Już po raz siódmy z rzędu pierwsze dni kalendarzowej wiosny zbiegły się z odbywającym się tradycyjnie w płockiej katedrze Festiwalem Muzyki Jednogłosowej.I po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że szlachetna prostota i duchowa siła monodycznej muzyki średniowiecza wcale nie tracą na wartości u progu trzeciego tysiąclecia, a wręcz przeciwnie, mogą do nas - ogłuszonych hałasem technologicznej cywilizacji i wielogłosowym krzykiem masowej kultury - przemówić językiem zadziwiająco komunikatywnym, przynoszącym chwilę jasności, spokoju i wytchnienia. Festiwal, zorganizowany wspólnymi siłami Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki, Urzędu Miasta i Kurii Diecezjalnej, jak co roku został rozłożony na trzy dni, a właściwie trzy wieczory, oraz poprowadzony ze znawstwem i dobrym smakiem przez znanego radiowego prezentera i popularyzatora muzyki dawnej, Piotra Orawskiego. Pierwszy z koncertów, w piątek 23 marca, od początku zapowiadał się jako wydarzenie niezwykłe, nie tylko w skali naszego kraju i nie tylko dla wielbicieli muzyki dawnej. Z inicjatywy byłego dyrektora płockiego Domu Kultury, obecnie zaś pracownika Urzędu Miasta, Waldemara Woźniaka, udało się bowiem zorganizować wspólny występ najlepszego polskiego - i jednego z kilku najlepszych na świecie - muzyka jazzowego, słynnego trębacza Tomasza Stańki oraz grupy wokalnej Bornus Consort, kierowanej przez znakomitego śpiewaka, a przy okazji muzykologa i badacza śpiewu chorałowego, Marcina Bornus-Szczycińskiego. Powiedzieć o Tomaszu Stańce po prostu jazzman, to tak jakby nazwać Rolls-royce’a tylko samochodem, a więc już sama obecność w katedrze legendy polskiego jazzu - muzyka debiutującego w latach 60-tych u boku Krzysztofa Komedy, instrumentalisty o brzmieniu rozpoznawalnym od pierwszego tonu oraz kompozytora wydeptującego niestrudzenie ścieżki jazzowej awangardy - przyciągnęła na koncert nie tylko miłośników muzyki dawnej, ale także liczne grono fanów jazzu i wszelkich odmian poszukującej nowych środków wyrazu sztuki współczesnej. Rozmowa w katedrze Występ nie zawiódł oczekiwań. Pomysł, aby wykonywaną przez Bornus Consort wokalną „Mszę na św. Dominika” wzbogacić o wyimprowizowane na gorąco, wręcz na oczach i uszach publiczności, frazy trąbki, okazał się niezwykle nośny. Wyzwolił XIII-wieczne dzieło z więzów bycia tylko pokrytym kurzem stuleci muzealnym eksponatem, zmieniając je w utwór, który mógł wzbudzić całkiem żywe emocje, porównywalne z tymi, jakie przeżywa się podczas koncertu jazzowego czy rockowego. Improwizacje Stańki raz podążały śladem wyśpiewanych przez grupę Bornus-Szczycińskiego melodii, to znów rozwibrowanym metalicznie tonem unosiły się wysoko ponad głosy, aż pod samo sklepienie katedralnej nawy, niekiedy zaś zdawały się pełznąć nisko, przy samej posadzce, imitując brzmienie kościelnych organów. Dźwięk trąbki stopniowo wchodził pomiędzy śpiewających, a coraz częściej towarzysząc bezpośrenio rozwijanym motywom, stawał się jednym z równoprawnych głosów, nie mniej ludzkim niż brzmienie ukrytych w gardle strun. Ciekawie wypadło porównanie - nad którym zastanawiała się zapewne duża część obecnych na koncercie wielbicieli jazzu - spotkania Tomasza Stańki i Bornus Consort z podobnym, tyle że o parę lat wcześniejszym przędsięwzięciem, czyli płytą nagraną wspólnie przez znanego jazzowego saksofonistę Jana Garbarka i wokalną grupę The Hilliard Ensemble. O ile tam słychać było schemat: wiodący, improwizujący instrument plus wokalne tło, wysunięty na pierwszy plan muzyk plus zespół akompaniujący, tak płocki występ był przykładem pełnej demokracji, swoistą rozmową w katedrze, wyrazem szacunku, a wręcz pokory wobec dominikańskiego chorału, do którego nie warto dogrywać ani jednej zbędnej nuty, chyba że jest ona efektem głębokiego wewnętrznego przeżycia i duchowej iluminacji. Jakby nie wolno było zakłócać spokoju uśpionych przed wiekami arcydzieł bez wyraźnego, spędzającego sen z powiek i wzburzającego powietrze w płucach, powodu. W ten zimny, piątkowy wieczór można było zatem doświadczyć prawdziwej religijno-artystycznej metafizyki, skrzesanej niczym gorąca iskra przez muzyków, które style i temperamenty wykonawcze nie powinny mieć ze sobą wiele wspólnego, lecz zetknięcie ich spowodowało niezwykły, fascynujący skutek. Dramat z Beauvais i Schola z Pragi Wydawać by się mogło, że pierwszy koncert skutecznie przyćmi wszystkie pozostałe, ale sceniczny rozmach występu i wykonawcza swada bohaterów drugiej odsłony festiwalu, czyli Scholi Teatru Wiejskiego „Węgajty”, rozwiały te obawy. W sobotę 24, marca, płocka publiczność miała okazję dowiedzieć się, na czym polegał średniowieczny dramat liturgiczny, który miał za zadanie w obrazowy sposób przekazywać podstawowe prawdy wiary, przybliżać sens wybranych fragmentów Biblii i objaśniać znaczenie najważniejszych religijnych symboli. Przedstawienie Teatru „Węgajty”, zatytułowane „Ludus Danielis” (Gra o proroku Danielu), oparte zostało na XII-wiecznym tekście pochodzącym z katedry we francuskim mieście Beauvais, przetwarzającym starotestamentową Księgę Daniela. Opowiada ona o słynnym napisie „Mane Thekel Phares” na ścianie pałacu babilońskiego króla Baltazara i o jedynym, który potrafił napis ów odczytać i jego sens zrozumieć, czyli biblijnym proroku Danielu, a także o dalszych losach Daniela, wrzuconego przez następcę Baltazara, króla Dariusza, do jaskini lwów, lecz z pomocą wysłanych przez Boga aniołów cudownie ocalonego, aby mógł głosić nadejście Mesjasza. Wszystkie te elementy zostały opracowane niezwykle sugestywnie, wzbogacone o tradycję apokryficzną i liczne w średniowieczu przekazy mówione, zaś w wersji przedstawionej w Płocku, ozdobione bogatą scenografią i udramatyzowane licznymi muzycznymi kontrastami (ekspresyjne sceny dialogowe przeplatające się z podniosłymi, hymnicznymi fragmentami przemarszów). Duże wrażenie robiła dynamika spektaklu, rozgrywanego w całym wnętrzu katedry, a zwłaszcza imponujące przygotowanie wokalne wykonawców, którym ani ruch, ani teatralne stroje nawet na moment nie przysłaniły głównego celu i zadania, czyli unoszącego ciężar narracji śpiewu. Wyróżniali się zwłaszcza protagoniści: Mirosław Borczyński jako Daniel, grająca Królową Monika Petryczenko oraz kreujący rolę starca Habakuka Johann Wolfgang Niklaus, zarazem kierownik artystyczny całego przedsięwzięcia. Jeżeli dodać, że w podwójną rolę Doradcy, a później Anioła wcielił się znany z piątkowego występu Marcin Bornus-Szczyciński, otrzymujemy zadziwiający konglomerat narodowości i świadectwo bogatych doświadczeń, które składają się na fenomen i artystyczny sukces Scholi Teatru Wiejskiego „Węgajty”. A więc i tym razem okazało się, że w różnorodności i odmienności tkwi siła, której próżno szukać w tym, co jednolite, uładzone, uświęcone, wszysko jedno, religijną ortodoksją, czy narodowymi stereotypami. Na tym rozwichrzonym, pełnym kontrastów tle zupełnie inaczej wypadł ostatni, niedzielny koncert w wykonaniu Scholi Gregoriana Pragensis, która przyjechała na płocki festiwal z Pragi. Czescy śpiewacy zaprezentowali najstarszą, pochodzącą nawet z IX-go wieku wersję gregoriańskiego chorału, tę najbardziej surową, ujmującą prostym, ascetycznym pięknem. Kierowany przez Davida Ebena, absolwenta Konserwatorium Paryskiego, zespół upodobnił swój występ do autentycznego, wykonywanego przez średniowiecznych mnichów chorałowego śpiewu na granicy modlitwy, mistycznego transu i gnostyckigo, niemal bezpośredniego kontaktu z bóstwem. Skupienie, doskonałe zgranie głosów oraz ich wyjątkowo szlachetna barwa sprawiły, że nastrój występu praskiej Scholi mógł utrzymywać się jeszcze długo, i to zarówno we wnętrzu katedry, jak i w głowach opuszczającej ją publiczności. Maciej Woźniak Fot. Andrzej Sitkiewicz
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze