Aczkolwiek wiele osób jest przekonanych, że teatru nie ma, bo nie widać końca remontów, miłośnicy Melpomeny zawsze trafią za wędrującym po mieście płockim zespołem. Sali użyczają placówki kultury – od szkoły muzycznej i Harcerskiego Zespołu Pieśni i Tańca „Dzieci Płocka” po Spółdzielczy Dom Kultury. Tu właśnie obchodzili swoje święto aktorzy i pracownicy teatru. Jak zwykle z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, który w tym roku zbiegł się z 250. rocznicą urodzin założyciela teatru polskiego, Wojciecha Bogusłwskiego i setną rocznicą śmierci Stanisława Wyspiańskiego, odbyła się premiera i jak co roku Towarzystwo Przyjaciół Teatru przyznało Srebrną Maskę. Otrzymał ją reżyser Jacek Andrucki. Przesłanie, które odczytał dyrektor Marek Mokrowiecki, przygotował w tym roku na Międzynarodowy Dzień Teatru wybitny polski twórca Józef Szajna podkreślając, że teatr zbliża nas do świata, który jest zawsze tajemnicą, a sztuka zmniejsza dystans pomiędzy tymi dwoma sferami. Były kwiaty, życzenia, listy gratulacyjne – od Sejmiku, które przekazał Piotr Zgorzelski i starosty Michała Boszko. Adres gratulacyjny przesłał prezydent Płocka. Słowa uznania dla zespołu wyraziła dyrektor Małachowianki Renata Kutyło- Utzig, dziękując szczególnie za opiekę nad szkolnym teatrem integracyjnym, oraz młodzież III LO im. Marii Dąbrowskiej. Minister kultury i dziedzictwa narodowego przyznał tytuły zasłużony działacz kultury. Otrzymali je aktorzy i pracownicy techniczni teatru: Dorota Cempura, Szymon Cempura, Magda Bogdan, Katarzyna Wieczorek, Henryk Jóźwiak, Roman Nowakowski, Barbara Krokwa, Weronika Dzikowska, Piotr Tobota, Hanna Chmielewska, Waldemar Lawendowski i Marek Szymborski. Kapituła Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru: Bożena Śliwińska i Roman Bartnik, wręczyli Srebrną Maskę (fundator Jerzy Stachurski). Przyznawane corocznie honorowe wyróżnienie za osiągnięcia artystyczne sezonu, tym razem przypadło Jackowi Andruckiemu – za reżyserię „Króla Edypa-Antygony” wg Sofoklesa. W uzasadnieniu werdyktu przypomniano też inne spektakle Andruckiego – „Przezroczyste zero”, „Skąpca”, „Szczęśliwe wydarzenie”, „Powrót Łazarza”. Wzruszony reżyser podziękował cytatem z Herberta, bo tak jak Pan Cogito stara się być wierny swojej teatralnej pasji i wizji teatru. Srebrna Maska świadczy, że za swoje założenia artystyczne został doceniony. Widz kocha Opalę Z angielskim autorem Johnem Patrickiem, zdobywcą Pulitzera za sztukę „Herbaciarnia pod księżycem”, płoccy widzowie spotykają się po raz drugi. Jego sztuka „Każdy kocha Opalę”, była w repertuarze za dyrekcji Jana Skotnickiego. Teatr zdecydował się zagrać ją kolejny raz i był to dobry pomysł, bo sztuka się nie zestarzała. Okazuje się, że wbrew obiegowej opinii, wolimy dobro od czarnowidztwa i ciągle złych wiadomości. Kwintesencją dobroci i optymizmu jest bohaterka sztuki – Opala (Hanna Zientara). Zjawia się na scenie w rytmie bluesa, nucąc piosenkę a la Kubuś Puchatek. Na rozwieszonym przez pokój sznurze, wiesza kolejne torebki herbat, znalezione tak jak inne skarby Opali, wśród rzeczy wyrzuconych przez innych. Żyje w swoim świecie spokojnie, w towarzystwie kota, przywożąc wózkiem kolejne skarby. Wierzy, że jeśli człowiek ma przyjaciół, nic mu się złego nie może zdarzyć. W jej szczęśliwą egzystencję wkracza trójka podejrzanych typów, którzy postanawiają zarobić na jej naiwności. Posuwają się nawet do planowania morderstwa. Przedtem przyślą do niej doktora (ładny epizod Piotra Bały) i załatwią polisę ubezpieczeniową. Jak się skończy cała intryga – muszą państwo zobaczyć sami. Hanna Zientara w roli Opali poszła w zbytnią rodzajowość. Wydaje się, że chwilami kopiuje swoją dobrą rolę z „Antygony w Nowym Jorku”, choć są to w jakimś sensie osobowości pokrewne. Być może taki sposób gry wyznaczyła scenografia i kostium aktorki. Ubrana w kilka warstw odzieży, jakby egzystowała na śmietniku (a przecież ma dom z piecykiem), porusza się w dziwnym rytmie i aż trudno uwierzyć, że podoba się Salomonowi (Mariusz Pogonowski), a przecież nie jest stara. W zamyśle autora jest kobietą w średnim wieku. Dopiero ostatnia scena łapie za gardło, gdy Opala ratuje zbira Bradforda (Szymon Cempura) przed stróżem prawa (Paweł Gładyś). Cały finał z rozsypywaniem pieniędzy był znakomity. Zabudowanie sceny na tak małej przestrzeni sprawiło, że aktorzy dokonywali dużego wysiłku, by się po niej poruszać. Dobrze, że miała chociaż pięterko. Można się zastanawiać, co byłoby gdyby reżyser (Karol Suszka) uprościł wystrój sceny, pozostawiając widzom pole do wyobraźni. W tej inscenizacji także Gloria (Magdalena Karbowska) nosi nie ułatwiający jej zadań aktorskich kostium. A szkoda, bo ta aktorka do roli pasuje, choć nie wykorzystała wszystkich swoich umiejętności. Mimo to, „Opalę” zobaczyć warto. Niesie wiarę w ludzi i w teatr, bo jest, choć go nie ma. Spektakl dla każdego, z dobrymi dialogami, dowcipnymi puentami. Warto się pouśmiechać i poprawić nastrój. Lena Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze