Reklama

Uciekają z Płocka!

01/04/2004 17:56
- W Płocku nie można normalnie żyć. Nie ma pracy, nie ma przyszłości. Nie ma na co czekać. Trzeba uciekać – zgodnie przekonują młodzi płocczanie i wyjeżdżają do krajów “mlekiem i miodem płynących”. Anka ma 27 lat. Wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Zajmuje się prowadzeniem domu żydowskiej rodziny. 25-letni Marek jest ogrodnikiem w Wielkiej Brytanii. Kaśka (23 lata) opiekunką dzieci w Niemczech, a Jacek zbiera pomarańcze we Włoszech. Ma 26 lat. Takich osób jest jednak znacznie więcej. Wrócą, jak zarobią na mieszkania, na kontynuację nauki, spłacenie kredytów. Albo też nie wrócą...

Anka od kilku lat jest w Stanach Zjednoczonych. Wyjechała, by zarobić na “normalne życie, a nie na wegetację”. – Nie starczało mi na nic. Rachunki za mieszkanie w MTBS-ie były wysokie, a człowiek jeszcze chciał się modnie ubrać, trochę rozerwać. Popadałam w coraz gorsze długi i coraz gorsze myśli chodziły mi po głowie. Skończyła studia ekonomiczne na Politechnice Warszawskiej. W trakcie nauki podjęła staż w firmie rozliczeniowej. Pieniędzy wciąż jej nie starczało. – Z wypłaty w wysokości 700 zł nie można dziś nic odłożyć, nie mówiąc już o kupnie mieszkania, samochodu i jakimś ustawieniu się. Nie mam bogatych rodziców, którzy zapewnią mi przyszłość. Wiem, że muszę radzić sobie sama – tłumaczy Anka.
Odnowiła kontakty z rodziną w Stanach. Zaczęła intensywnie uczyć się angielskiego. W końcu odważyła się i pojechała do Nowego Jorku. Znalazła zatrudnienie u polskich emigrantów. – Nie było łatwo. Obowiązków przybywało z każdym miesiącem. Początkowo musiałam jedynie opiekować się najmłodszym 2 i półletnim dzieckiem moich pracodawców, potem doszło sprzątanie willi. Nie mam praktycznie czasu dla siebie, ale wiem po co to robię – opowiada Anka.
Była w Stanach w chwili, gdy w wyniku ataku terrorystycznego legły w gruzach wieże World Trade Center. - To działo się kilka ulic dalej od mojego domu. Słyszałam karetki, policję. Nie mogłam jednak wyjść na ulicę. Pracowałam. O wszystkim dowiedziałam się z telewizji. Padła łączność komórkowa, więc zanim uspokoiłam bliskich, że wszystko jest u mnie w porządku minęło trochę czasu. Teraz znów miałam okazję przeżyć wielkie awarie elektryczne w Stanach.
To jednak nie były najtrudniejsze momenty pobytu Anki poza granicami naszego kraju. – Pieniądze są ważne, ale to jednak nie wszystko, co się liczy w życiu. Trudne jest bowiem codzienne życie, gdzieś na obczyźnie bez najbliższych. Trzeba jednak przemóc tęsknotę i iść do przodu. Staram się znaleźć sobie inną pracę, która w krótszym czasie pozwoliłaby mi zarobić pieniądze i wrócić do kraju. Kiedy to nastąpi, na dzień dzisiejszy nie wiem... Wciąż żyję z ołówkiem w ręku. Wbrew temu co się mówi, nie tak łatwo zarobić w Stanach. Trzeba się natyrać od świtu do nocy, żeby mieć te parę dolarów. Polki sprzątają, opiekują się dziećmi, pracują w hotelach i małych gastronomiach. Gorzej mają Polacy, którzy muszą się najmować się “na czarno” do ciężkich prac na budowie albo przy likwidowaniu azbestu. To zajęcie, na które wielu tutejszych nie ma ochoty.
Kupię sobie domek
Marek systematycznie jeździ na kilka miesięcy do Wielkiej Brytanii. - Zajmuję się pielęgnacją ogrodów, trawników lub parków. Wszystko zależy od zlecenia. Mam w tym kierunku wykształcenie i to okazuje się, że całkiem przydatne w Anglii a niepotrzebne w Polsce. Pomimo wyjazdów od czterech lat szukam pracy w Płocku. Niestety bezskutecznie, a żyć za coś trzeba.
Kilka lat temu podczas wycieczki do Londynu trafił na targi ogrodnicze. Wystawiało się tam wiele firm, Marek zaczął rozmowę z przedstawicielami na temat trawników i przycinania krzewów. – Trafiłem na podatny grunt i miałem wiele szczęścia, bo zaskoczyłem ich swoimi pomysłami, no i jak na Polaka dobrą znajomością języka angielskiego. Postanowili zaryzykować i zaoferowali mi pracę – opowiada Marek. Idzie wiosna, więc znów jest tam potrzebny. Wróci, jak zrobi się chłodno. - Chcę zarobić na własne mieszkanie i wiem, że jeśli nie w tym roku, to w następnym na pewno mi się to uda. Choć i tak będę tam dalej jeździć, bo w Płocku za najniższą krajową nie będę pracował.
Kaśkę los rzucił do małego przygranicznego niemieckiego miasteczka.
– Wszystko miało być inaczej. Miałam rozpocząć karierę i śpiewać na niemieckich scenach. Znajomi DJ’e mieli mi pomóc. Rzuciłam wszystko w Płocku. Ledwo zdążyłam skończyć szkołę średnią i pojechałam na przekór rodzicom.
Skończyło się na tym, że nie zaśpiewała ani jednego koncertu a wracać do domu było jej wstyd. Miała jednak dużo szczęścia. Znajomi załatwili jej pracę opiekunki do dzieci, pod warunkiem, że zdecyduje się na taką pracę przez trzy lata, zanim cztero- i pięciolatek nie pójdą do szkoły. W zamian dostała dach nad głową, wyżywienie i drobne kieszonkowe. Obecnie planuje ślub z Martinem, mechanikiem z zakładu samochodowego. Do Płocka nie zamierza wracać.

– Skoro życie samo ułożyło mi się w Niemczech, to po co wracać do Polski – twierdzi Kaśka.
* * * *
Według statystyki każdego roku za pracą wyjeżdża z Polski ponad pół miliona osób. Przy czym większe nasilenie obserwowane jest latem niż zimą. Jak widać zdarza się, że płocczanie decydują się na wyjazdy zagraniczne w celach zarobkowych na własną rękę. Pracę załatwiają im wtedy rodziny mieszkające za granicą, lub znajomi. Wszyscy większość swych zarobków odkładają dla rodzin, lub wydają w kraju. Wciąż wielu pracuje “na czarno”.
Ci, którzy samodzielnie szukają zatrudnienia, powinni najpierw skontaktować się z ambasadami i konsulatami, by poznać prawo danego kraju związane z zatrudnianiem pracowników spoza granic.
Pielęgniarki do Francji, rzeźnicy do Irlandii
To nie jest jednak jedyne rozwiązanie. Polska zawarła dwustronne umowy o wymianie pracowników z Belgią, Francją, Luksemburgiem, Niemcami, Czechami, Słowacją, Ukrainą, Litwą, Białorusią, Rosją, Libią, Hiszpanią i Włochami. W załatwianiu pracy za granicą m.in. w tych państwach pośredniczą Wojewódzkie Urzędy Pracy, rozdzielające oferty do podległych powiatowych urzędów. Do tych ostatnich urzędów spływają też oferty z firm pośredniczących w szukaniu pracy za granicą.
W ostatnim czasie do urzędu pracy w Sierpcu trafiły oferty pracy z Hiszpanii w zawodach budowlaniec i kucharz. – Niestety, bardzo często dużą przeszkodą do podjęcia pracy za granicą przez bezrobotnych jest brak znajomości języków obcych. Pracodawcy zagraniczni wymagają tego od Polaków. Tymczasem w Polsce ze znajomością języków obcych jest wciąż bardzo ciężko – tłumaczy kierownik PUP w Sierpcu, Krystyna Listkowska.
Każda oferta jest ogólnie dostępna. Jeśli odpowiada naszym kwalifikacjom zawodowym i umiejętnościom, można z niej korzystać. W stosunku do ofert pracy krajowej, oferty zagraniczne wciąż stanowią niewielki procent. Podobnie jest w Płocku. Bezrobotni poszukujący pracy za granicą na tablicach ogłoszeń, znajdują w ofertach WUP-u takie propozycje jak: monter konstrukcji metalowych. Mechanik elektryk, informatyk potrzebni są w Hiszpanii, weterynarz, personel hotelowy, kucharz, recepcjonista, ekonomista o specjalizacji zarządzanie przedsiębiorstwem lub turystyka w Niemczech, pilarze we Francji. Firmy pośredniczące oferują: w ramach programu Au pair pracę opiekunkom do dzieci w Anglii, Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji. Na Cyprze potrzebni są z kolei kelnerzy, fryzjerki, kosmetyczki, cukiernicy, masażyści, barmani, kucharze, pokojówki i pracownicy budowlani: murarze, malarze, elektrycy.
Oferty są, ale ludzie często boją się z nich korzystać. - To wielka odpowiedzialność, jechać za chlebem i pozostawić rodzinę z długami. Wyjazd do Niemiec, czy do Hiszpanii łączy się przecież z kosztami dojazdu, wynajęciem mieszkania i przeżyciem pierwszego miesiąca, zanim się jeszcze dostanie wypłatę. Kogo na to stać? Na pewno nie bezrobotnego. Lepiej klepać polską biedę z nadzieją, że coś się w końcu znajdzie do roboty – przekonuje pan Marian D. Ma status bezrobotnego od kilku lat. Stracił pracę w wyniku redukcji etatów w dawnej Fabryce Maszyn Żniwnych. Jest tokarzem po szkole zawodowej, nie zna żadnego języka obcego.
Ogólnie najwięcej osób korzystających z ofert Wojewódzkich Urzędów Pracy wyjeżdża do Niemiec. Zatrudniane są one na budowach, w ogrodnictwie, rolnictwie oraz gastronomii. Przy czym Niemcy przyjmują Polaków jako tzw. “pracowników gości”, którzy mogą prawnie pozostawać za naszą zachodnią granicą przez osiemnaście miesięcy. Informatycy mogą jechać do Hiszpanii. Duże zapotrzebowanie było też w krajach skandynawskich na personel medyczny. Norwegia wstrzymała jednak rekrutację dla pielęgniarek. Są one jednak potrzebne we Francji. Do Irlandii wyjechać można, by pracować w charakterze kierowcy albo rzeźnika. A w Wielkiej Brytanii poszukiwane są opiekunki do dzieci w ramach oferty au pair.
Choć zagraniczni pracodawcy chcą zatrudniać przede wszystkim osoby do prac fizycznych, to coraz częściej na zatrudnienie na dłuższy okres mogą liczyć wykształceni specjaliści (informacje o pracy za granicą podane są na internetowej stronie rządowej www.praca.gov.pl.).
Student
pod Statuą Wolności
Za granicę wyjeżdżają też studenci. Preferują przede wszystkim wyjazdy do Stanów. Być może dlatego, że właśnie w Stanach stworzonych zostało wiele programów ułatwiających im wyjazdy i pozyskanie wiz. Wymienić tu można m.in. Work&Travel, który jest najbardziej popularnym programem rządowym USA, umożliwiającym studentom z całego świata legalną pracę wakacyjną. Jego uczestnicy mogą przez maksymalnie 4 miesiące pracować w hotelach, parkach rozrywki, sklepach. To nie koniec. Kolejne 30 dni studenci mogą przeznaczyć na podróże po Stanach Zjednoczonych. Wystarczy tylko spełniać określone warunki, m.in. mieścić się w przedziale wiekowym 18-30 lat oraz znać język angielski. Podobnymi programami są Camp America czy Au Pair.
Wszystkie wymagają dodatkowych opłat (za wizę, ubezpieczenie, przelot) oscylujących od 6 do 7 tys. zł. Zarobki wahają się od 6 do 10 $ za godzinę. A trzeba przepracować 40 godzin tygodniowo, przy czym studenci sami opłacają zakwaterowanie i wyżywienie.
Płoccy żacy chwalą sobie te wyjazdy, nie tylko z powodu zarobkowania, ale przede wszystkim dzięki możliwości lepszego poznania języka angielskiego.
Studenci zarabiają też na wakacyjnych wyjazdach np. do Niemiec. W większości przypadków zbierają na plantacjach owoce i warzywa, lub pracują w hotelach. Dostają od 5 do 8 euro za godzinę w polu, ale w tym przypadku pracodawca zapewnia dach nad głową, choć za dojazd na miejsce pracy student płaci z własnej kieszeni.
Płocczanie wyjeżdżają w celach zarobkowych od wielu lat. W dobie przemian ustrojowych nie wszyscy mogli wyjeżdżać na dłuższy okres z kraju. Wybierali więc wycieczki (głównie do NRD), gdzie handlowali kryształami i wódką. Teraz czasy się zmieniły. Głównie młodzi płocczanie upatrują swej życiowej szansy w wyjazdach. Jest im łatwiej dostosować się do nowych warunków, szybciej uczą się języków obcych. Chętnych wciąż przybywa, czego boją się m.in. Niemcy, Francja, Irlandia, Wielka Brytania. Okazuje się, że europejska rodzina niechętnie widzi u siebie “ubogich krewnych” i wciąż podwyższa progi. Nie wie ona jeszcze o tym, że “Polak potrafi”.
Blanka Stanuszkiewicz
Fot. Dariusz Ossowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości