W Płockim Teatrze Dramatycznym jest dopiero pierwszy sezon, a już zdążył zyskać sobie sympatię publiczności poprzez dobry warsztat, charakterystyczną grę, jak również niewątpliwy urok osobisty. Nawet w roli smoka z „Bajki” jest tak przekonujący, że dzieci po przestawieniu mówią tylko o nim.Starsza publiczność może go oglądać w roli Makdufa w „Makbecie”. Na co dzień ma wiele pomysłów, które konsekwentnie wciela w życie. Dzięki niemu w Płocku odbyła się jedyna wielka impreza walentynkowa, podczas której miało okazję wystąpić na teatralnej scenie ponad 240 osób. Z Mariuszem Pogonowskim - aktorem płockiego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego rozmawia Blanka Stanuszkiewicz Jaka wyglądała pańska droga do teatru? Początkowo nic nie wskazywało na to, że będę kiedykolwiek aktorem. Około 7 lat temu spotkaliśmy się z Marzenę Mochyńską, udzielającą się w grupie teatralnej „Dokąd” w Domu Kultury, na jakimś weselu. Opowiadałem wtedy mnóstwo kawałów. Spodobało jej się, w jaki sposób to robię i zapytała, czy nie chciałbym grać z nią i jej znajomymi w Domu Kultury. Zgodziłem się i tam już zostałem na całe dwa lata. Później przyszedł czas kończenia technikum. Zastanawiałem się, co dalej mam ze sobą zrobić. Stwierdziłem, że jeżeli nie spróbuję chociaż raz zdawać do szkoły teatralnej, to później będę tego w życiu żałować. Dostałem się za pierwszym podejściem... Wcześniej udzielał się pan na akademiach i innych artystycznych przedsięwzięciach w technikum? - Nie. Choć zawsze gdzieś tam w głębi serca chciałem. Skoro jednak nikt nie proponował, nie narzucałem się. Byłem zbyt dumny. - Na szczęście dostał się pan do Domu Kultury. Czy znalazły się tam osoby, które odgrywały ważną rolę w kształtowaniu pana na przyszłego aktora? - Myślę, że było dużo takich osób. Jedną z najważniejszych była Renata Mosiołek. Potrafiła wiele dostrzec i wiele przekazać. Teraz jestem w teatrze jednak nadal utrzymuję ze wszystkimi kontakty. Z ludźmi z obecnego POKiS-u wystawiliśmy dwie sztuki „Baba 2000 Forever” i „Katastrofkę teatralną”. Planujemy następne. -Jest pan w płockim teatrze od początku sezonu. W jakich sztukach można było pana zobaczyć? Do jakich spektakli się pan przygotowuje? - Obecnie gram Makdufa w „Makbecie”, w sztuce „Gdyby” grałem mnóstwo postaci, w „Bajce” - Smoka, no i teraz przygotowuję się do premiery sztuki Franza Kafki pt. „Lekarz Wiejski”, w którym gram tytułową rolę. Jeśli jesteśmy przy pana scenicznych wcieleniach, niech pan zdradzi w kreowaniu jakich ról najlepiej się pan czuje? - Mam spory kłopot z wcielaniem się w bohaterów spokojnych, jak gdyby martwych. Wolę grać ludzi pokręconych, totalnie załamanych, szaleńców, idealistów. A najchętniej gram postacie charakterystyczne, którym na scenie dużo wolno. Z tego też pewnie powodu na każdym spektaklu jest pan zauważany przez publiczność, jak również i krytykę. Ile w granych przez pana rolach jest własnej inwencji? - To zależy. Na próbach, przychodząc z opanowanym tekstem, już zaczynam grać, tak jak czuję. Wtedy reżyser mówi nad czym mam pracować, a co jest w porządku. Wspólnie tworzymy dany charakter. Choć nadal wiele zależy ode mnie. Trzeba przecież wykreować świat zależności tego człowieka, który ma pojawić się na scenie. Czasami aktorzy mają opanowane określone scenki sytuacyjne. np. Jeżeli umiem zagrać scenę oświadczyn, to w razie potrzeby, czyli w różnych sztukach gram to poważniej albo śmielej. Zależy od scenariusza. Oczywiście nie jest to do końca dobra droga. Ale myślę, że zawsze coś powielamy, ja staram się dodać jeszcze coś od siebie. Czy jako aktor teatralny lubi pan chodzić do teatru? Szczerze mówiąc, w ogóle nie chodzę do teatru, by oglądać sztuki. Prawie w ogóle też nie oglądam telewizji, czasami jedynie obejrzę jakieś przedstawianie. Jeśli mam wolną chwilę, wypożyczam filmy video i w ten sposób nadrabiam zaległości. Jednocześnie podglądam grę aktorów filmowych i wykorzystuję to na scenie. Można więc powiedzieć, że łączy pan sztukę filmową z teatralną. Zdradzi pan dlaczego wybrał pan teatr? Ja nie wybrałem teatru. Ja po prostu w nim pracuje i jestem. Jednocześnie mogę spokojnie grać w filmie i z chęcią to zrobię, jeżeli dostanę taką propozycję. A miał pan takie propozycje? Tal. Nie było to nic wielkiego. Grałem w awangardowych filmikach studenckich kręconych na małych kamerkach. Ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Chciałbym jednak zagrać w dobrze nakręconym filmie dla mas. Podoba mi się „Podziemny Krąg” czy „American Beauty”. Z drugiej strony wiem, że kiedyś sam nakręcę, może nie do końca profesjonalny film. Może odbiorca będzie narzekać na słabą jakość, oświetlenie, złe ustawienia kamer. Ale ja się z czymś nowym zmierzę i zdobędę doświadczenie. W tej chwili już piszę scenariusz, ale nie zdradzę, o czym będzie to tajemnica. Wracając jednak do pana obecnego zajęcia. Czy praca w teatrze lokalnym jest dla pana satysfakcjonująca? Oczywiście! Bardzo się cieszę, że znalazłem się właśnie w Płocku. Gdzie indziej pewnie nie udałoby mi się zorganizować walentynkowego widowiska... A jako młody adept sztuki teatralnej, czego i od kogo nauczył się pan w płockim Teatrze Dramatycznym? Dla mnie płocki teatr jest wycinkiem rzeczywistości, niby z boku, a zarazem w samym centrum. Cały czas podpatruję, uczę się i to wszystkiego na raz i od wszystkich. Każdy z kolegów zawiera w sobie wielki świat pełen zakątków i zawiłości. Ma coś do przekazania. Swoich autorytetów jednak nie zdradzę. Może zdradzi pan chociaż, jakiego formatu chciałby zostać aktorem? - Chciałbym żeby dla widza, to co gram, było zastanawiające. Żeby dzięki mojej grze, mógł przeżyć coś głębszego. Zanim tak się stanie, jeszcze wiele muszę się nauczyć. W chwili obecnej jestem dość przebojowy. Trwa moja dobra passa. Zdaje sobie jednak sprawę, że kiedyś się to zmieni... Ale chyba pana obecne sukcesy do czegoś zobowiązują i motywują? - Dobre opinie wypowiadane na temat mojej gry - cieszą. Coraz bardziej się staram, zaczynam machać skrzydełkami. Po to zostałem aktorem, by wydziwiać na scenie, mówić wszystkim, co myślę, interpretować to, co ktoś napisał. Muszę być aktywny, mieć w sobie taki niepokój ducha, który nie pozwala mi siedzieć w miejscu. Czy w Płocku - średniej wielkości mieście, z umiarkowanym zacięciem kulturalnym - jest możliwe dojście do takich wyżyn? - To nie zależy od miasta. Wiele zależy od ludzi, którzy chcą coś robić. Mogą to być rzeczy małe, na spotkaniu przy pizzy i winie, ktoś nagle w rogu zagra małą rolę a vista. I już coś się dzieje. Człowiek, jeżeli chce, wszędzie może zaistnieć. Wcale nie jestem przekonany, czy Warszawa jest lepsza. Tam ludzie ciągle gonią, wszystko jest maksymalnie zorganizowane. A w Płocku myślę w zupełnie innych kategoriach. Nie jestem taki zaganiany, mam samochód taty, którym wszędzie dojadę i zdążę. Nie tracę czasu. Choć przyznam, że kusiło mnie, by po szkole zostać w Warszawie. Wybrałem Płock i robię wszystko, żeby jak najwięcej się nauczyć i mieć coś do powiedzenia. Jest pan więc zdeklarowanym w pełni płockim aktorem? - Na 100 procent! Teraz pytanie dla prawdziwego aktora. Co to jest trema? - Szybkie bicie serca, natłok myśli, problemy ze skupieniem się. Trema sprawia, że człowiek może gorzej zagrać. Jak sobie pan z nią radzi? - Zdarza się że na scenie trema potęguje się, czasami niewiadomo kiedy mija. Kiedy jednak gram smoka, wychodzę na scenę bardzo rozbawiony. To powoduje, że dzieci bardzo żywo reagują. To jest najczulszy barometr pańskiej gry? - Chyba tak. Zawsze kiedy słabo zagram, dzieci szepczą, a jak smok głośno zaryczy, to one też krzyczą, boją się bawią. Od razu wiadomo, czy dobrze zagrałem. Przyznam, że bardzo lubię tę rolę. Czy jest pan aktorem tylko na scenie, czy zdarza się panu zagrać rolę w prywatnym życiu? - Staram się nie mieszać teatru ze swoim życiem. Gdzieś przeczytałem, że jak się wnosi życie na scenę i na odwrót, to i w życiu i na scenie jest źle. Skoro stosuje się pan do tej zasady może pan liczyć na spokój w życiu i sukcesy na scenie, czego oczywiście panu życzę. Dziękuję za rozmowę.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze