Reklama

Wspomnienia naszych czytelników - Obozowe święta w Jesau

17/01/2001 12:52
Jesienią 1944 roku, zostałem aresztowany na polecenie niemieckiej Tajnej Policji Państwowej (Geheime Staatspolizei) w Ciechanowie – Płocku i przeszedłszy więzienia etapowe w Sierpcu i Toruniu, osadzony zostałem w obozie karnym (Arbeitsarziehungslager) w Działdowie. Otrzymałem nr. 16497. W akta sprawy przypisano mi ucieczkę z robót przymusowych i przejazd bez wymaganego pozwolenia pociągiem.Jeszcze w więzieniu w Sierpcu, poznałem w swej celi, starszego ode mnie o kilka lat Szczepana Rutkowskiego, pochodzącego z Rycharcic, gmina Gozdowo. On żołnierz września, podoficer 4 pułku strzelców konnych, aresztowany za przynależność do organizacji podziemnej od pierwszej chwili zainteresował się mną, pomagając w przetrwaniu. W początkach grudnia 1944 roku więźniarką zostaliśmy dowiezieni w grupie ponad 100 więźniów do podobozu w Jeasau, usytuowanego na południe od Królewca. Podobóz ten był filią obozu koncentracyjnego Stuthoff, znajdował się na jednym z lotnisk (stacjonowała tam dywizja lotnictwa bombowego i myśliwskiego). Ogrodzony płotami z drutu, za którymi znajdowały się baraki drewniane, był zapewne wabiem dla lotnictwa sowieckiego. Przed nami byli tam Żydzi, dowożeni uciekinierzy ze stalagów, jeńcy sowieccy, którzy mieli namalowane litery SU. (Sowiet Union) Poza Rutkowskim zapamiętałem Zenona Winiarka z Miszewska Strzałkowskiego, Stanisława Przybyszewskiego z Sierpca i Władysława Michałka ze wsi Dronaszewice gminy Gozdowo. W barakach były cele, w których spało na pryczach po kilkunastu więźniów. Prycze były piętrowe. Otrzymaliśmy po jednej namiastce koców, (po byłych zmarłych więźniach) opanowanych przez robactwo. Dano nam też miski i wyjątkowo łyżki. Praca naszych komand, polegała na wyładunku cementu, żwiru, piasku na stacji kolejowej Jesau, karczowaniu lasu, budowaniu umocnień dla samolotów, budowaniu dojazdów betonowych na obrzeżach lasu do tych umocnień itp. Kompania wartownicza składała się z SS-manów. Byli to ochotnicy Niemcy i Flamandowie, pochodzący z Belgii. Żołnierze tej formacji pilnowali samego obozu i pilnowali komand zewnętrznych, poza terenem obozu, na każdych 7 więźniów przypadał jeden wartownik SS-man. Byli to najmniej wartościowi ludzie, zwolennicy narodowego socjalizmu, z niskim morale. Uważali, iż pilnują największych wrogów Rzeszy Niemieckiej. Traktowali nas jak kryminalistów. Strzelali bez powodu. Do ich obowiązków należało ciągłe naganianie więźniów do nieustannej pracy. Sztubowi budzili nas o 5-tej. Codziennie rano i wieczorem myliśmy obowiązkowo podłogę celi. Okna otwierano przy wyjściu do pracy i zamykano po przyjściu z pracy więźniów. Nie palono w piecykach, marzliśmy więc w czasie snu okropnie. Pilnujący nas w pracy wartownicy mieli do swej dyspozycji koksowniki, które nosili im więźniowie. Wyżywienie nasze to ½ litra namiastki kawy rano, zupa z brukwi i pseudo kapuśniak. Znalezienie kartofla w zupie było dla więźnia szczęściem. Wieczorem trzeba się było zadowolić długo przeżuwaną, małą kromką chleba. Postępujące, niedożywienie zmieniało stopniowo wygląd nas, więźniów. Ogólne wychudzenie było widać już po kilku tygodniach pobytu, wąskie kości zaznaczały się ostro, pod skórą, czaszka wydawała się jakby skurczona, bądź wydłużona do tyłu. Pojawiła się puchlina wodna na nogach, skóra twarzy obwisła, pod oczyma zaczęły pojawiać się zabarwienia ziemistosine, oczy wpadały jakby w głąb czaszki, wzrok robił się zmatowiały. Wielu, przeważnie starszych ludzi, stawało się muzułmanami . Natrętne myśli o jedzeniu, towarzyszyły nam przez cały czas. Silniejsi znajdowali ujście w opowiadaniach o potrawach spożywanych na wolności, układali jadłospisy, gdy wrócą do domu. Osłabieni głodem miewali często halucynacje. Niemniej niszczącym uczuciem był strach. Towarzyszył on więźniom podczas całego dnia – rano o zasłane prycze, czystość naczyń, spóźnienie się na apel, na wszystkie zbiórki, przy wejściu SS-mana na sztubę. Wreszcie strach przed kontrolą sanitarną, czystością nóg i w konsekwencji przed karą, ze strony SS-manów. Więźniów obowiązywała reguła, panująca we wszystkich więzieniach Rzeszy Niemieckiej. Karano za wszystkie wykroczenia przeciwko obowiązującemu koszarowemu porządkowi: za brudną kurtkę, brak guzika, za rozdarte spodnie, za podniesienie kołnierza kurtki w czasie deszczu, mrozu czy wiatru, ręce w kieszeni podczas marszu w kolumnie, za wejście do baraku w zabłoconych drewniakach, wreszcie za niedbałość ukłonu przed SS-manem czy kapo. Strach nauczył nas przebiegłości i ostrożności, nauczył oszczędzania sił. Przesłanki były dla nas jasne. Tylko bardzo odporni fizycznie i psychicznie więźniowie, do takich należał Szczepan Rutkowski, przestrzegali norm moralnych u swych współkolegów w sztubie i poza nią. Obok głodu i strachu, trzecim dominującym uczuciem była nostalgia: oderwanie od rodziny i kraju, tęsknota za domem. Izolowani od świata zewnętrznego, bez możliwości pisania listów do odległej rodziny, niepokoiliśmy się o naszych bliskich tak samo jak oni o nas. Myśl o domu, o rodzinie była dla nas także źródłem siły, wzmacniała odporność, przypominała, iż każdy z nas musi wytrwać, by wrócić, że musimy żyć. Nostalgia podobnie jak głód zżerała szczególnie więźniów starszych wiekiem. 24 grudzień 1944 roku, wigilia Bożego Narodzenia, godzina 5.00. Zbudzeni wrzaskiem sztubowych, po wymyciu podłogi, otwarciu okna w sztubie, szybko zjedliśmy namiastkę śniadania. Komando moje skierowane zostało na stację kolejową Jesau. Dzień był mroźny poparty silnym wiatrem i zadymką śnieżną. Zmarznięci do kości, zabraliśmy się do pracy przy wyładowywaniu węglarek kolejowych, kując oskardami i łopatami, popędzani wrzaskiem wartowników, traciliśmy stopniowo siły. Zakończyliśmy pracę o godzinie 22.00 w nocy. Wagon musiał być czysty i wymieciony ze żwiru. Pod czujnym okiem wachmanów dowlekliśmy się do obozu około godziny 24.00 w nocy. Zapomnieliśmy wymyć podłogę w naszej sztubie. W tym czasie wizytował sztuby komandofuhrer, był to Flamand wzrostu około 190 cm, o zimnym świdrującym spojrzeniu, nienawidzący szczególnie Polaków. Zobaczywszy fakt, iż sztuba jest niezmyta, przystąpił do bicia, wołając współkolegów. Pierwsze uderzenie stołkiem spowodowało, iż padłem na podłogę nieprzytomny, ile otrzymałem kopniaków nie wiem. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem głowy współkolegów pokrwawione. Potłuczeni, zostaliśmy za karę pozbawieni posiłku wigilijnego, jakim była zupa z brukwi. Epilog: To, że kilku nas przeżyło, zawdzięczać możemy tylko ofensywie styczniowej Armii Radzieckiej. Ewakuowani do Królewca, stamtąd popędzeni na Pilau, podczas nalotu samolotów sowieckich, kilku z nas uciekło. Rutkowski i ja tułaliśmy się, ukrywając przed Niemcami. Samo komando z Jesau zostało wypędzone na lód Zalewu Wiślanego, łamiący się lód powodował topienie się więźniów, a próbujący się ratować, zostali wystrzelani. Podobny los spotkał komanda z Setrappen, Królewca, Heiligenbeil i Sępolna. Gestapo i SS-mani nie otrzymawszy statków i barek do ewakuacji, dokonali jeszcze jednej zbrodni na morzu. Opracował Stefan Popiołek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości