dobre zawróciła ona z awangardowej podróży w przyszłość, kierując się w przeciwną stronę. I udowadniając, że to, co twórcze, odkrywcze i fascynujące nie musi być za każdym razem i za wszelką cenę nowe. Być może wszystko już było. Ale na pewno nie na wszystkie możliwe sposoby. Muzyka z kolebki słońca Nowa płyta Cassandry Wilson to kolejne, rzec można, dzieło programowe. Tym razem wokalistka daje wyraz swej fascynacji korzennymi bluesami z delty Mississipi, a także niepowtarzalnym klimatem tego rejonu, dalekiego od cywilizacyjnego szumu i zgiełku wielkich miast obu amerykańskich wybrzeży. Bo południe Stanów żyje jakby wolniej, patrzy w przyszłość z mniejszą ciekawością, zaś przywiązanie do tradycji i nie wstydząca się samej siebie prowincjonalność pomaga zachować tu wartości, które gdzie indziej wysychają i zanikają. Także prostotę i bezpośredniość uczuć, dobrze widoczną w wykonywanych tu ciągle piosenkach sprzed wielu dziesiątek lat. Właśnie prostota i bezpośredniość są największym atutem albumu ˝Belly Of The Sun˝. Wokalistka, podróżując przez deltę, starała się podpatrzeć żyjących tam starych muzyków (niektórych zaprosiła potem na sesję nagraniową), ich manierę wykonawczą oraz punkt widzenia nie tylko muzyki, ale i świata. Dzięki temu w najeżonym elektroniką i komputerami nowojorskim studiu powstała płyta wyraźnie lekceważąca cały ten nowoczesny blichtr. Brzmienie jest, owszem, niezwykle plastyczne i przestrzenne (prawie jakbyśmy słuchali tych utworów na żywo), ale fascynująco chropawe, pociągająco niedbałe, sprawiające wrażenie ledwie przymiarki przed właściwą grą. A między utworami wyraźnie czuć ostry zapach dymu tanich papierosów i pomieszaną woń potu i whisky. Sam zestaw nagrań to głównie tradycyjne utwory z południa Ameryki (˝Darkness On The Delta˝ z brawurową partią fortepianu w wykonaniu ponad osiemdziesięcioletniego ˝Boogaloo˝ Amesa, ˝You Gotta Move˝, najbardziej znane w wersji sprzed 30-stu lat, czyli z płyty ˝Sticky Fingers˝ zespołu The Rolling Stones, czy zamykający płytę szorstki i rozwichrzony ˝Hot Tamales˝ legendarnego Roberta Johnsona). Towarzyszą im zgrabnie wpisujące się w klimat wersje piosenek znacznie młodszych klasyków, którzy mieli to szczęście, że działali już w erze fonografii (˝The Weight˝ Robbiego Robertsona, ˝Shelter From The Storm˝ Boba Dylana, ˝Waters Of March˝ Antonia Carlosa Jobima). Repertuar dopełniają jak zwykle autorskie kompozycje piosenkarki, próbujące wpisać się w klimat całości, tutaj robiące tym lepsze wrażenie, że muzycy (koniecznie trzeba wymienić współpracującego z nią stale niesamowitego gitarzystę Kevina Breita, także grającego na gitarach Marvina Sevella oraz obsługującego rozmaite perkusjonalia Cyro Baptystę) czują się w nich znacznie swobodniej, pozwalając sobie zarówno na solowe wirtuozerskie partie, jak na popisy fantastycznie zsynchronizowanej gry zespołowej (choćby w tętniącym emocjami ˝Drunk As Cooter Down˝). I to wydaje się właśnie dobrą nowiną, niesioną nam przez Cassandrę. Że jazz to wcale nie powtarzany z płyty na płytę schematyczny zestaw utworów, do znudzenia powtarzających formułę: temat plus improwizacje, hermetycznie zamknięty gatunek i światek jego wielbicieli. Że grać czy śpiewać jazz to z jak największą swobodą i szczerością wyrażać to, co nas pociąga lub boli. To, za czym tęsknimy. I co nie może być do końca nasze, bo wtedy nie byłoby za czym tęsknić. Maciej Woźniak *Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku ˝Swing˝ w Domu Handlowym TSS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze