Nie wiadomo, czy 20 rodzin mieszkających w kamienicy przy ul. Kazimierza Wielkiego 35 w Płocku można nazwać szczęśliwcami, czy też pechowcami. Z jednej strony od 2 lat nie płacą czynszu, z drugiej jednak brak administracji sprawia, że dom powoli zamienia się w ruderę. A administracji nie ma, ponieważ właściciel już dawno nie żyje, a w maju br. zmarła administratorka posesji. Jedyni spadkobiercy mieszkają w Australii. Twierdzą, że chętnie by się kamienicą zajęli, ale Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego uniemożliwia im wgląd w jej dokumentację.Zmarła w maju tego roku Halina N. miała 87 lat. Była stryjenką Wandy i Stefana B., którzy skontaktowali się z redakcją za pośrednictwem poczty elektronicznej. Halina N. była drugą żoną właściciela kamienicy, który z kolei był bratem dziadka Wandy B. W 1982 r. Urząd Miasta mianował Halinę N. (wówczas 65-letnią) administratorką kamienicy, nigdy nie była ona jednak jej formalną właścicielką. Dwa lata temu chorą na uwiąd starczy kobietę MOPS przewiózł do zakładu opiekuńczego. Krótko przed tym faktem w domu wybuchł pożar: – Tę starą i chorą kobietę namówiono, korzystając z pomocy sąsiadki, do wydania zlecenia remontu pięciu spalonych mieszkań. Remont za 20 tysięcy zł wykonał Miejski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej, którego właścicielem jest gmina. A więc remont prywatnego domu gmina opłaciła z pieniędzy podatników, a z nami – jedyną rodziną Haliny N., nikt się w tej sprawie nie skontaktował ani w sprawie stanu zdrowia stryjenki, choć urząd dysponował naszym adresem oraz adresem i numerem telefonu naszego adwokata w Gostyninie. Poza tym gmina nie ma prawa ingerować w sprawy administracji prywatnych nieruchomości – piszą w e-mailu do redakcji „TP” spadkobiercy kamienicy przy ul. Kazimierza Wielkiego 35, od lat 70. przebywający za granicą, obecnie w Australii. Ze stryjenką kontaktowali się listownie, nie miała telefonu.
Stanisław Stańczak, dyrektor Wydziału Gospodarki Mieszkaniowej w Urzędzie Miasta Płocka wyjaśnia, że miasto musiało się zająć mieszkańcami po pożarze kamienicy: – Zapewniliśmy siedmiu rodzinom miejsca w internacie na Norbertańskiej. Miasto poniosło duże koszty, ale przecież nie można zostawić mieszkańców bez pomocy. Ponieważ kamienica jest prywatna, nie mogliśmy jej wyremontować. Na podstawie umowy z właścicielką zrobił to Miejski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. Dzięki temu lokatorzy znów zamieszkali w budynku. Sytuacja jest jednak skomplikowana, gdyż w związku ze śmiercią właściciela, koszty remontu ciążą na przyszłych spadkobiercach.
Jak w komunie hipisów
Halina N., która dwa lata przebywała w zakładzie opiekuńczym, nie została ubezwłasnowolniona. Mimo to przebywała tam 2 lata, choć nie wiedziała o tym ani rodzina z Australii, ani z Płocka. Ta pierwsza dowiedziała się wówczas, gdy wrócił do nich list wysłany do Polski z pieczątką „adresat nieznany”. Po przewiezieniu kobiety do zakładu, kamienica pozostawiona została sama sobie, bez nadzoru i administratora. Z telefonicznej rozmowy ze znajomą stryjenki państwo B. dowiedzieli się, że do mieszkania stryjenki włamali się inni lokatorzy, zdewastowali je, a dobytek spalili na podwórzu (okna tego mieszkania obecnie zabite są deskami). Policja dwukrotnie nie przyjęła e-mailowego zgłoszenia o włamaniu, pomógł dopiero list do prokuratury, ale ta zdecydowała o umorzeniu śledztwa w tej sprawie.
Spadkobiercy wieszczą, że dom przy Kazimierza Wielkiego 35 niedługo będzie totalną ruiną: – Podeszła w latach stryjenka nie zajmowała się nim od lat. Dom grozi zawaleniem. UMP odmówił nam pomocy w ustanowieniu tymczasowego administratora, a 40 mieszkańców od 2 lat nie płaci czynszu. Nie kontaktuje się z nami samozwańcza, społeczna administratorka, choć pisaliśmy do niej w sprawie zalegalizowania tej funkcji. Wygląda na to, że mieszkańcy kamienicy żyją jak komuna hipisów.
Państwo Wanda i Stefan B. wyjaśniają, że w tej sytuacji staną się odpowiedzialni za katastrofalny, grożący zawaleniem, stan budynku oraz za naprawę mieszkań lokatorów, którzy ponoć czynszu nie płacą od lat: – Ostrzegaliśmy wydział gospodarki mieszkaniowej i Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego o tragicznym stanie budynku. Sugerowaliśmy, że mieszkańców trzeba przesiedlić. Bez rezultatu. Poprosiliśmy MOPS o wyjaśnienie, dlaczego Halinę N. zabrano do zakładu bez ubezwłasnowolnienia i wyznaczenia opiekuna dla niej i dla domu, łamiąc w ten sposób prawny obowiązek nadzoru. Na odpowiedź czekamy już kilka miesięcy – spadkobiercy zastanawiają się, kto jest odpowiedzialny za taki stan rzeczy? – Według urzędu właściciele, to znaczy my, od lat mieszkający w Australii! On sam, dyktując od lat politykę mieszkaniową kamienicy, nie poczuwa się do winy. Musimy dodać, że Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego przez lata nie interesował się tym, czy dom ma wykonywane przeglądy i jest konserwowany zgodnie z prawem budowlanym. Odmówiono nam wglądu w dokumenty publiczne z PINB, choć jesteśmy spadkobiercami kamienicy.
Złe podejście do sprawy
Tadeusz Potrzuski, Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego tłumaczy, że dokumenty w PINB nie są publiczne, wgląd w nie mają tylko strony postępowania, a państwo B. są na razie tylko potencjalnymi spadkobiercami nieruchomości. Będą mieli dostęp do wszystkiego, jeśli przedłożą dokument, że budynek już do nich należy. W innym razie udzielanie dokładnych informacji o kamienicy to łamanie tajemnicy handlowej – ewentualny inny spadkobierca (a mężczyzna podający się za bratanka właściciela, mieszkaniec Słupska, pojawił się w kamienicy 2 lata temu) mógłby skierować sprawę do sądu: – Prawnik państwa B. nie zna się na prawie budowlanym i błędnie tłumaczy im związane z tym przepisy. Życzą sobie oni od nas ekspertyzy budynku, ale my jako urząd takich usług nie wykonujemy. Jeśli ekspertyza potrzebna im jest do sprawy spadkowej w sądzie, to mogą ją zlecić komukolwiek i wówczas będą mogli przedstawić ją w sądzie. Poza tym państwo B. myślą, że posiadamy kartotekę na temat tej kamienicy, tymczasem tak nie jest, ponieważ dokumentację ma obowiązek prowadzić właściciel kamienicy.
Inspektor uważa, że państwo B. mają złe podejście do całej sprawy. Mówi, że chciałby pomóc, ale obrzucany jest przez internet inwektywami. Poza tym: – Proszę sobie wyobrazić, że ktoś z USA przesyła e-maila, że jest przyszłym spadkobiercą Zamku Książąt Mazowieckich. Też musiałbym mu udostępnić wszystkie dokumenty tej budowli? – pyta retorycznie T. Potrzuski.
Rozmawialiśmy z jedną z dwóch społecznych administratorek kamienicy. Przytakuje, że czynszu nikt z lokatorów nie płaci od śmierci Haliny N.: – Obie z koleżanką zbieramy pieniądze za wodę i wywóz śmieci, wpłaca koleżanka. Remonty każdy robi sobie ze własnym mieszkaniu. Lokatorzy dostali pisma z magistratu, że budynek nie nadaje się do zamieszkania, ale wszyscy mieszkają nadal. Niestety, bez administracji nie jesteśmy w stanie dać sobie rady z różnymi problemami. Najgorszy to ten, że w kamienicy jest prawdziwa hodowla szczurów. Nikt się jednak tym nie chce interesować. Ani tym, że kominy są już prawi zupełnie zdewastowane, a powinny być sprawne, bo mieszkania ogrzewane są tradycyjnymi piecami – mówi kobieta, która mieszka przy Kazimierza Wielkiego 35 od 1980 r. Twierdzi ponadto, że o dewastacji mieszkania Haliny N. nic nie wie.
Państwo B. nie będą mieli łatwo. Bo trudno prowadzić takie sprawy z antypodów. A jeśli już zostaną spadkobiercami, mogą mieć trudności z egzekwowaniem czynszu, wciąż mieszkając w Australii: – Gmina poradziła nam wziąć zarządcę, ale nikt nie chce się tego podjąć. Wiadomo, że niemożliwym jest wyegzekwowanie czynszu od lokatorów, którzy przez kilka lat go nie płacili.
Tymczasem w kamienicy przy Kazimierza Wielkiego 35 mur pęka, a tynki się sypią. Pozostaje mieć nadzieję, że z powodu szczurów nie wybuchnie tam jednak epidemia dżumy.
Tekst i fot.
Elżbieta Grzybowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze