Reklama

Twórczy wandalizm czyli - Graficiarz przychodzi nocą...

05/03/2001 10:43
Jedni hodują rybki, inni zbierają znaczki, są też tacy, którzy pokrywają wszystkie możliwe ściany w mieście napisami, rysunkami i różnorodną krótką formą, tzw. graffiti. Dorośli mieszkańcy Płocka coraz częściej się skarżą - Przecież to wandalizm. Co odmaluję ściany na klatce schodowej, to zaraz małolaty zamażą. Proszę pokazać osiedle w Płocku, na którym nie ma rysunków zrobionych mazakiem, czy farbą. Ciężko znaleźć. Nie warto nawet szukać.Tymczasem młodzi ludzie - sprawcy całego zamieszania doskonale zdają sobie sprawę, że niszczą mienie społeczne, że złapanych na gorącym uczynku, czeka kara. To jednak jeszcze bardziej „nakręca” młodzież. -Gdy maluję po ścianach, czuję, dobrze się bawię! Zyskuję wśród swoich szacunek! - tłumaczy jeden z dumnych wandali. - Nie każdego stać, na zrobienie napisu w biały dzień na Tumskiej, na ścianie sklepu, czy urzędu. Jeżeli jest jeszcze dobrze wykonany, może zachwycić. Pytanie tylko kogo? Płoccy młodzi twórcy graffiti tłumaczą, że każdego. Jest to bowiem sztuka dla mas Jak się nie podoba, to nie patrz -Rysuję dla wszystkich - mówi 16 letni Jacek. - Na wystawy ludzie muszą chodzić do galerii, często płacą za bilety. Nie każdemu się chce, nie każdy ma ochotę. Dzięki mnie jadą autobusem i widzą kolorowe ulice. Czekają na pociąg, a tu podjeżdża „jeżdżąca galeria”, idą ulicą, widzą rysunki na ścianie. To jest proste w odbiorze. Jak się komuś nie podoba, to niech nie patrzy. Razem z nim rysujący, 17-letni Marcin dodaje: - Artysta tworzy obrazy, a ja ściany. Nie niszczę ich! Nieotynkowana ściana, też stoi i się brudzi, ktoś mógłby narysować na niej swastyki, to już lepiej, jak ja zrobię graffiti. Niewielu jednak podziela entuzjazm rozmalowanej młodzieży. -Stoję na przystanku na Międzytorzu, koło mnie ustawiła się taka grupa młodzieńców w szerokich spodniach. Podjechał autobus. Stanęli na jego tyle i zanim odjechał, zdążyli zamalować jakieś napisy na nim. To przecież chuligaństwo. Za co ja podatki płacę? - skarży się pan Stanisław M. Nie tylko on jest zbulwersowany sytuacją w mieście. - Na znakach drogowych „podpisik”, na szybach w autobusach „wyrazik”, reklamy na ulicach zamazane i do tego na blokach bohomazy. Czy ci ludzie nie mają rozumu? Pewnie też ojciec i matka nawet nie wiedzą, co ich dzieci wyprawiają - twierdzą mieszkańcy osiedla Mickiewicza. Pobliskie przedszkole całe pokryte jest obrazkami. Wielokrotnie było zamalowywane. Podobnie zresztą przychodnia przy ulicy Wolskiego. Nic to jednak nie skutkuje, ciągle pojawiają się nowe napisy. - Gdzie jest ta obiecana ściana, do malowania dla nas? - pytają z kolei „graficiarze”. - Inne miasta mają, tylko nie Płock. Nawet jeśli miejsce do malowania znalazłoby się , nie oznacza to wcale, że miejskie mury będą bezpieczne. W Płocku, w ciągu ostatnich pięciu lat powstało wiele grup, które zajmują się intensywnym pokrywaniem spray’em wszelkich ścian. Skupiona w nich jest młodzież z różnych szkół. Są tu i gimnazjaliści i studenci. - Nieważne skąd pochodzę, ważne jest to, czy potrafię malować. - opowiada 17-letni Arek. - Jeżeli nie masz talentu, to nie pomoże ci ani kasa, ani najlepszy sprzęt. Utalentowany „writer” (czyli człowiek, który maluje), musi pozostawić wszędzie po sobie ślad. Najpierw na własnej ulicy, później w mieście. Zaczyna od napisów mazakiem - Markerem i albo go to wciąga, albo nie. - Ludzie wtedy wiedzą, że jestem czynny, że istnieję, pisze więc na znakach drogowych, na bilboardach, szkołach, urzędach, na stołach w lokalach - podkreśla. Tagi, srebra i kolory Napisy bywają bardzo różne. Najprostsze i najszybsze w wykonaniu są „tagi”. Są to krótkie podpisy, ksywy twórców, lub całe napisy, stworzone wymyślonym przez „writera” stylem liter, często charakterystycznym dla danej osoby. Wykonuje się go mazakiem lub sprayem. Są one najczęściej spotykane na płockich ulicach. Sporo ich znajduje się na ulicy Tumskiej. Tagi można wykonać też w formie scrach’u. Jest to wyskrobanie „tagu” na szybach w autobusach, pociągach, witrynach sklepowych. W Płocku raczej tego się nie praktykuje. Jest to najwyższa forma wandalizmu. Więcej wysiłku, czasu i inwencji twórczej wymagają „srebra”. Są to napisy wykonane za pomocą dwóch kolorów, najczęściej spray’u chromowego + dowolnego koloru. Zobaczyć je można np. w amfiteatrze, czy koło Jagiellonki. Kolorów, czyli najtrudniejszej formy graffiti, w Płocku raczej brakuje. Jest to skomplikowany, cieniowany napis, wykonany w kilku kolorach, często traktowany przez odbiorcę jako oryginalna sztuka. W Płocku kolory można zobaczyć na ulicy Kwiatka i na ścianie Izokoru. Ze względu na użycie dużej ilości farb są one drogie. Są też trudne do wykonania. W Płocku w tym kierunku uzdolnionych jest kilka osób. Kolory u „graficiarzy” zamawiają często właściciele dyskotek, potrzebujący ciekawego wypełnienia ścian. Można je też zobaczyć w Płocku w pubie Camelot, albo pubie Graffiti, jak również na ścianach prywatnych pokoi. Twórcy graffiti niechętnie godzą się jednak sprzedawać swoją sztukę. - Nie lubię malować za pieniądze - mówi Arek - Zawsze kiedy coś koledzy załatwią i nie chcę z nimi iść, pytają się, czy po kasę na „puchy” (farby) pójdę do matki? To mnie ostatecznie przekonuje. To, czego ty nie zrobisz Rodzice nigdy nie mogą być pewni, co ich dzieci robią poza domem, zwłaszcza jeśli wychodzą po zmroku. - Na zrobienie „tagu”, potrzeba około 20 sekund. Dwóch kolegów zawsze stoi na czatach. Zdradzają nas mieszające farbę w puszkach kulki. Zdecydowanie za głośno dzwonią. Gdy jesteśmy na akcji, zawsze adrenalina strasznie mi skacze. Czuję, że robię coś, czego przeciętny człowiek nigdy nie zrobi, nie potrafi i boi się - opowiada Arek. Marcin lubi chodzić malować pociągi. - Wiem, że to co zrobię, pójdzie w Polskę. Inni to zobaczą i ocenią. Jednak największym wyzwaniem jest dla mnie pomalowanie komisariatu. Stój, bo strzelam Teraz jest moda na szerokie spodnie, bluzy z kapturem. Noszą je wszyscy. To w dużej mierze graficiarzom pomaga. Mogą bardziej ukryć się w tłumie. - Policja bardzo często spisuje mnie jako podejrzanego - opowiada Marcin. - Z mojej załogi jeszcze nikogo nie udało się złapać, choć było blisko. Właśnie kończyliśmy malować kontur liter na pociągu, kiedy na stację wjechał samochód policyjny. Zauważyliśmy ich w ostatniej chwili. Zaczęliśmy uciekać. Usłyszeliśmy „stój, bo strzelam”. Woleliśmy się rozdzielić. Tym razem nam się udało. Trochę szkoda, że nieskończony „panel” pojechał w Polskę . Miły początek, lecz koniec żałosny Jak nam powiedział rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji - Jarosław Brach, zatrzymanym na gorącym uczynku „graficiarzom” grozi jedynie spisanie. Dopiero w chwili, gdy do policji od strony poszkodowanej wpłynie wniosek o wszczęcie postępowania, policja zaczyna szukać winowajców. Do tej pory skierowano już kilka takich wniosków, między innymi z płockiej komunikacji miejskiej za dewastowanie i niszczenie przystanków autobusowych. Graficiarze odpowiadają za zniszczenie lub uszkodzenie mienia ale jeżeli straty nie przekraczają 250zł jest to wykroczenie i sprawa zostaje skierowana do kolegium. Powyżej 250zł zaczyna się sprawa karna, kończąca się w sądzie. Zdarza się, że sąd może skazać winnego na karę pozbawienie wolności. Warto zaznaczyć, że płocka policja ma rozeznanie w środowisku graficiarskim, co w chwili wpłynięcia skargi znacznie ułatwia złapanie sprawców. Najczęściej jednak poszkodowani sami dogadują się z winowajcami. tekst i fot. Elwira Bielska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości