Reklama

Być pianistą w barze z pretensjami

23/02/2005 15:21
Z Janem Kantym Pawluśkiewiczem, kompozytorem, malarzem, twórcą muzyki filmowej i teatralnej rozmawia Lena SzatkowskaJan Kanty brzmi ładnie i oryginalnie. Kto go wymyślił?
– Jan Kanty Pawluśkiewicz jest firmą nieco przekłamaną, nieco sztuczną i dość ekstrawagancką. Jej początki sięgają środka Gomułkowskiego, czyli czasów moich studiów na wydziale architektury. Chodziłem wtedy bez skutku wielokrotnie zdawać egzamin z konstrukcji. Owszem odpowiadał mi rysunek u profesor Wróblewskiej, rzeźba u pani Horodyńskiej trochę mniej, bo gołe kobiety które pozowały, z jednej strony mnie fascynowały, ale przede wszystkim peszyły, bo byłem wstydliwy i nie miałem śmiałości przychodzić na te zajęcia. Kierownikiem katedry konstrukcji był profesor Jan Kanty Tyszowiecki, z dobrej, krakowskiej rodziny. Chodził do filharmonii, na zaduszki jazzowe, jeździł na nartach. I w ogólnej szarzyźnie nosił świetne tweedowe marynarki, miał dobrze wypolerowane buty, świetne koszule (pierwszy non iron). Zawsze był opalony, bo właśnie wracał z Kasprowego i architektonicznym młodym tumanom nie rozumiejącym problemów konstrukcji, rysował zawiłości konstrukcyjne do góry nogami. Myśmy kompletnie tego nie pojmowali, ale mnie się szalenie podobało, miało walor snobizmu, a byłem na to mało odporny. Myślę więc: też jestem Janek, mam datę urodzin najbliżej świętego Jana Kantego, czyli dwudziestego października, a Kęty - rzut beretem. I tak powstał Jan Kanty Pawluśkiewicz. A święty Jan Kanty został mi bardzo przybliżony w latach mojego dzieciństwa przez wielkiego erudytę, księdza Leona Krejcze, jeszcze w Nowym Targu. Opowiadał mi o tym gościu niezwykle pobożnym, ale niezwykle światłym, który pochodził z Kęt. Żyjący w XIV w. Jan z Kęt został Janem Kantym. Odwrotnie niż Wąwel, późniejszy Wawel. Ja sobie go chapnąłem. Jan Kanty dobrze brzmiał. Mówiono - pan taki młody i już Jan Kanty. Wszystkie moje głupoty, które wyrabiałem, bardzo nie licowały z tym Jan Kantym i mówiono: gość chyba zwariował.
Wielu sławnych dziś ludzi z Krakowa i nie tylko z Krakowa ma w swoim życiorysie Piwnicę pod Baranami. Debiut w tym magicznym kabarecie nobilitował i otwierał drzwi kariery. Jak pan trafił do Piwnicy?
– Piwnica pod Baranami miała tylko epizodyczny, towarzyski charakter w moim życiu. Ja tam niewiele zdziałałem. Popisywałem się śpiewem karczmianym. Z Piotrem Skrzyneckim natomiast rzeczywiście przyjaźniliśmy się. Przez dziewiętnaście lat Piotr przychodził do naszego domu na Wigilię i to była znajomość zażyła. Piotr swoim geniuszem powodował, że do Piwnicy mogło wejść tylko ścisłe towarzystwo i wtedy ono czuło się niesłychanie wyróżnione. Jak do Krakowa przyjeżdżał ktoś znaczny, na przykład nowo ustanowiony w Warszawie ambasador, to musiał odwiedzić Piwnicę. Gwiazda francuska Catherine Savage nie została wpuszczona przez pana Sztyca, dziadka aktora Michała Sztyca i to był dopiero numer, o tym się mówiło. Jak przyszedł Cyrankiewicz, został przypadkowo oblany przez Dymnego wodą czy wódką. Jeśli ktoś chciał przyjść z ulicy, nie miał najmniejszych szans. Należało się przypochlebiać, ale Piotr nie lubił pochlebców. Wszedłem tam pierwszy raz w sposób naturalny, ponieważ zapłaciłem więcej na bramce. Później wchodziłem, powołując się na Ewę Demarczyk, wielką gwiazdę i moją koleżankę ze studiów. A za parę lat z moim młodszym kolegą Markiem Grechutą zaznaczyliśmy się na festiwalu studenckim i wtedy przyszła kobyłka do płotu. Wtedy oni nas zaprosili, ponieważ lubili świeże mięso do pożarcia, świeże gwiazdeczki, czyli Grechutę i zespół ANAWA, w którym grałem. Ale żeby się odgryźć, Piotr zapowiedział, że nasz popis nie jest wliczony w cenę biletu, żebyśmy wiedzieli, gdzie jest nasze miejsce.
Na początku była więc muzyka, czyli kompozycje do piosenek Marka Grechuty i koncerty z zespołem ANAWA.
– Muzyka była najwcześniej. Pochodzę z małego miasteczka. Dumnego, ale sponiewieranego, z Nowego Targu, zwaśnionego permanentnie z Zakopanem. Moi rodzice uważali, że można być skończonym tumanem, ale trzeba umieć grać na fortepianie i trzeba się uczyć języków, a resztę to już opatrzność przyniesie, więc mnie i moich braci do tego przymuszano. Nikt przecież chętnie się nie uczy, więc albo kijem albo groźbą. Sami zapłacili cenę, bo poszedłem do szkoły muzycznej, rodzice musieli kupić pianino, to pianino, które jest ze mną do dzisiaj. Skomponowałem na nim piosenki dla Grechuty, Harfę Papuszy i Nieszpory Ludźmierskie, muzykę do filmów, spektakli teatralnych i telewizyjnych i ostatnio koncert 70 widoków w drodze do Wenecji. Pianino jest ze mną, już chyba w jedenastym miejscu. Kiedy po czterech latach rozstałem się z piosenką i Markiem, przez kilkanaście lat zajmowałem się wyłącznie filmem i teatrem. Tym zarabiałem na życie. Zaczęło się od Tomasza Zygadły, z którym zrobiłem wszystkie filmy i dalej poszło: Andrzej Titkow, Agnieszka Holland, Bogdan Baer, Kieślowski, Brejdygant i Kutz. Byłem świeżym nazwiskiem, dobrze się kojarzyło z filmem, więc przychodziły kolejne propozycje. Nazwisko w filmie brzmi jakiś czas tylko. Trzeba napisać dobrą muzykę, do której twórcy filmowi nie mają żadnego szacunku. Można z nią zrobić, co się chce. Sponiewierać.
Ale można też pięknie wydać i słuchać oddzielnie.
– Zygmunt Konieczny uważa, że wydawanie muzyki poza filmem jest bardzo złe. Jeśli się podoba, została źle napisana. W dużym stopniu ma rację, bo muzyka ma funkcję usługową w spektaklu, jest jednym z jego elementów.
Janek Nowicki najbardziej się wzrusza, jak przychodzi po pieniądze do kasy. W moim rozumieniu jest jednym z najwybitniejszych współczesnych romantyków, mierzy siły na zamiary, nie zamiar podług sił. Jako nieskończenie wielki romantyk przychodzi do kasy po zawsze marne pieniądze. Romantyzm predysponuje go, aby ponawiał próby skazane na zagładę, bo nigdy nie dostanie tych, które mu się należą.
Okazuje się, że w Krakowie trzeba być aktorem, nie można nie pisać muzyki, pokazywać się w Piwnicy, czytać wierszy. I na gruncie poezji spotkał się Pan z Aleksandrem Leszkiem Moczulskim.
– Zupełnie przypadkowo dogadaliśmy się przy winie, że nie mam, gdzie mieszkać. Zaproponował mi kąt, pojechałem na rowerze i pół roku tam zagościłem.
I w zamian za czynsz komponował Pan muzykę do jego wierszy.
– Do pewnego stopnia tak, bo co innego można było robić. W ten sposób powstała płyta zespołu ANAWA z okładką Sawki, z nieżyjącym solistą Andrzejem Zauchą, dziś zupełnie zapomniana. Adresów w moim życiu było kilkanaście, jedynym stałym jest pianino.
A gdzie powstawały Nieszpory Ludźmierskie?
– W piwnicy mojego domu, Kotlarczyków 15a, ale tych Kotlarczyków, którzy w latach trzydziestych grali w Wiśle, w ataku. To Leszek zadzwonił, że wydał tomik dla dzieci małych i dużych. Chciałby, abym napisał muzykę. Ja mam skłonność akceptowania sytuacji korzystnych i niekorzystnych i potem muszę za to odcierpieć, albo się wyłgać. Stosuję chwyty poniżej pasa, cyganię, ale to wszystko muszę kiedyś odpokutować. Powiedziałem, że chętnie, że ciekawe i przez kilka miesięcy nie robiłem nic, a na pytanie, czy komponuję, mówiłem „tak” – w żywe oczy. W końcu domyślił się, że cyganię, pocieszał mnie, że to nie musi być nadzwyczajne, ot żeby dziewczyna zaśpiewała, żeby na bębenku ktoś zagrał. Jak mi powiedział o tych bębenkach, to zabrałem się serio do psalmów, które przecież w mojej wyobraźni tkwiły. Skończyłem i postanowiłem zagrać to we wsi, z orkiestrą, z chórami. Prapremierowy koncert był w Ludźmierzu. Na scenie 180 wykonawców, więcej niż osób na widowni. A ponieważ dwa razy wyrzucano mnie ze szkoły muzycznej, bo chciałem grać jazz, to na zasadzie nieeleganckiego rewanżu jako panisko pojechałem następnie do Nowego Targu z orkiestrą symfoniczną, chórami, sławnymi solistami, bo i Turnau i Wójcicki i Hania Banaszak. To się odbiło echem. Zagraliśmy w Krakowie i ludzie przychodzili.
Nabrał pan apetytu na pasje i oratoria?
– Rzeczywiście nabrałem, bo to duża odpowiedzialność i stres. Nie podpierasz się już obrazem, aktorami, zdjęciami, światłem, dymem, tylko jest czysty koncert. Jak jest dobrze, to dobrze, bo ja to napisałem. Jak źle - też moja przyczyna. Czy źle czy dobrze, to już nie ma znaczenia. Tylko, żeby doprowadzić do końca, bo to jest najtrudniejsze. Pisanie dużej formy trwa dwa, cztery lata, a potem jak w przypadku Harfy Papuszy, trzeba przejechać dwadzieścia tysięcy kilometrów, żeby znaleźć pieniądze. Jak chcesz, mówią, to twoje zbójeckie prawo, tylko znajdź fundusze. Jeśli się to uda, wtedy można fantastycznie Harfę Papuszy zagrać, sprowadzić gwiazdę MET, panią Gwendolyn Bradley i zbudować amfiteatr na jedną noc. To właśnie zrobił Krzysiek Jasiński. Z nim robiłem, jeszcze przed Szaloną Lokomotywą, pierwszą moją operę Kur zapiał do tekstu Wieśka Dymnego. Kiedy na tydzień przed premierą ukazała się druzgocąca recenzja, pomyślałem, nie jest źle. Jeśli po premierze milczą telefony i jest grób, to bardzo dobrze. Jeśli przedstawienie jest słabe, zadzwonią. A wiesz, mówią, fragmenty dobre, itp. Ale jak jest super - milczenie absolutne. To są nasze obyczaje.
Po tych dużych projektach postanowił Pan spróbować muzyki tanecznej? Płyta CONSENSUS nosi przekorny podtytuł – muzyka taneczna z wysokich i całkiem niskich sfer, w dodatku Jan Kanty Pawluśkiewicz jest też wokalistą.
– CONSENSUS jest zabawą, aczkolwiek poważną. Poświęciłem temu rok. Musiałem znaleźć pieniądze, namówiony przez Leszka, aby wejść w konwencję taneczną, ściągnąć z Montrealu aranże mojego kolegi, znakomitego jazzmana Jana Jarczyka. Kocham jazz, jest w nim radość.


Pana malarstwo zaczęło się od architektury, od rysunku.
– Nawet wcześniej. Jasiu, ty pianistą wielkim nie będziesz, masz za małą rękę – powiedziała pani profesor w szkole muzycznej w Nowym Targu. Mnie to strasznie ucieszyło i wtedy dopiero zacząłem ćwiczyć, słuchać, analizować, improwizować. Na studiach to pogłębiłem. Mogłem być profesjonalnym słuchaczem muzyki jazzowej. Adderley’a rozpoznaję na kilometr, choć różnica między nim, a Chat’em Baker’em jest minimalna, Billa Evansa po dwóch akordach. CONSENSUS jest uzupełnieniem moich fascynacji. Zawsze marzyłem, żeby skończyć jako pianista w dość podejrzanym barze, ale z pretensjami – whisky, zagubione kobiety, ten klimat... Mogłem zostać architektem, ale to mnie ograniczało, więc porzuciłem architekturę, a raczej ona mnie – dla filmu, teatru, wreszcie malarstwa. Mogłem też studiować malarstwo, ale wtedy nie komponowałbym symfonii.
To, że mamy słabe, nieznane malarstwo, to nie jest wina malarzy. Mamy doskonałych malarzy, ale niedobre światło. Plastyka jest niezasłużenie w poniżeniu, bo ma słabe światło. Począwszy od fatalnie skomponowanych kadrów telewizyjnych i niedocenionych kadrów w naszych filmach. Bartkowiak, Idziak, Kamiński, Edelman muszą zrobić zdjęcia w Ameryce, żebyśmy się dowiedzieli, że mamy naprawdę wielkich operatorów.
Ludziom nie przeszkadza brudny obraz telewizyjny, bo uważają, że to standard. Przyzwyczaili się do brzydkich pomieszczeń w brzydkich restauracjach, z centralnym oświetleniem. Nie uczymy się wrażliwości plastycznej. Nie istnieje snobizm plastyczny. On właśnie potęguje zainteresowanie. Jak jest popyt, to jest podaż. To są prawa dotyczące gospodarki i sztuki też. Więc biedni malarze malują te obrazy, ale się zniechęcają, bo nikt nie chce kupować.
Ale Pan się nie zniechęca i tworzy swoje żel-artowe obrazy w żywej, radosnej kolorystyce.
– Bo mnie na tym okropnie nie zależy, a z drugiej strony traktuję malarstwo śmiertelnie poważnie. Swój obraz sprzedaję za bardzo wysoką cenę. Jest w tym arogancja, ale i smutek. Jak sprzedam, to już diabli wzięli. Czynię tak, bo jestem zdeprawowany przez muzykę. Jeśli skomponuję utwór, zawsze jest on mój, czy będzie nagrany, rozpowszechniany, a sprzedany obraz nie jest już mój. Może jestem arogant, ale zdrowy arogant.
Przed dwoma laty wzruszaliśmy się w Bazylice Katedralnej Nieszporami Ludźmierskimi.
– Nie przyjechałem wtedy do Płocka. Opowiadała mi fantastyczne rzeczy moja asystentka. Teraz trafiłem po znajomości, za sprawą Jerzego Bruchwickiego z warszawskiej galerii „Pokaz”. Panorama od strony Wisły jest zachwycająca. Poczyniłem niesłychanie satysfakcjonujące odkrycie, że w Płocku są projekty polichromii Mehoffera. Zdradzę, że zawiązała się już prywatno-państwowa rada do realizacji tych projektów.
Oby skuteczna. Dziękuję za rozmowę.


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości