Lucyna z Nowackich Solka, której fragmenty wojennego pamiętnika publikujemy dzięki uprzejmości jej siostry Haliny Brzóski, z chwilą wybuchu wojny miała 16 lat. Jako sanitariuszka przeszła szlak bojowy razem z płockim 8 pułkiem artylerii lekkiej. Okupację przeżyła w obozach w Działdowie i Ravensbrück. Po wojnie wróciła do Płocka. Pracowała w Zakładzie Energetycznym. Zmarła w 1974 roku.(...) 1-szy września (piątek). Miałam w tym dniu dyżur. O 5 rano otrzymałam telefon i wezwanie stawienia się do jednostki po rozkazy. Gdy przybyłam na teren koszar, nad Płockiem ukazały się samoloty innego kształtu niż polskie. Obserwowaliśmy je z zaciekawieniem. Chwilę krążyły nad miastem i odleciały. Byliśmy przekonani, że odbywają się dawno zapowiadane manewry wojsk sprzymierzonych. Dostałam przydział obsługi aparatury nadawczo-odbiorczej na punkcie obserwacyjnym w magistracie i punktu opatrunkowego przy ul. Kolegialnej 13. Naraz ciszę poranną zmącił przeraźliwy ryk syren alarmowych. Alarm! Ogólny ruch, zamieszanie, zbieganie do schronów. Huk detonacji! Rozdzwoniły się telefony, zawiadamiano nas, że to już wojna. Pierwsze bomby spadły przy ul. Wyszogrodzkiej, Błonie i na Radziwiu.
8 września. O godz. 20-tej przeszłam most na Wiśle z grupą służby pomocniczej. O godz. 21-ej przęsła obu mostów zostały zerwane. Radziwie opuściliśmy pod osłoną nocy z oddziałem por. Balińskiego – w cywilu adwokata. Całą naszą grupę włączono do 8 p. a. l. pod dowództwo płk Domasiewicza, do oddziału por. J. Brodzkiego. Otrzymałam przydział sanitariuszki liniowej i bogato wyposażoną apteczkę. Rankiem ruszyliśmy w drogę. Zatrzymaliśmy się w Gąbinie, by odpocząć i posilić się. Na miejskim placu pod drzewami stanęły kuchnie. Ja zmieniałam rannym opatrunki.
Alarm! Wszyscy na stanowiska! Gaszenie kuchni, maskowanie sprzętu. W niebo strzeliły fontanny ziemi. Gęsty pył i kurz wciskał się do oczu, gardła. Domy w gruzach, pierwsze ofiary. Widziałam rannych w panicznym strachu szukających schronienia. Ręce, nogi, wnętrzności wiszące na drutach elektrycznych, na drzewach, mózg i krew przyklejone na murach. Ludzi rozbieganych z obłędnym wzrokiem i krzyk świdrujący w uszach. Ze strachu zaciągnęłam kurczowo ręce na apteczce i schowałam się za wóz.
Starszy sierżant Sobieraj wyciągnął mnie z tej kryjówki, zwymyślał, co ze mnie za żołnierz, czy wiem po co tu jestem, uderzył w kark i pchnął ze słowami: „Do roboty”. Nie wiem, czy ból, czy jego krzyk i wymyślania otrzeźwiły mnie, ale szybko włączyłam się do pracy z innymi sanitariuszami.
Kiedy nalot ucichł, poszliśmy w stronę Sannik. Wszystkie drogi były zatłoczone różnymi pojazdami, ludnością cywilną, oddziałami wojska, taborami i zwierzętami domowymi. Ciągłe zmiany kierunków, by nie wpaść w ręce wroga, dezorientowały nas. Nie znaliśmy nazw mijanych osiedli. Pod Sochaczewem most się palił, musieliśmy szukać brodu. Na przeprawie tłok niesamowity. Od świtu do późnych godzin nocnych czekaliśmy na swoją kolej.
Przez Bzurę przeszliśmy nocą wąskim brodem przy blasku pękających rakiet, pod ogniem nieprzyjaciela, wśród wybuchów pocisków, gwizdu odłamków, jęku rannych i niesamowitego tłoku. Szliśmy w zupełnej ciszy, bo nieprzyjaciel blisko. Puszcza Kampinowska dała nam schronienie i odpoczynek. Rankiem odzywa się znów nieprzyjacielska bateria. Zaskoczył nas oddział niemiecki. Po krótkiej walce Niemcy uciekli. Zbliżaliśmy się do Warszawy brzegiem Wisły.
Na terenie Cytadeli opatrywałam rannych, przenosiłam ich do magazynów, gdzie mur najgrubszy. Wieczorem na rozkaz opuszczaliśmy Warszawę.
Pod Jabłonną nasz oddział zaatakowały trzy ciężkie bombowce wroga. Rozproszyliśmy się po polach, byle dalej od szosy. Znów bomby, serie z broni pokładowej. Huk, krzyk rannych, gejzery ziemi, kurz.
Wtem na tle nieba ujrzeliśmy polski samolot myśliwski. Polski lotnik podjął walkę z trzema ciężkimi maszynami nieprzyjaciela. Nacierał na bombowce, które mimo przewagi liczebnej nie mogły mu dać rady. Po wielu trudach udało mu się trafić jedną z maszyn. Spadła z wielkim hukiem eksplodujących bomb. Po długiej walce polski samolot został trafiony. Lotnik z wysiłkiem opanował maszynę i ostatkiem sił ruszył na drugą maszynę niemiecką. Uderzył. Obie maszyny splecione w śmiertelnym uścisku spadły w płomieniach. Przydzielono nas na punkt obrony – Nowy Dwór.
21 września o świcie odwiozłam ciężko rannych na operacje do szpitala w Modlinie, potem do Palmir po amunicję. Po załadowaniu wozów mieliśmy ruszać w drogę powrotną. Naraz zasypał nas grad pocisków. Odskoczyliśmy od wozów. Zajęliśmy wyznaczone stanowiska. Artyleria niemiecka biła wstrzeliwując się w cel. Pod osłoną ognia ukazały się czołgi, a za nimi tyralierą posuwały się ciemne postacie hitlerowców. Strzelanina przybierała na sile. Od strony drogi odezwały się niemieckie karabiny maszynowe. Czołgi coraz bliżej. W polskich szeregach zaniepokojenie, dostaliśmy ogień od czoła. Po chwili rozpętało się nad nami piekło pękających granatów. W przerwach ognia słyszałam jęki i wołanie o pomoc. Amunicyjny przy karabinie maszynowym zginął. Zastąpił go inny żołnierz. Zaczęły się pojedyncze ucieczki. Z wielkim trudem dowódcy przywrócili porządek. Wtem okrzyk: „Padnij”! Przywarłam do ziemi. Nad naszymi głowami zawarczała seria czołgowego kaemu.
Kapral obsługujący działo został bez obu nóg, mimo to dalej wołał: „Ognia”. Po chwili omdlał z upływu krwi. Do cekaemu dopadł porucznik i serią przydusił Niemców.
W pobliżu wybuchł pocisk, przypadłam do ziemi. Wtem usłyszałam przeraźliwy krzyk rozpaczy i bólu – pomocy! Skoczyłam w tamtą stronę. Żołnierz dostał w brzuch, mocno krwawił. Chciałam nałożyć opatrunek, lecz ostry ogień położył mnie na ziemię. Pociski padały gęsto. Po chwili jęk ucichł. Ranny nie żył. Zobaczyłam jego wykrzywioną w okropnym bólu twarz i wytrzeszczone oczy. Nerwy mnie poniosły. Zerwałam się i pobiegłam w stronę naszych. Nie czułam, że dostałam odłamkiem w nogę. Rana nie była groźna, po nałożeniu opatrunku mogłam chodzić. Patrzyłam na zbliżające się czołgi, szły i szły. Zdawało mi się, że żadna siła nie zdoła ich zatrzymać. Z trudem pokonując strach, wyciągnęłam granaty, odczekałam odpowiednią chwilę ciszy i z całych sił krzynęłam: – z granatami na czołgi, bo zginiemy – rzuciłam się w stronę czołgów. Moja decyzja zdopingowała żołnierzy, z granatami, automatami i karabinami w ręku poszli na czołgi. Biegłam za nimi kusztykając na rannej nodze. W pewnej chwili uderzyłam nogą o wystający korzeń, przewróciłam się, wpadłam w jakiś dół, rozkrwawiłam więcej nogę. Ból i łzy. Usłyszałam wzmożoną strzelaninę, krzyki, silny wybuch, potem ogólną wrzawę. Gdy po opatrunku wygrzebałam się z dołu i dobiegłam do drogi, wszyscy Niemcy nie żyli.
Obronę składów w Palmirach stanowił 136 pp pod dowództwem ppułk J. Topczewskiego. W walce brała udział także 2 bateria 71 dal pod dowództwem por. L. Kędzierskiego, którego znałam z Płocka. W obronie składów w tym dniu brali udział także żołnierze 17 pal, którzy słysząc strzelaninę pospieszyli załodze „Prochowni” z pomocą.
Po zakończeniu walki nasz oddział opuścił Palmiry i pod opieką przydzielonych żołnierzy do osłony, dotarliśmy z wozami pełnymi amunicji do Nowego Dworu.
28 września. Radiotelegrafista przyjął telegram: – „Zaprzestańcie wszelkich działań wojennych. Na wszystkich punktach wywiesić białe flagi. Nieprzyjaciel przyrzekł uszanować przepisy międzynarodowe. 28 września przerwano ogień. Przybył major Riedl z Dowództwa Obrony Warszawy i zameldował o kapitulacji stolicy. Przyniósł propozycję dowódcy sił niemieckich oblegających rejon Modlin, przyjęcia kapitulacji na honorowych warunkach.
Skrzynięto zbiórkę. Po raz ostatni dowódca stał przed nami. Po raz ostatni słyszeliśmy polską komendę. Pułkownik, z trudem opanowując głos, odczytał rozkaz o kapitulacji. Czytając zacinał się, jakby nie dowidział tekstu, wycierał często nos, a my słuchając nie mogliśmy powstrzymać łez. Dziękował za odwagę, poświęcenie i bohaterstwo żołnierzy. Żegnał się ze wszystkimi. Mówił, że oficerów czeka niewola, a żołnierze pójdą do domów, lecz wszędzie gdzie będą, Polska będzie z nimi i żeby zawsze w każdym swym postępowaniu byli Jej godni. Odczytano listę odznaczonych. Dostałam Krzyż Walecznych. 29 września nastąpiła kapitulacja okręgu Modlin. W ciszy i porządku żołnierze opuścili stanowiska. Z magazynów rozdawaliśmy żywność i odzież żołnierzom i ludności cywilnej.
Obrońców Warszawy i rejonu Modlin jako jeńców wojennych zamknięto w obozach wojskowych w Iłowie i Działdowie. Mnie wywieziono do Działdowa (...)
opr.(lesz)
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze