„Zatrudnię kelnerkę”, „Pilnie zatrudnię kierowców, wymagane prawo jazdy kategorii C. E.”, „Potrzebni pracownicy do sezonowej pracy przy zbiorze owoców”. Takie i podobne ogłoszenia znaleźć można we wszystkich gazetach regionalnych. W powiecie płockim, w którym pod koniec maja stopa bezrobocia wynosiła 28,6 % brakuje rąk do pracy. W samym Płocku jest lepiej – bezrobocie sięga 17,4 %. Choć w przypadku bezrobocia mamy do czynienia z tendencją malejącą, trudno o pracowników sezonowych i stałych. Czy to efekt pospolitego lenistwa? Nie zawsze. Problem jest bowiem głębszy: z jednej strony kuszą zarobki europejskie, z drugiej na rynku pracy brakuje wykwalifikowanych fachowców. Kiedyś takie wypowiedzi byłyby nie do pomyślenia: – Musiałem zrezygnować z wykonania prac interwencyjnych w gminie, ponieważ nie było chętnych do ich wykonywania – narzeka Wojciech Zmysłowski, wójt gminy Mała Wieś. – Owszem, po zasiłki przychodzą, ale nikt nie zgłasza się do pracy. A jeszcze niedawno chętnych do wykonywania pracy fizycznej nie brakowało. On i wielu pozostałych wójtów stwierdza jednoznacznie: rynek pracy się skurczył. Nie ma już osób, które szybko chwytają się tego, co popadnie. Wielu z nich postanowiło szukać finansowego szczęścia w Anglii, Irlandii, Hiszpanii... Lepiej zarabiać w euro niż w złotówkach. Jeden z płockich barów przy ul. Grodzkiej przez dwa tygodnie poszukiwał kelnerki, sprzątaczki i kierowcy. Zwykle latem nie było z tym problemu: młodzież po maturze, a przed studiami, chciała sobie zarobić podczas wakacji na studia czy na wyjazd. Teraz wolą lecieć do Londynu, Dublina czy Madrytu: – Problem jest bardzo złożony, nie można odnieść się do niego jednoznacznie – uważa Katarzyna Kęsicka, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Płocku. – Chodzi nie tylko o brak specjalistów, ale i oferty, jakie są do nich kierowane. Na przykład spawacz woli podjąć pracę w stoczni w Norwegii i zarabiać lepiej niż w Polsce. Z punktu widzenia ekonomii trudno mu się dziwić. Polscy pracodawcy płacą, jak płacą, co nie wynika z ich złej woli, ale ogólnych warunków makroekonomicznych. Dlatego zaczynają obecnie odczuwać brak wykwalifikowanych pracowników, którzy często decydują się na migrację do Europy. Druga sprawa to długotrwały proces edukacyjny, związany z wieloma praktykami zawodowymi. Organizowaliśmy kiedyś na zamówienie jednego z płockich zakładów kurs dla spawaczy. Szkolenie zostało zorganizowane w ograniczonym zakresie, ponieważ chętni, którzy się na nie zgłosili, nie przeszli prób kwalifikacyjnych na spawanie, co było warunkiem uczestnictwa w szkoleniu. Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na technologie, które są na coraz większym poziomie, a więc są coraz trudniejsze do poznania. Nie można jednak stwierdzić, że ogromna rzesza bezrobotnych do niczego się nie nadaje – dyrektor Kęsicka patrzy na zjawisko całościowo. Piotr Bromka, dyrektor biura Zarządu Izby Gospodarczej Regionu Płockiego na pytanie, dlaczego w regionie płockim brakuje wykwalifikowanych pracowników, odpowiada, że powody ich braku w płockim regionie są podobne do tych, jakie spotyka się w zasadzie w całym kraju: – Jednym z nich jest masowy odpływ pracowników za granicę lub do większych aglomeracji. Drenaż rynku pracy, jaki obserwujemy szczególnie od wstąpienia Polski do UE wynika głównie z chłodnej kalkulacji. Wykwalifikowany pracownik z Polski oznacza dla zagranicznego przedsiębiorcy przede wszystkim niższe koszty pracy, przy często wyższej jakości jej wykonywania. Z drugiej strony, dla pracownika perspektywa wielokrotnie wyższych zarobków za granicą w porównaniu do polskich realiów jest silnym bodźcem do wyjazdu i zmiany swojej sytuacji nie tylko finansowej. Piotr Bromka uważa także, że na brak wykwalifikowanych kadr, poza czynnikiem emigracyjnym, niewątpliwie ma wpływ system kształcenia. Stopniowe odchodzenie od kształcenia zawodowego i technicznego na rzecz ogólnego, dało efekt masowego bezrobocia wśród absolwentów kierunków takich jak marketing i zarządzanie. Z jednej strony jest wielu absolwentów tych kierunków, a z drugiej coraz większe zapotrzebowanie przedsiębiorców na specjalistów, inżynierów w branżach technicznych, informatyce itp. Z obserwacji prowadzonych przez Izbę i z kontaktów z przedsiębiorcami wynika, iż najczęściej poszukiwaną grupą zawodową są właśnie ślusarze, spawacze, montażyści, informatycy. Poszukiwani są więc pracownicy o daleko posuniętej specjalizacji. Według różnych źródeł, od momentu akcesji Polski do UE, w celach zarobkowych opuściło ją ok. 2 mln Polaków. Czy w jakikolwiek sposób można zaradzić zjawisku odpływu naszych specjalistów do UE?: – Konieczna jest zmiana przepisów prawa ułatwiająca prowadzenie firm. Wielokrotnie docierają do nas niepokojące sygnały o problemach przedsiębiorców w prowadzeniu inwestycji. Począwszy od braków planów zagospodarowania przestrzennego w gminach, po uciążliwe procedury przyłącza energii elektrycznej, gazu itp. Nie jest to zachęcający obraz do podejmowania działalności gospodarczej przez młodych ludzi. Powstrzymanie masowego odpływu pracowników będzie na pewno długim procesem. Bez nowych inwestycji, bez zmian legislacyjnych ułatwiających prowadzenie działalności gospodarczej proces ten wydaje się niemożliwy – dodaje dyrektor P. Bromka. Może jednak nie jest jeszcze tak tragicznie na rynku pracy? Wicestarosta powiatu płockiego Jan Ciastek przyznaje, że owszem, w rozmowach z przedsiębiorcami słyszy, iż brakuje im rąk do pracy, ale jest to m.in. związane z tym, że rosną płacowe wymagania pracowników: – Nie zaobserwowałem jakiś dramatycznych sytuacji, jeśli chodzi o brak rąk do pracy. Staram się jednak zrozumieć rolników, którzy na przykład nie mogli swoim pracownikom podnosić stawki podczas zbioru truskawek, ponieważ przy niskiej cenie truskawki spowodowałoby to zmniejszenie albo w ogóle brak zysku dla właścicieli – komentuje J. Ciastek. A to właśnie na przykładzie truskawkowych plantacji najostrzej uwidocznił się konflikt między pracodawcami: – Dochodziło do sytuacji, gdy sąsiad sąsiadowi podkupywał pracowników. Potem były z tego powodu straszne niesnaski, ale co się dziwić ludziom – szli tam, gdzie więcej dostali – opowiada mieszkaniec gminy Gostynin. Jan Kuczyński z Powiatowego Zespołu ODR w Gostyninie przyznaje, że od jakiegoś czasu rolnicy narzekają, że bezrobocie jest, ale ludzi do pracy nie ma: – Kiedyś we wsi było pięćdziesiąt gospodarstw, a teraz są cztery, ale do roboty ludzi nie ma! – uważa doradca. – Znam przypadek rolnika z gminy Szczawin Kościelny, który ma 30 macior i szukał kogoś do pracy w chlewni. Mógł sobie tylko o tym pomarzyć! Zdarza się, że rolnik, który ma kilkusethektarowe gospodarstwo, szuka traktorzysty. Może pozbyć się złudzeń – taki, który jest dobry w swoim zawodzie, to już dobrą pracę ma, a taki, który się zgłosi, to się nie przyda, bo nie będzie odpowiedzialny. Podobno nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. Jedno jest pewne – że jeśli nie dojdzie do koniecznych zmian w ustawodawstwie, systematyczny odpływ fachowców z naszego regionu będzie postępował. A co z pracownikami niewykwalifikowanymi? O nich też ewentualni pracodawcy będą musieli się solidnie zatroszczyć. Elżbieta Grzybowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze