Dobiegła końca szczęśliwie prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego. Piszę szczęśliwie bynajmniej nie z powodu jakiejś szczególnej troski o pana prezydenta. Takiej zresztą nigdy zbytnio nie potrzebował, cieszył się niezmiennie wysokim społecznym poparciem przez każdy okres swych przydługich rządów. Dwie trzecie Polaków kochało swego prezydenta miłością wierną, a ponieważ dwie trzecie to prawie wszyscy, więc można bez ogródek powiedzieć, że pan Kwaśniewski zrealizował udanie ideał prezydenta wszystkich Polaków, tak jak zresztą sam na początku pierwszej kadencji był zamierzył, wbrew woli wielu rodaków, których siłą do owych wszystkich zaliczył. Zatem teraz, gdy odchodzi, powinien wzbudzać żal powszechny i być może nawet taki wzbudza, ale tak się niefortunnie złożyło, że koniec kadencji zbiegł się akurat ze świętami Bożego Narodzenia, a to przecież czas, kiedy smutnym bywać nie wypada. Trzeba się cieszyć i nie powiem, by rodacy tego w te święta zaniechali. Długość przedświątecznych kolejek do monopolu nie pozostawia żadnych złudzeń. Czy jednak rodacy zalewali żal po odejściu prezydenta, narodziny Syna Bożego, czy jeszcze coś innego, nie śmiem dociekać.
Mnie bynajmniej odejście pana prezydenta zbytnio nie zasmuca. Przez obie kadencje częściej znajdowałem siebie pośród tych nieprzekonanych jednych trzecich, którzy wobec osoby szanownego pana żywili zastrzeżenia różnego autoramentu. Czasem szło tylko o drobiazgi, a to że jeszcze jako kandydat pominął w oświadczeniu majątkowym akcje żony, a to że naopowiadał, że obronił pracę magisterską, czemu zaprzeczać musiał sam rektor Uniwersytetu Gdańskiego, a to że na cmentarzu w Charkowie z trudem utrzymywał pozycję wertykalną, co niestety dostrzegli najbardziej spostrzegawczy świadkowie, a to wreszcie że swego ministra nakłaniał, by ten parodiując Papieża, by błogosławił ziemię kaliską. Większość rodaków wybaczała swemu prezydentowi mniejsze i większe wypadki, a jeśli nawet nie wybaczała, to pozostawała wobec nich szczerze obojętna. To niedobrze, bo w ten sposób zanika niezbędna dla zdrowego życia społecznego potrzeba istnienia i uznania autorytetu, kundli się życie społeczne, a młode pokolenie doznaje swoistej schizofrenii aksjologicznej i nie wie ostatecznie, w co wierzyć, co jest dobre, a co złe.
Nie raziły też i poważniejsze sprawy, choćby ta, gdy wetował ustawę o powołaniu IPN-u. Zarobił wtedy od ówczesnego ministra-koordynatora służb specjalnych niezbyt pochlebny pseudonim, że nie wspomnę już o innych urzędowych pseudonimach, które przylgnęły w międzyczasie do nazwiska pana prezydenta. Z wdzięcznością przyjęto nawet weto dla ustawy zakazującej rozpowszechniania wszelkiego rodzaju pornografii, bo przecież ucierpiałaby wolność wyboru i skurczyłby się wolny rynek, co w trudnym okresie transformacji ustrojowej nie było bez znaczenia. Z tych samych powodów rozumiano zaangażowanie pana prezydenta w reklamę mebli produkowanych w firmie szwagra prezydentowej, no ale wtedy szło jeszcze o wyższe racje, aż o zdobycie rynków dalekowschodnich dla polskiej gospodarki.
Wiele można by jeszcze prezydentowi wyliczać, ale ponieważ czasy są trudne i nie zawsze to, co nie podoba się jednemu, musi być od razu złe, na ocenę ostateczną dorobku pana prezydenta przyjdzie jeszcze poczekać. Przyszłość, na którą jedni z trwogą, drudzy czekają z nadzieją, rozwieje wszelkie wątpliwości, czego w nowym roku nie wypada nawet sobie nie życzyć. Do siego roku.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze