Styczeń. Wyludnione, szare ulice, po których przechadza się mroźny wiatr. Po wesołej atmosferze Świąt i Nowego Roku nie ma prawie śladu. Śmieciarki wywożą puste pudła i zwiędłe konfetti. Z wystaw po cichu, wstydliwie giną bombki, ozdoby, tekturowe Mikołaje. O tym, co się dzieje z wyschniętymi, niepotrzebnymi choinkami, nie warto nawet wspominać.Dzieciom w domach już zaczynają się psuć plastikowe, chińskie zabawki. Samochodzikom milkną silniczki, helikopterom zatrzymują się śmigła, krótkie życie lalek dobiega smutnego kresu. Ale o zbiorowych mogiłach tanich, jednorazowych zabawek milczą media. Przetaczający się niedawno przez sklepy tłum gdzieś zniknął. Wszędzie cisza, pustka i ziewający po kątach kurz. Wychudzone, anorektyczne portfele i karteczki z napisem „remanent” - oto, co zostało po szaleństwie świątecznych zakupów. Kiedy jesienią pisałem w Kąciku o współtworzonym przez firmy Pomaton i Polskie Nagrania projekcie wznowienia na płytach kompaktowych całej dyskografii Marka Grechuty (w jednolitej graficznie, starannie zredagowanej serii „Świecie nasz”), poprzestałem na dwóch albumach, „Droga za widnokres” i „Magia obłoków”, obiecując powrót do tematu, skoro tylko – wydawana, niestety, bez zachowania chronologii - kolekcja poszerzy się o kolejne tytuły. A przecież brakowało wtedy tych bodaj najważniejszych. Teraz pora wydaje się jak najbardziej odpowiednia. Zanim, wyłaniający się z zimnego, styczniowego niebytu nowy rok, rozpocznie się na dobre, cofnijmy się o kilka miesięcy, by jeszcze raz posmakować dekadenckiej aury końca poprzedniego. Przystojny wokalista i prześliczna wiolonczelistka Zapewne nie stałoby się to wszystko, co się stało, gdyby w połowie lat 60-tych nie poznali się dwaj studenci Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej, Marek Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz. Zafascynowani poezją i muzyką, postanowili obie te dziedziny twórczo połączyć i w tym celu założyli studencki kabaret Anawa. Początkowo spontaniczna, anarchizująca, oparta na cyrkowo-jarmarcznych happeningach działalność, szybko zyskała jednak klasycznie zdyscyplinowaną oprawę, a Anawa niepostrzeżenie zmieniła się w zespół muzyczny. Jednak już pierwsza, wydana w 1970r. płyta „Marek Grechuta i Anawa” pokazała jak nietypowy i wybitny był to zespół i jak oryginalnego zadania się podjął. Bo nawet utwory tak proste i jednoznacznie przebojowe, jak „Serce”, „Nie dokazuj” czy „Będziesz moją panią”, które niedługo po ukazaniu się nuciła cała Polska, zawierały zbyt wiele klasycznych odniesień, brzmieniowych smaczków i dyskretnych instrumentalnych kontrapunktów, by pasować do grona wielu innych „festiwalowych” przebojów tego okresu. Z kolei, śmielsze wycieczki w kierunku muzyki poważnej czy jazzu, natrafiały na nieoczekiwane bariery w postaci niemalże rockowej zadziorności („Piosenka”, „W dzikie wino zaplątani”) lub odważnego, awangardowego zacięcia (pierwsza wersja kompozycji „Korowód”). Cała ta frapująca niejednoznaczność i wyrafinowanie nie byłyby z pewnością możliwe, gdyby nie skład zespołu, który - obok śpiewającego Grechuty i grającego na fortepianie Pawluśkiewicza - tworzyli wówczas: Tadeusz Kożuch - altówka i skrzypce, Tadeusz Dziedzic - gitara, Jacek Ostaszewski (późniejszy twórca grupy Osjan) - kontrabas i flet, Zbigniew Wodecki (tak, właśnie ten!) - trąbka i skrzypce, oraz Anna Wójtowicz - wiolonczela (to nią zauroczony Wojciech Młynarski napisał słynną piosenkę „Prześliczna wiolonczelistka”, znaną z wykonania zespołu Skaldowie). Poza tym gościnnie Anawę wspomagali jeszcze grający na gitarach Marek Jackowski (który wkrótce stał się pełnoprawnym członkiem grupy, potem za Ostaszewskim dołączył do Osjanu, by w końcu założyć już „własny” Maanam) i Tadeusz Woźniak (w tym czasie autor dwóch płyt solowych, a przede wszystkim utworu „Zegarmistrz światła”. W „Korowodzie” pomysłów i brzmień Tyle pomysłów i nastrojów, oryginalnych aranżacji i wysmakowanych brzmień - tymczasem było to dopiero preludium do arcydzieła, jakim okazała się wydana w 1971 r. płyta „Korowód”. Już sam prawie dziesięciominutowy utwór tytułowy, wykonany z rockową werwą i opatrzony długą środkową częścią instrumentalną, o mistyczno-psychodelicznej aurze i z brawurową, zabarwioną orientem partią fletu Ostaszewskiego, wystarczyłby za rekomendację. A przecież wolno się spierać, czy jest to nagranie na albumie najlepsze. Bo obok znalazła się także kilkuwątkowa, oparta na dynamicznym brzmieniu smyczków „Kantata”, podniosłe w nastroju, wręcz hymniczne „Świecie nasz” (od którego tytuł wzięła cała seria wznowionych nagrań Grechuty), liryczne perełki w rodzaju „Ocalić od zapomnienia” czy „Dni, których nie znamy”, urokliwa melodyka daje się porównać chyba tylko z dziełami spółki Lennon/McCartney, albo zamykający płytę „Niebieski młyn”, gdzie do typowej aranżacji na kwartet smyczkowy dodano wyrafinowany kontrapunkt w postaci perkusji, wybijającej miarowy, hipnotyczny rytm. Rockowa dynamika, klasyczna dyscyplina i klarowność brzmienia plus wzięta z jazzu skłonność do improwizacji - wszystko to złożyło się na płytę uznawaną przez wielu za najwybitniejszą w całej historii polskiej muzyki, i to wcale nie tylko rozrywkowej. Koniecznie trzeba tu wspomnieć o dodanych do każdego wydawnictwa z serii, nagraniach bonusowych (jest ich wręcz drugie tyle, co oryginalnych utworów z płyt). Są pośród nich piosenki pochodzące z singli i nagrania radiowe (pierwsze w ogóle nagranie zespołu, czyli słynne „Tango Anawa” czy kompozycja do wiersza Juliana Tuwima „Pomarańcze i mandarynki”), nagrania koncertowe (w tym jeszcze inna, frapująca wersja „Korowodu”), a także nie publikowane dotąd utwory wygrzebane w studyjnych archiwach (jak subtelne „Nie chodź dziewczyno do miasta” lub rześki, marszowy „Koń na biegunach” do wiersza Tadeusza Kubiaka). Imponującą liczbą przebojów z tych dwóch albumów można by obdzielić większość płyt gwiazd polskiej estrady ostatnich kilku lat. Oryginalności i artystycznej pasji starczyłoby pewnie na jeszcze więcej. Skąd to się wszystko brało i dokąd odeszło? I czy kiedyś powróci? Styczniowa szarość i pustka budzącego się dopiero do życia roku to dobra pora, by się nad tym zastanowić. W końcu tyle przed nami dni, których jeszcze nie znamy. Maciej Woźniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze