Płoccy miłośnicy X Muzy, szczególnie ci ambitniejsi, ceniący sobie bezpośredni kontakt z arcydziełami sztuki filmowej, a nie tylko pośrednictwo recenzentów prasowych, nie czuli się zbyt rozpieszczani w ostatnich latach. Owszem, zdarzały się artystyczne rodzynki wrzucane pomiędzy rutynowo eksploatowaną drugorzędną produkcję z Hollywood, wycenianą w prasowych rankingach zaledwie na jedną lub dwie gwiazdki, ale dla spragnionych prawdziwej sztuki, a trzeba wierzyć, że takich w naszym mieście nie brakuje, to zdecydowanie za mało. Może za blisko do Warszawy, tam zresztą co bardziej zdesperowani szukali na przykład polskich filmów z ostatniego festiwalu w Gdyni.
Częściej, śledząc cotygodniowe rekomendacje płockich premier, czekało na nas biadolenie recenzentów w stylu: „jedna z najgorszych i najżałośniejszych komedii, jakie zdarzyło mi się ostatnio oglądać”, „taka porcja głupoty, której nie przełkną chyba nawet amatorzy niedzielnych sitcomów” („Connie i Carla”), „film nie jest ani śmieszny, ani straszny, ani – co najważniejsze – nie budzi emocji” („Van Helsing”). Poprzednia ekipa menadżerów kina pożegnała nas „wielką i dorodną filmową landryną w eleganckim celofanowym opakowaniu” („Dirty Dancing 2”), murowanym kandydatem, w opinii krytyków, do tytułu najgorszego filmu roku. Przykłady można mnożyć. Ja rozumiem, że czasy są trudne, a biznes jest biznes, ale bez przesady. Kto sprzedaje tylko śliwki, musi się liczyć, że innych owoców klienci poszukają gdzie indziej. Zresztą nie tylko jakość towaru, ale i wystrój świątyń kina skutecznie odstraszał najzagorzalszych jego miłośników.
Dlatego wszelkie zwiastuny zmian napawały optymizmem i przywracały wiarę, że możliwe jest do pogodzenia w grodzie nad Wisłą popularne kino rozrywkowe z wielką sztuką, a warunki odbioru i jednej i drugiej formy nie popsują doznawanych przeżyć. Czy tak będzie, przekonamy się zapewne niedługo. Gdyby jednak miarą powodzenia przedsięwzięcia miał się stać weekend otwarcia (a w tej branży, jak wiadomo, on się liczy najbardziej), to nadchodząca epoka płockiego kina może nie zapowiadać się wcale tak obiecująco, jak optymistycznie się prorokuje.
Na początek oczywiście wielki komiks sezonu – „Król Artur”. Niech będzie i komiks, przy tym historyczny, wszak mamy środek lata, szarym komórkom należy się odpoczynek. Ale dlaczego od razu trzy komiksy i na domiar wszystkie kiepskie? Tego łatwo zrozumieć się nie da. O amerykańsko-kanadyjskim „Efekcie motyla” napisano, że to „nudny i pretensjonalny gniot”. Podpisuję się pod tym obiema rękami. O francuskim „RRRrrr!!!” – „rozczarowanie straszne, coś horrendalnie głupiego i zupełnie nieśmiesznego”. Też się zgadzam. Załóżmy dziś optymistycznie, że winę za to niecodzienne spotkanie filmowej mielizny na otwarcie nowej ery ponoszą wyłącznie okoliczności od nowych właścicieli płockich kin niezależne i bynajmniej nie chodzi im o to, by tu właśnie w przyszłości upychać całą tandetę światowej produkcji filmowej klasy B i C.
Na wszelki tylko wypadek przypomnę, że w tym mieście jest kilka wyższych uczelni, rzesze studentów i młodzieży szkół średnich, kadra profesorska i nauczycielska, tu mieszka w końcu 140 tysięcy ludzi i niekoniecznie wszyscy złaknieni są nudnych i pretensjonalnych gniotów. Tych mieliśmy na pęczki i bez otwarcia nowej epoki. Nie przedłużajmy więc życia starej. Niech naprawdę zacznie się nowa.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze