Krew pot i łzy... Czy tak wygląda szkolenie wojskowe? A może nie jest tak strasznie jak nam się wydaje? Jak szkolą się terytorialsi? Wraz z innymi dziennikarzami mediów lokalnych, z inicjatywy st. kpr. Cezarego Okraszewskiego z 64 blp w Płocku, postanowiliśmy sprawdzić to na własnej skórze i przejść przez choćby małą część szkolenia rotacyjnego, które każdy żołnierz Wojsk Obrony Terytorialnej odbywa raz w miesiącu.
30 stopni w cieniu, żar leje się z nieba, a my ruszamy na wojskowe szkolenie. Jedni pukają się w głowę i pytają na co to nam potrzebne, inni zastanawiają się, jak to wszystko będzie wyglądało i co nas czeka na miejscu. My jednak jesteśmy zadowoleni z podjęcia tego wyzwania. Kieruje nami niepohamowana wręcz ciekawość i żądza zmierzenia się z samym sobą, sprawdzenia umiejętności. Ciekawość, która napędza do działania i daje zastrzyk adrenaliny, a ta sprawia, że serce szybciej pompuje krew. Ruszamy w nieznane. Czy damy radę? To się dopiero okaże.
Podróż w nieznane
Startujemy z siedziby 64 batalionu lekkiej piechoty w Płocku. Jest końcówka czerwca, kilka minut po 8.00. Temperatura już o tej porze niebezpiecznie zbliża się do 30 stopni... Niesamowity upał, który odczuwamy, już teraz daje się nam we znaki, a przecież jesteśmy w cywilnych ubraniach. Szybka przymiarka mundurów, do tego kamizelki kuloodporne, hełmy i karabiny (tym razem są to atrapy, ale o ciężarze i wyglądzie prawdziwej broni używanej przez terytorialsów). Ok, damy radę! Wrzucamy na siebie kamizelki i dopiero wtedy czujemy, na co się porwaliśmy i że wcale nie będzie łatwo. Około 16 kg „siada” nam na barki, momentalnie odczuwamy dociążenie na swoich nogach. Hełm też waży swoje, nie wspominając o karabinie. W takim upale robi to ogromne wrażenie. Morale jednak nie spadają, adrenalina działa.
Wsiadamy na pakę wojskowego Jelcza. To nasz środek transportu, który zawiezie nas na miejsce ćwiczeń. Wskoczenie na pakę wcale nie jest takie łatwe, gdy robi się to po raz pierwszy, w dodatku w pełnym umundurowaniu. Przed nami ponad 30 kilometrów, jakieś pół godziny drogi. Rozmawiamy, podpytujemy kaprala o to, co będziemy robić, jak wygląda plan. Ten nie chce zdradzać szczegółów, to ma być dla nas wszystkich niespodzianka. Opowiada za to, o tym co on sam przeżył na szkoleniach i ćwiczeniach. Lekki wiatr wpada pod plandekę i przynosi chwilę ochłody. Tak mija nam droga.
Pierwsze kroki „w kamaszach”
Na miejscu są już żołnierze WOT, którzy ćwiczą od wczesnych godzin rannych. Na zielonym terenie stworzono swego rodzaju „miasteczko” wojskowe z punktami, w których omawiane i trenowane są poszczególne zadania. My zaczynamy od nałożenia kamuflażu, który ma nas ochronić przed dostrzeżeniem przez wroga. Mamy na to minutę. Zielono-brązowo-czarne pasy powinny być odpowiednio rozprowadzone i rozmyte – to daje najlepszy efekt maskujący, a przecież właśnie o to w tym chodzi. To zadanie idzie nam całkiem nieźle, ale już teraz zdaje się nam, że po dniu w wojsku z pewnością zakwalifikujemy je jako najlżejsze.
Przechodzimy do szybkiego kursu dotyczącego rozpoznawania obcych wojsk. To podstawowa wiedza, którą musi mieć każdy żołnierz. Towarzyszy nam nasz opiekun, który służy radą i przeprowadza przez tajniki sztuki wojennej. Motywuje i „nakręca” do dawania z siebie stu procent. Póki co nie jest szczególnie trudno, choć towarzyszy nam upał, który wraz z upływem dnia się potęguje.
„Cel! Pal!” – nie tym razem
Kolejny przystanek na naszej drodze to coś, co nieodłącznie kojarzy się z wojskiem. Strzelanie. Ale tym razem wystrzałów nie będzie. Na to – dla cywili - potrzebna jest zgoda dowództwa i zapewnienie odpowiednich warunków. Poza tym, jako „nieopierzeni” jeszcze żołnierze mamy w większości zerowe pojęcie na ten temat. Trzeba więc zacząć od podstaw.
Poznajemy i ćwiczymy postawy strzeleckie. Te są trzy – stojąca, klęcząca i leżąca. Ćwiczymy, ćwiczymy i jeszcze raz ćwiczymy. Tego typu ćwiczenia wykonuje się aż do znudzenia, tak, aby ciało zapamiętało ułożenie i w sytuacji zagrożenia działało automatycznie. Na automatyzm u nas jeszcze za wcześnie, ale radzimy sobie całkiem nieźle. Szukamy dołków strzeleckich i staramy się precyzyjnie celować. Jak sprawdzić, czy w jakiś sposób udało nam się „załapać” o co chodzi? Trzeba trochę pobiegać z karabinem i postrzelać „na niby”.
Przed nami specjalnie przygotowany tor, na którym stoją trzy ściany z wyciętymi wzorami. Naszym zadaniem jest jego jak najlepsze pokonanie. Razem z nami do boju rusza nasz opiekun, który tuż przed ścianą informuje, z którego otworu na danej ścianie mamy skorzystać. Ruszamy! Z boku słyszymy tylko 1, 5, 7, 9, 3... Składamy się do strzału i celujemy. – Spróbuj lepiej ustabilizować broń, podciągnij wyżej nogę – instruuje opiekun, abyśmy jak najlepiej wykonali zadanie.
Całość reportażu przeczytacie w kolejnym wydaniu Tygodnika Płockiego.
(ek)
Fot. 64 blp w Płocku
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze