Ten dziwaczny nieco tytuł wziął się stąd, że do końca nie wiem, jakie tematy poruszę w niniejszym felietonie. Dwa na pewno, ale czy na tym się skończy? Zobaczymy!
Niedawno wcieliłem się na tych łamach w rolę językoznawcy. Dziś powrót na tę pasjonującą ścieżkę. Na warsztat weźmiemy tym razem feminatywy. Cóż to za „zwierzę”? Można „wyguglać”… Ja chcę poruszyć dwa problemy związane z tym zjawiskiem.
Pierwszy to maskulinatywy, czyli jak łatwo zgadnąć feminatywy tylko w drugą stronę. To znaczy męskie formy nazw zawodów i tytułów, które w naturze występują wyłącznie w formie żeńskiej, czyli z ewidentnie żeńską końcówką -a. Choćby takie jak polonista, anglista, internista, pediatra, geriatra, psychiatra… Czy nie jest dziwne, że na wzór pań, które bohatersko walczą o wprowadzenie do języka ojczystego takich słów jak prezydentka, posłanka, rektorka, ministerka (ewentualnie ministra), wykładowczyni, naukowczyni… Dobrze, wystarczy! Teraz wezwanie. Panowie, do boju! Czemu położyliście uszy po sobie i nie walczycie o męskie formy choćby dla terminów wymienionych powyżej? Czemu nie domagacie się zastąpienia kobiecych form przynajmniej trochę męskimi? Ot, choćby polonistek, anglistek, internistek, pedriatryk, geriatryk, czy last but not least, psychiatryk!
Problem numer dwa ilustrują takie nazwy jak wyżej wspomniany wykładowca, podobnie brzmiący wychowawca, kierowca, obrońca, motocyklista, twórca… I wiele innych! Pytanie brzmi, po co bojowniczki o równe traktowanie na niwie języka zadają sobie tyle trudu i wymyślają jakieś „żeńskie odpowiedniki” powyższych nazw? Wykładowczyni, kierowczyni, obrończyni, twórczyni… Przyznam, że wobec problemu żeńskiego odpowiednika motocyklisty jestem w kłopocie. Motocyklistka? Przecież to panowie powinni się trudzić i wymyślać męskie odpowiedniki tych ewidentnie żeńskich terminów. Wykładowiec, kierowiec, obroniec, twórzec? Jeśli chodzi o motocyklistę, to się poddaję…
Drugi temat jest poważny. Dziś po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy dzienna liczba zakażeń COVID-19 przekroczyła 1 tys. przypadków. Mamy do czynienia z rosnącą liczbą zakażeń, która według prognoz nie stanowi ryzyka dla wydolności systemu opieki zdrowotnej - napisał minister zdrowia Adam Niedzielski. Jeżeli np. pada pytanie, czy wracamy do masowego testowania, to dopóki nie będziemy mieli pewnego progu obłożenia w szpitalach, związanego z covidem, to nie będziemy do tego wracali. Na razie roboczo myślimy mniej więcej o ok. 5 tys. hospitalizacji. Wniosek z wypowiedzi pana ministra nie jest zapewne dla Szanownych Czytelników zaskoczeniem. Chodzi o to, by ludzie nie umierali „na ulicy”. Dopóki umierają w domu lub szpitalu, to OK. Liczby nie mają znaczenia…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze