Reklama

Zanim nadejdą dni, których nie znamy

25/01/2001 10:59
Styczeń. Wyludnione, szare ulice, po których przechadza się mroźny wiatr. Po wesołej atmosferze Świąt i Nowego Roku nie ma prawie śladu. Śmieciarki wywożą puste pudła i zwiędłe konfetti. Z wystaw po cichu, wstydliwie giną bombki, ozdoby, tekturowe Mikołaje. O tym, co się dzieje z wyschniętymi, niepotrzebnymi choinkami, nie warto nawet wspominać.Dzieciom w domach już zaczynają się psuć plastikowe, chińskie zabawki. Samochodzikom milkną silniczki, helikopterom zatrzymują się śmigła, krótkie życie lalek dobiega smutnego kresu. Ale o zbiorowych mogiłach tanich, jednorazowych zabawek milczą media. Przetaczający się niedawno przez sklepy tłum gdzieś zniknął. Wszędzie cisza, pustka i ziewający po kątach kurz. Wychudzone, anorektyczne portfele i karteczki z napisem „remanent” - oto, co zostało po szaleństwie świątecznych zakupów. Kiedy jesienią pisałem w Kąciku o współtworzonym przez firmy Pomaton i Polskie Nagrania projekcie wznowienia na płytach kompaktowych całej dyskografii Marka Grechuty (w jednolitej graficznie, starannie zredagowanej serii „Świecie nasz”), poprzestałem na dwóch albumach, „Droga za widnokres” i „Magia obłoków”, obiecując powrót do tematu, skoro tylko – wydawana, niestety, bez zachowania chronologii - kolekcja poszerzy się o kolejne tytuły. A przecież brakowało wtedy tych bodaj najważniejszych. Teraz pora wydaje się jak najbardziej odpowiednia. Zanim, wyłaniający się z zimnego, styczniowego niebytu nowy rok, rozpocznie się na dobre, cofnijmy się o kilka miesięcy, by jeszcze raz posmakować dekadenckiej aury końca poprzedniego. Przystojny wokalista i prześliczna wiolonczelistka Zapewne nie stałoby się to wszystko, co się stało, gdyby w połowie lat 60-tych nie poznali się dwaj studenci Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej, Marek Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz. Zafascynowani poezją i muzyką, postanowili obie te dziedziny twórczo połączyć i w tym celu założyli studencki kabaret Anawa. Początkowo spontaniczna, anarchizująca, oparta na cyrkowo-jarmarcznych happeningach działalność, szybko zyskała jednak klasycznie zdyscyplinowaną oprawę, a Anawa niepostrzeżenie zmieniła się w zespół muzyczny. Jednak już pierwsza, wydana w 1970r. płyta „Marek Grechuta i Anawa” pokazała jak nietypowy i wybitny był to zespół i jak oryginalnego zadania się podjął. Bo nawet utwory tak proste i jednoznacznie przebojowe, jak „Serce”, „Nie dokazuj” czy „Będziesz moją panią”, które niedługo po ukazaniu się nuciła cała Polska, zawierały zbyt wiele klasycznych odniesień, brzmieniowych smaczków i dyskretnych instrumentalnych kontrapunktów, by pasować do grona wielu innych „festiwalowych” przebojów tego okresu. Z kolei, śmielsze wycieczki w kierunku muzyki poważnej czy jazzu, natrafiały na nieoczekiwane bariery w postaci niemalże rockowej zadziorności („Piosenka”, „W dzikie wino zaplątani”) lub odważnego, awangardowego zacięcia (pierwsza wersja kompozycji „Korowód”). Cała ta frapująca niejednoznaczność i wyrafinowanie nie byłyby z pewnością możliwe, gdyby nie skład zespołu, który - obok śpiewającego Grechuty i grającego na fortepianie Pawluśkiewicza - tworzyli wówczas: Tadeusz Kożuch - altówka i skrzypce, Tadeusz Dziedzic - gitara, Jacek Ostaszewski (późniejszy twórca grupy Osjan) - kontrabas i flet, Zbigniew Wodecki (tak, właśnie ten!) - trąbka i skrzypce, oraz Anna Wójtowicz - wiolonczela (to nią zauroczony Wojciech Młynarski napisał słynną piosenkę „Prześliczna wiolonczelistka”, znaną z wykonania zespołu Skaldowie). Poza tym gościnnie Anawę wspomagali jeszcze grający na gitarach Marek Jackowski (który wkrótce stał się pełnoprawnym członkiem grupy, potem za Ostaszewskim dołączył do Osjanu, by w końcu założyć już „własny” Maanam) i Tadeusz Woźniak (w tym czasie autor dwóch płyt solowych, a przede wszystkim utworu „Zegarmistrz światła”. W „Korowodzie” pomysłów i brzmień Tyle pomysłów i nastrojów, oryginalnych aranżacji i wysmakowanych brzmień - tymczasem było to dopiero preludium do arcydzieła, jakim okazała się wydana w 1971 r. płyta „Korowód”. Już sam prawie dziesięciominutowy utwór tytułowy, wykonany z rockową werwą i opatrzony długą środkową częścią instrumentalną, o mistyczno-psychodelicznej aurze i z brawurową, zabarwioną orientem partią fletu Ostaszewskiego, wystarczyłby za rekomendację. A przecież wolno się spierać, czy jest to nagranie na albumie najlepsze. Bo obok znalazła się także kilkuwątkowa, oparta na dynamicznym brzmieniu smyczków „Kantata”, podniosłe w nastroju, wręcz hymniczne „Świecie nasz” (od którego tytuł wzięła cała seria wznowionych nagrań Grechuty), liryczne perełki w rodzaju „Ocalić od zapomnienia” czy „Dni, których nie znamy”, urokliwa melodyka daje się porównać chyba tylko z dziełami spółki Lennon/McCartney, albo zamykający płytę „Niebieski młyn”, gdzie do typowej aranżacji na kwartet smyczkowy dodano wyrafinowany kontrapunkt w postaci perkusji, wybijającej miarowy, hipnotyczny rytm. Rockowa dynamika, klasyczna dyscyplina i klarowność brzmienia plus wzięta z jazzu skłonność do improwizacji - wszystko to złożyło się na płytę uznawaną przez wielu za najwybitniejszą w całej historii polskiej muzyki, i to wcale nie tylko rozrywkowej. Koniecznie trzeba tu wspomnieć o dodanych do każdego wydawnictwa z serii, nagraniach bonusowych (jest ich wręcz drugie tyle, co oryginalnych utworów z płyt). Są pośród nich piosenki pochodzące z singli i nagrania radiowe (pierwsze w ogóle nagranie zespołu, czyli słynne „Tango Anawa” czy kompozycja do wiersza Juliana Tuwima „Pomarańcze i mandarynki”), nagrania koncertowe (w tym jeszcze inna, frapująca wersja „Korowodu”), a także nie publikowane dotąd utwory wygrzebane w studyjnych archiwach (jak subtelne „Nie chodź dziewczyno do miasta” lub rześki, marszowy „Koń na biegunach” do wiersza Tadeusza Kubiaka). Imponującą liczbą przebojów z tych dwóch albumów można by obdzielić większość płyt gwiazd polskiej estrady ostatnich kilku lat. Oryginalności i artystycznej pasji starczyłoby pewnie na jeszcze więcej. Skąd to się wszystko brało i dokąd odeszło? I czy kiedyś powróci? Styczniowa szarość i pustka budzącego się dopiero do życia roku to dobra pora, by się nad tym zastanowić. W końcu tyle przed nami dni, których jeszcze nie znamy. Maciej Woźniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości