Co oznacza wojna o miedzę najlepiej pokazał, wciąż bardzo aktualny polski film „Nie ma mocnych”. Samo życie, walka o pół palca, która całe lata ciągnie się przed sądami, pożerając ogromne wydatki i w większości przypadków nie przynosząc zadowalającego obie strony rezultatu.Czasy się jednak zmieniły. Nikt nikogo na szczęście nie traktuje kosą i z tego powodu nie musi uciekać do Ameryki. Sprawa z gminy Radzanowo nie dotyczy samej miedzy, ile drzew które na niej rosły – i krzywdy, jaka jest na świecie, bo sprawiedliwości to już dawno nie ma – powiedziała na powitanie pani G., która redakcję odwiedziła wraz z synem. – Rok czasu się to wszystko ciągnie, czekamy na kolejne odpowiedzi, ale wiemy, że nie mamy szans wygrać. Oni, z którymi o miedzę walczymy, mają wszędzie znajomości. Sąsiad pójdzie do urzędu i wszystko umie załatwić tak, żeby było dobrze dla niego. A mój syn jest nerwowy, to głupiego chcą z niego zrobić i wszystko zabrać. On ma 7 dzieci i już 1,5 ha mu zabrali. Jeszcze chcą wyrwać 2 ha. To z czego on wyżywi te dzieci? O co chodzi w tym sporze? Była sobie miedza miedzy dwoma gospodarstwami. Ktoś kiedyś zasadził na niej wierzby, a olchy same się wysiały. Poza tym leżał tam wielki kamień, pamiętający bardzo dawne czasy. Ten kamień też zginął, tak samo jak drzewa, które sąsiad wyciął, a potem sprzedał gałęzie. Gdyby jeszcze podzielił się pieniędzmi, ale nie. Twierdzi, że to są jego drzewa, on je wyciął to i pieniądze mógł zabrać. A to całe 571,70 zł. I dlatego państwo G. złożyli wniosek do prokuratury o kradzież drzewa. Prokurator sprawę umorzył z braku dowodów przestępstwa, ale pani G. nie może się pogodzić z tą decyzją. Syn pani G., Ryszard złożył zawiadomienie 28 listopada 2001 roku, że nastąpiła kradzież drzew, które stanowiły współwłasność sąsiadów. W ciągu kilku dni lutego, mężczyzna wyciął na polecenie sąsiada 2 wierzby, 5 drzew olchowych i gałęzie z 5 drzew. Ponieważ drzewa rosły na granicy gruntów, Ryszard G. Zwrócił się do sąsiada, pana W. o zaniechanie wycinki, ale pan W. nie wyraził na to zgody twierdząc, że drzewa rosną na jego gruncie. Jaki był powód odmowy? Pan W. przyznał, że drzewa rosną na miedzy, ale nie podzieli się pieniędzmi z ich sprzedaży, bo państwo G. nie posiadają aktu własności ziemi, a tylko ją użytkują. – Tak, nie mam aktu własności – wyjaśnia pani G., - ale to jest ziemia po mojej macosze, którą użytkuję od 27 lat. W czasie sporu był taki moment, kiedy obie rodziny mogły dojść do porozumienia. Pan W. proponował pani G. jedno drzewo i trzy gałęzie, a kiedy już miało dojść do ugody, pan W. wycofał się. Podczas oględzin okazało się, że drzewa warte były 571,70 zł, a gałęzie 24,20 zł. Pan W. stwierdził w trakcie przesłuchania, że sporne drzewa były zasadzone przez jego poprzedników, czyli nieżyjącego już pana S. – Około 10 lat temu ścinałem gałęzie z drzew rosnących na polu i wówczas pan G. nie miał do tego pretensji – mówił podczas przesłuchania pan W. - On kłamie – wyjaśnia pani G., - a na dodatek, nie wiadomo, dlaczego uśmiercił S. Przecież on żyje. Pewnie nie chcieli, żeby poszedł na świadka i dlatego powiedział, że umarł. A to nie prawda. Jak tu kłamią, to kłamią i w innych zeznaniach. W. może mówić różne rzeczy i kłamać, bo jego matka jest ławniczką w sądzie i znają tam wszystkich. Dlatego sprawa stale jest umarzana, robią nam na złość, nie ma sprawiedliwości, są tylko znajomości. Pan W. ma swoje racje. Twierdzi, że musiał obciąć gałęzie po tym, jak wierzby złamały się ze starości. Pani G. zgodziła się wziąć część gałęzi, tych, które spadły na jej pole, ale przyszła za chwilę znowu i powiedziała, że jednak się nie zgadza, bo syn groził jej wyrzuceniem z domu, jeśli weźmie tych kilka gałęzi. Tylko dlatego pan W. zabrał wszystkie gałęzie. Za to nasłuchał się od pana G., który groził mu przebiciem widłami i utopieniem w stawie. Pan W. obiecał, że będzie inaczej traktował państwa G., ale tylko wtedy, gdy staną się oni właścicielami ziemi, a grunty zostaną ponownie rozgraniczone. Jaki z tego wniosek? Prokuratura umorzyła dochodzenie stwierdzając, że nie jest w stanie rozwiązać długoletniego sąsiedzkiego konfliktu, którego przedmiotem jest przebieg granicy sąsiadujących ze sobą nieruchomości. Na dodatek stan prawny nie został ustalony. Prokurator ustalił, że drzewa zostały usunięte, ale brak jednoznacznych dowodów wskazujących na to, że rosły one na granicy gruntów. Sprawa o miedzę nie ma właściwie żadnych szans na to, by została rozwiązana. Tak czy inaczej ludzie chcą walczyć o swoje, są przekonani, że mają rację, ale w sprawiedliwość nie wierzą. Wierzą tylko w znajomości, a tych nie mają, dlatego przyszli do redakcji, by się poskarżyć. Czy redakcja im pomoże? Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze