Reklama

Sekcja piłki ręcznej to moje trzecie dziecko

05/01/2011 08:42
Z Haliną Ludasową, która w latach sześćdziesiątych tworzyła sekcję piłki ręcznej w Płocku, rozmawia Jola Marciniak.

– Gdybym chciała porozmawiać o początkach piłki ręcznej w Płocku, to kogo powinnam zaprosić do rozmowy?
– No, pewnie mnie.
– Tak właśnie myślałam i dlatego chciałam, żeby Pani powspominała, jak to się w Płocku zaczęło?
– Zaczęłam w 1963 roku pracę etatową w ZKS Wisła Płock, który miał wtedy swoją siedzibę przy ul. Tumskiej. Klub miał wówczas zupełnie inne sekcje, o piłce ręcznej się nawet nie mówiło. Zainteresowanym powstaniem takiej sekcji w klubie był Stefan Skulimowski, który pracował w Studium Nauczycielskim. Przychodził do klubu, ale zarząd nie chciał nawet o tym słyszeć. Jego misję potem przejął Jerzy Krajewski, absolwent AWF o specjalności trener piłki ręcznej, który pracował w SP 1. Pan Krajewski z tak ogromną pasją podchodził do tego projektu, że zaraził mnie tym pomysłem. Byłam wcześniej pływaczką, zawodniczką Stilonu Gorzów, ale miałam przerwę w karierze sportowej. Widziałam, że pan Jerzy jest bardzo zdeterminowany, dlatego postanowiłam mu pomóc. Bo przecież wiadomo było, że klub działający przy tak dużym zakładzie musi się rozwijać. Zaczęliśmy współpracować, często jeździłam do Warszawy do WKKF-u, który nas finansował i miałam tam kontakty z ludźmi ze związku piłki ręcznej. W Płocku żaden taki twór nie istniał, a młodzi ludzie grali tylko w SN i w Liceum Pedagogicznym. Obiecano nam nawet dodatkowe pieniądze na sekcję. Starałam się również przekonać zarząd Wisły, by wziął pod swoje skrzydła te sekcje, ale absolutnie nie było na to przyzwolenia. W końcu pomysł, by stworzyć także sekcje dziewcząt, przekonał ludzi z klubu, którzy zdecydowali się na wyrażenie zgody. Zaczęło się wypełnianie wszystkich dokumentów, formalności, co na przykład bardzo nie podobało się członkowi zarządu Kazimierzowi Serkowi. Był taki czas, że musiałam działać w ukryciu, by nie zarzucono mi, że źle wypełniam swoje podstawowe obowiązki.
– Kto wówczas tworzył pierwszą drużynę grającą w barwach Wisły Płock?
– Na pewno byli to: Czesław Sawicki, Wojciech Majchrzak, Alfred Żurawski, Stefan Skulimowski, Stanisław Parzuchowski, Zenon Rusowicz, Włodzimierz Chróściński, Bogdan Sobieraj, Andrzej Kępczyński, Jan Kępczyński, Andrzej Łabędzki. W 1964 roku dołączyli do drużyny: Zdzisław Garbacki, Jan Królikowski, Tadeusz Majewski, Jan Michajłow, Zdzisław Brzeski, Tadeusz Lipiński, Stefan Tuliński, Tadeusz Wiśniewski, Tadeusz Palusiński, Jerzy Malanowski i Mieczysław Hanc. Muszę dodać, że wtedy grało się mecze na dworze, systemem wiosna – jesień. Moja tajna misja skończyła się 1 lipca 1964 roku, kiedy to zostałam zatrudniona na etacie Mazowieckich Zakładów Rafineryjnych i Petrochemicznych, bo wówczas pracować społecznie mogłam tak dużo jak chciałam. Zostałam sekretarzem klubu i od tego momentu prowadziłam książkę protokołów zebrań sekcji. Ona do tej pory istnieje i na jej podstawie powstały nawet prace magisterskie.
– Proszę opowiedzieć, jak w latach sześćdziesiątych wyglądała drużyna piłki ręcznej, jak była wyposażona?
– Drużyny grały na boisku żużlowym lub piaskowym, zwykle przy Jagiellonce. Dyrektor Przyszlak nawet później udostępnił nam szatnie. Sekcja się stale rozwijała, przychodzili młodzi, przecież pan Krajewski prowadził nie tylko zajęcia z seniorami, mężczyznami i kobietami, także z juniorami. Oboje, już oficjalnie, pojechaliśmy na zebranie Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Ręcznej, a ja wtedy zostałam jednogłośnie wybrana do zarządu, gdzie pracowałam przez dwie kadencje. Mogłam to robić, bo członkowie zarządu spotykali się raz w miesiącu, w poniedziałek, wtedy gdy ja miałam jedyny wolny dzień od pracy. Wracając do ich wyposażenia, to chcę powiedzieć, że to było moje zadanie w Mazowieckich. Teraz mogę się przyznać, że zawsze cieplej patrzyłam na tych chłopaków z piłki ręcznej, a oni, jak na tamte czasy, to mieli dresy, koszulki, spodenki i zwykle tenisówki, takie z Grudziądza. Mieli także torby, takie plastikowe, w barwach klubowych, niebieskie, kupione w naszym Czuj-czynie na ul. Grodzkiej.
– A czym jeździli na mecze? Słyszy się przecież opowieści, jak było ciężko, że sportowcy jeździli furmankami, traktorami, pociągami...
– Jeśli chodzi o transport, to nie było żadnego kłopotu. Autokary z Kombinatu stawały pod kinem Przedwiośnie, zawodnicy wsiadali i jechali na mecze. Co tydzień wysyłaliśmy zamówienie na wszystkie wyjazdy, wszystkich sekcji.
– Zawodnicy mieli kontrakty, pensje, stypendia...
– Nic nie mieli. Bywało, że nie dostawali nawet obiadu. Różnie to było, choć staraliśmy się, by dostawali diety zawodnicze. Mniej kłopotów było z dotacją na sprzęt dla piłkarzy, bo Kombinat dawał nam na to w ramach pochodów 1-majowych, na 22 lipca, nawet rocznicy rewolucji październikowej. Tyle że niemal cudem trzeba było zdobywać rachunki. Tu była moja ogromna inwencja, żeby wszystko się zgadzało. Jeździłam po całej Polsce i zdobywałam potrzebne dokumenty. Miałam szczęście, że trafiałam zawsze na uczciwych ludzi. Muszę tu dodać, że sprzęt był tak ewidencjonowany, że nawet sznuróweczki nie mogło brakować. Dlatego proszę się nie dziwić mojemu oburzeniu, że teraz zmieniają się prezesi, a nie ma żadnych protokółów zdawczo-odbiorczych. Kiedyś mieliśmy przynajmniej dwa spisy sprzętu rocznie. Dziś ta gospodarka chyba nie jest prawidłowo prowadzona.
– Czy piłkarzom było łatwiej w tamtych czasach, czy dziś?
– Dziś to już jest zawód. Dziś jest im łatwiej, nie mają żadnych obowiązków, jest to ich praca i muszą się tutaj zupełnie inaczej angażować. Jeśli jednak brać pod uwagę wolę walki i oddanie chłopców, tych, co dzisiaj są przecież dziadkami, to mogę z całą stanowczością powiedzieć, że mieli większą ambicję, czuli się zawodnikami klubu. Nawet braki techniczne potrafili nadrobić wolą i ambicją. Występowanie w barwach klubu było zaszczytem, to byli ludzie całkowicie oddani piłce ręcznej, dla nich sport był najważniejszy. Kochali to, co robili.
– Opowiadała Pani kiedyś o pierwszym klubowym sztandarze, może Pani to przypomnieć?
– Pierwszy sztandar zrobiły nam siostry mariawitki. Z jednej strony był herb klubowy, a druga była w kolorach miasta. Odebraliśmy go, przywieźliśmy do biura z panem Jerzym Zalewskim, sekretarzem klubu, który powiedział, że nie możemy go nosić niepoświęconego. Wtedy Jerzy Falczyński, który grał w piłkę ręczną, a mieszkał na terenie Seminarium, bo jego ojciec tam był zatrudniony, obiecał sprawę załatwić. Miało się to odbyć wieczorem w kościele farnym, u księdza Wyczałkowskiego. Zostałam wtedy okręcona sztandarem, założyłam płaszcz i poszliśmy go poświęcić. To było w 1965 roku, do pierwszego pocztu sztandarowego należeli: Jan Pech, Maria Żebrowska, obecnie Sęk, i Krysia Gomułka. Wszyscy na koszt Kombinatu otrzymali stroje uszyte w Modraczku, garnitur i dwa kostiumy. Byłam dumna, bo na 1 Maja poszliśmy z poświęconym sztandarem. Proszę sobie wyobrazić, że dziś tego sztandaru nie ma i nikt nie potrafi powiedzieć, gdzie jest. Z chwilą przeniesienia siedziby klubu z ul. Tumskiej na stadion jeszcze był. Wtedy został wykonany drugi, w barwach biało-niebieskich. Został przekazany na otwarcie stadionu prezesowi Czesławowi Jankiewiczowi.
– Pierwszy sztandar został zniszczony, czy ktoś go ma?
– Powinien ktoś go mieć, ale nikt nie chce się ujawnić. Zresztą nie ma także całego archiwum klubu z tamtych czasów. Do końca kadencji kierownika ośrodka Tadeusza Sznajdera wszystko było, a potem rozpłynęło się. Apelowałam, pytałam wszystkich obecnych i byłych pracowników, czy coś wiedzą na ten temat, ale nikt nic nie wiedział.
– Dziś drużyna gra w pięknej nowej hali, ale było przecież i tak, że swoje mecze rozgrywała we Włocławku...
– To było po pierwszym awansie do I ligi, graliśmy wtedy w hali wojskowej, problemów z dojazdami nie było żadnych. Pamiętam taki mecz, gdy pojechałam wcześniej, z siatkami na bramkę, z protokołami, bo i to robiłam. Ponieważ nie płaciło się sędziom stolikowym, to i chętnych nie było. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdżam na halę, a tam na środku leży tona węgla i koza, taki piecyk, żołnierze palili w niej, żeby nie marznąć. Rozpłakałam się wtedy, bo za godzinę miały przyjechać drużyny. Ale chyba wtedy umiałam myśleć, poszłam szybko do oficera dyżurnego, który zlitował się nade mną i dał pluton wojska. Oni zebrali ten węgiel, a potem zmyłam podłogę, ale i tak jak biegali zawodnicy, to unosił się po hali pył. Byłam bardzo zdenerwowana, ale wszystko skończyło się dobrze, a mecz wygraliśmy, choć sędziowie zachowywali się, dziś powiedziałoby się skandalicznie. Za mój okrzyk „sędzia kalosz”, wyrzucili mnie z tego meczu, ale i tak patrzyłam z boku.
– To chyba w czasie, gdy pracowała Pani w Klubie, trenerem został Stanisław Suliński?
– Tak, wtedy pracowałam też w Okręgu, gdzie poznałam prezesa Mieczysława Kamińskiego, rektora AWF na Bielanach. On, widząc moje zaangażowanie i rozwój klubu, bo przecież grali i panowie, i panie, spływały protokoły spotkań, pomagał mi we wszystkim. A my szukaliśmy drugiego szkoleniowca, bo pan Krajewski nie był w stanie prowadzić zajęć ze wszystkimi grupami. Właśnie pan Kamiński podpowiedział mi, że studia kończy Stanisław Suliński, również wspaniały zawodnik, który jeszcze może sporo pograć. Podchwyciłam to, przekazałam tę informacje zarządowi i, co mnie ucieszyło, została ona przyjęta, a ja zostałam mediatorem. Trzeba pamiętać, że wszyscy członkowie zarządu pracowali społecznie, jeśli ktoś z nich nie dołożył, to na pewno nie wyciągnął. Ja mediowałam, a pan Suliński nawet na początku był zadowolony. Okazało się jednak, że jego żona, czy wtedy jeszcze narzeczona, absolutnie nie zgadzała się na Płock. Chciała wyjechać na Śląsk, gdzie miała rodzinę. Przekonałam państwa Sulińskich tym, że od pierwszego dnia pracy mieli mieszkanie. To przeważyło, a zasługi trenera dla płockiej piłki ręcznej są przeogromne. Szkoda, że nie ma go wśród nas. Być może włodarze miasta skorzystaliby z jego wiedzy i doświadczenia, a ostatnie lata funkcjonowania klubu potoczyłyby się inaczej.
– Cały czas Pani podkreśla, że zarząd pracował w klubie społecznie. Czy to znaczy, że zaczęło się zmieniać na gorsze jak przyszedł prezes etatowy?
– No niestety trzeba tak powiedzieć. Ostatnim społecznym prezesem był Mirosław Tyburski, pierwszym etatowym, bo stanowisko prezesa połączono z funkcją kierownika stadionu, był Krzysztof Gawłowski. Ale to temat na oddzielną rozmowę.
– Pani nigdy nie zrezygnowała ze współpracy z Wisłą, nadal stara się Pani doradzać, rozmawiać, na ten temat też chyba porozmawiamy za tydzień.
– Bardzo chętnie, bo sekcja piłki ręcznej to moje trzecie dziecko. Cały czas obserwuję, jak się rozwija i widzę, jak działa. Chętnie podzielę się swoimi spostrzeżeniami.
– Dziękuję za tę część wspomnień.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości