Reklama

Wspaniałe i fatalne w skutkach mecze

26/01/2016 08:34
Pięciu związanych z Płockiem aktualnych zawodników Orlen Wisły: Adama Wiśniewskiego, Michała Daszka, Dimitra Żytnikowa, Ivana Nikcevica i Miliana Pusicę oraz trenera Wisły Manolo Cadenasa kibice mogli obserwować w pojedynkach rozgrywanych w polskich halach podczas mistrzostw Europy. Dwaj Serbowie wrócili już do Płocka, a pozostali nadal walczą o awans do półfinału.
Polska fantastycznie przeszła przez fazę grupową mistrzostw, wygrywając trzy kolejne pojedynki. Zdecydowanie największym sukcesem była wygrana z reprezentacją Francji. – Ten pojedynek może nie był najlepszym w dziejach w wykonaniu polskiej reprezentacji, ale na pewno przejdzie do historii piłki ręcznej – mówił przed kolejnym spotkaniem, tym razem z Norwegią, trener bramkarzy Orlen Wisły Artur Góral.
Płocki wychowanek, obecnie trener bramkarzy, twierdził, że w pojedynku z Norwegami to nasza reprezentacja była faworytem.
– Przed trzecim meczem turnieju mało kto liczył na polską drużynę, zresztą nawet gdyby przegrała, nikt by nie miał jej tego za złe, bo awans do dalszych gier był pewny. Francja była kandydatem do triumfu, a na boisku okazało się, że to jest dzień naszego zespołu. Bardzo ważny był pierwszy gol Karola Bieleckiego. Po takiej bramce Omeyer na pewno stracił sporo pewności siebie. Nasi uwierzyli, że mogą pokonać najbardziej utytułowaną drużynę ostatnich lat i poszli za ciosem. To był wspaniały widok. Okazało się jednak, że zespół Claude’a Onesty szybko się dźwignął po tej porażce, zdeklasował w kolejnym meczu Białoruś i wrócił do gry o półfinał – mówi Artur Góral.
Z Norwegią fatalnie
Niestety, wysoka wygrana z Francją, a potem cztery dni odpoczynku nie wyszły polskiej reprezentacji na dobre. W meczu z Norwegią podopieczni trenera Michaela Bieglera polegli całkowicie.
– Gra się tak, jak przeciwnik pozwala. W sobotnim meczu wyszliśmy na parkiet pewni zwycięstwa i prawdopodobnie dlatego pozwoliliśmy Norwegom na wiele. Ale oni nie dali nam pograć – ocenił pojedynek były sędzia międzynarodowy Jacek Wróblewski.
Po ostatnim meczu fazy grupowej z Francją w kraju zapanowała euforia, a polskich piłkarzy ręcznych kibice widzieli już na najwyższym stopniu podium. – Do tej pory trzy mecze oglądałem bez emocji, wyluzowany i spokojny. Przed sobotnim pojedynkiem byłem od rana podminowany i nie bardzo wiedziałem, dlaczego. Jak zaczęło się spotkanie, już miałem przeczucie, że dobrze nie będzie – tłumaczy Jacek Wróblewski.
Wróblewski to połowa jednej z trzech par sędziowskich, która w swojej karierze prowadziła spotkania piłki ręcznej na Igrzyskach Olimpijskich. Para Zdzisław Jeziorny i Władysław Arciszewski sędziowała w 1980 roku w Moskwie. Płocczanin Jacek Wróblewski z Markiem Szajną w 1992 roku w Barcelonie, a Mirosław Baum i Marek Góralczyk byli wśród arbitrów dwukrotnie, w Atenach i Pekinie.
Jacek Wróblewski chwalił po meczu tylko dwóch polskich zawodników. – Kapitalnie zagrali Michał Jurecki i Karol Bielecki. Sławomir Szmal był bezradny, a reszta zawodników spełniała rolę podawaczy piłki. To był zimny prysznic dla wszystkich i co tu dużo mówić, nie wykorzystaliśmy ogromnej szansy, która była przed nami – twierdzi były sędzia.
Zdaniem Jacka Wróblewskiego, który sędzią międzynarodowym był przez 30 lat, od początku lat 70-tych do 2000 roku, piłka ręczna XX i XXI wieku bardzo się różni.
– Przede wszystkim wykorzystanych jest więcej elementów sprawności specjalnej. Mam na myśli to, co pokazali piłkarze THW Kiel w meczu Ligi Mistrzów z Orlen Wisłą. Każdy zmiennik wchodzący na boisko pokazywał, że radzi sobie doskonale w każdej sytuacji. Różnica polega na dogrywaniu, zachowaniu w powietrzu, operowaniu piłką. Cechy motoryczne przetwarzane na potrzeby tej dyscypliny są nieprawdopodobne – mówi.
Najważniejszy będzie mecz z Chorwacją
W poniedziałek Polacy zagrali drugie spotkanie fazy głównej. Mamy nadzieję, że zakończone sukcesem, bo tylko wtedy szansa na awans do półfinału wróci. Zadecyduje o tym pojedynek z Chorwacją, który zostanie rozegrany w środę. Początek wyznaczono na godz. 20.30. To będzie ostatni mecz w grupie. Po nim poznamy tabelę i okaże się, czy Polska zajmie jedno z dwóch pierwszych miejsc. Jeśli tak, na kolejne emocje będziemy czekać w piątek, a potem w niedzielę, kiedy rozegrane zostaną mecze o medale.
Były sędzia międzynarodowy wysoko ocenia pracę arbitrów prowadzących pojedynki na mistrzostwach. – Jestem zbudowany poziomem sędziowania meczów, a głównie tym, że nie dopuszczają do brutalnej gry. Hiszpańska para z meczu Norwegia – Polska na początku spotkania pokazała, jak będzie prowadzić pojedynek, na co pozwoli zawodnikom, a potem konsekwentnie trzymała się narzuconych zasad. Znakomicie rozróżniali faule w ataku i świetnie pozwalali wykorzystywać prawo korzyści. Trzeba dodać, że pary sędziowskie są bardzo równe i wreszcie, nie tak jak było na mistrzostwach świata w Katarze, nie ma tematu sędziowania, mówi się tylko o grze drużyn i wynikach spotkań – dodaje.
Sytuacja w „polskiej” grupie rozstrzygnie się w środę po godz. 22. Artur Góral nie wierzy, że będą niespodzianki. – W czwórce najlepszych drużyn obok naszej reprezentacji i Francji powinni znaleźć się Hiszpanie i Duńczycy. Wiem, że wielu fachowców zamiast Francuzów widzi w półfinale Norwegię. Są doskonale przygotowani, młodzi i nieobliczalni, mogą wygrać z każdym, ale też przegrać. Raczej nie uniosą ciężaru walki o najwyższe trofea. Polska nadal jest kandydatem do złota. Mam nadzieję, że tak będzie również w środę wieczorem, a potem w piątek w meczach półfinałowych. Wygrać medal w swoim kraju w obecności 15 tys. widowni to na pewno coś niesamowitego.
Mistrzostwa zgodnie z oczekiwaniami dostarczyły kibicom niesamowitej dawki emocji. Na parkietach wspaniałych polskich hal sportowych biegali najlepsi gracze z Europy. Wielka szkoda, że obok dwójki płockich zawodników swojej szansy nie dostał, przynajmniej w czterech pierwszych meczach, Marcin Wichary. Cieszy, że znakomicie spisywali się byli zawodnicy Orlen Wisły, między innymi Kamil Syprzak, który po meczu z Francją otrzymał tytuł MVP spotkania, a potem najlepszego kołowego fazy grupowej mistrzostw.
W Krakowie, a potem we Wrocławiu była także para płockich spikerów: Wojciech Wiśniewski i Jakub Chonchera, którzy wyraźnie przynosili polskiej reprezentacji szczęście. No i nie można zapomnieć o setkach, jeśli nie tysiącach płockich kibiców goszczących we wszystkich Arenach. Mistrzostwa były sukcesem, choć ten sukces drużyna mogłaby przypieczętować medalem, pierwszym w historii rywalizacji europejskich drużyn narodowych.
Jola Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości