Słuchając nowego albumu Sade „Lovers Rock”, można przekonać się na własnej skórze, że nie tylko to co nowe i odkrywcze, potrafi nas zaskoczyć.Wręcz przeciwnie, kroczący przed siebie z marsową miną dyplomowani prorocy awangardy, hałaśliwi rewolucjoniści, burzący klasyczną architekturę starego porządku, by wśród ruin i zgliszcz ustawić kilka krytych papą baraków – wszyscy oni często wydają się zwyczajnie nudni, a ich wysiłki jałowe. Im większe zaś artystowskie zadęcie, tym bardziej można być pewnym, że najważniejszym obiektem na widnokręgu nowych muzycznych idei – prawdziwą wieżą Babel, piramidą Cheopsa, lśniącą iglicą Pałacu Kultury – jest czubek własnego nosa odkrywcy. Z drugiej strony, produkty skromnych muzycznych rzemieślników, którzy starają się nie nadużywać natchnienia i nie mnożyć muzycznych światów ponad potrzebę, nieraz uwodzą bezpretensjonalną, nienachalną wrażliwością oraz niewymuszoną inteligencją. Bo decyduje tu wcale nie forma, choćby najbardziej podniosła i napuszona, ani nie ambicja założeń teoretycznych, czyli poszukiwanie formuły ostatecznej, filozoficznego kamienia. Jedna iskierka pomysłu, inwencji, wyczucia potrafi bardziej przyciągnąć wzrok i mocniej przyspieszyć bicie serca, niż rozjaśniający pół nieba landszaftowy zachód słońca. Buntownicy i mieszczuchy Moja obecna słabość do Sade da się jeszcze od biedy racjonalnie wytłumaczyć. Pisząc te słowa siedzę przy starym, popękanym, ale własnym biurku, z mruczącym kotem na kolanach i błyskającym płomieniem kominkiem za plecami – stanowię zatem idealne wręcz uosobienie drobnomieszczaństwa, mentalnego rozleniwienia i zaniku artystycznej czujności klasowej. Jeśli chodzę do kina, to zachętą do filmu nie bywa raczej przymiotnik „kultowy”. Jeśli zdarza mi się czasem przeczytać książkę, to nie muszę się przedtem dowiedzieć, pod wpływem jakich środków chemicznych została napisana. Jeżeli zaś słucham płyt – tu już zupełna kompromitacja – to mój kontakt z naładowanymi złością, pretensjami do świata i wyznaniami zranionej miłości własnej muzycznymi manifestami, kończy się najczęściej rosnącym niesmakiem, mimowolnym rozbawieniem lub po prostu ziewaniem. Dzisiaj więc sprawa jest prosta, zdradziłem idee kontrkultury, społecznej rewolty i zaprzedałem duszę Babilonowi. Kłopot w tym, że nagrania Sade podobają mi się właściwie od początku, od wydanej w 1984 r. płyty „Diamond Life”, na której ustalony został w zasadzie muzyczny i estetyczny profil wykonywanych przez nią piosenek. Były to więc melodyjne, oparte na południowo-amerykańskich rytmach utwory, nasycone jazzowym klimatem, a śpiewane nieco tajemniczym, niskim kobiecym głosem. Aura nagrań pozostawała raczej wieczorowa i zdecydowanie zmysłowa, z tym, że zmysłowość ta jest swoiście zdystansowana i zabarwiona chłodem, rezygnacją lub smutkiem. Całość, mimo starannej produkcji i perfekcyjnego wykonania, trzymała się jednak całkowicie w granicach muzyki pop, czyli w kręgu standardowych zwrotów melodycznych czy rytmicznych i wyraźnych ograniczeń środków ekspresji. A przecież ja wtedy pasjami słuchałem Pink Floydów, dowodzonych przez coraz bardziej rozhisteryzowanego Rogera Watersa, grupy Marillion, z całą neurotyczną afektacją w tekstach Fisha, oraz polskich zespołów nowofalowych, z ich gniewem, buntem i skrajnie pesymistyczną wizją świata. Co wobec tego robiła elegancka, dyskretna Sade w tym hałaśliwym, zbuntowanym towarzystwie, które podniesionym tonem wykrzykiwało całemu światu swoje żale i pretensje? Zmysłowość i wierność Potem przyszły kolejne płyty długonogiej i śniadoskórej wokalistki (która swoją egzotyczną urodę zawdzięcza nigeryjsko-irlandzkiemu pochodzeniu), czyli „Promise” (1985), „Stronger Than Pride” (1988) oraz „Love De Luxe” (1992), z muzyką, której podstawowe założenia estetyczne pozostały niezmienne. Zmieniłem się za to ja. Z wytężonego wysiłku rezygnowały stopniowo hormony, zmieniając socjalistyczny tryb pracy na akord, na spokojniejszą i mniej stresującą, stałą miesięczną pensję. Rozszerzył się horyzont i historia muzyki przestała się zaczynać od wielkiego wybuchu, gdy Jimmi Hendrix rozbijał gitarą wzmacniacz, a Beatlesi atakowali bębenki uszu jazgotem „Helter Skelter”. Toteż najnowszemu, wydanemu po ośmioletniej przerwie albumowi Sade „Lovers Rock” miejsca w szufladzie mojego odtwarzacza ustąpiła płyta z renesansową i wczesnobarokową muzyką na wiolę da gamba w wykonaniu Jordi Savalla, zaś tuż po niej zajął tam miejsce krążek z cyfrowym wznowieniem pochodzących z lat 70-tych nagrań sztandarowego przedstawiciela tzw. „kraut-rocka”, czyli niemieckiego zespołu Faust. Jak zatem w nowych okolicznościach i realiach – mając za tło ciepły trzask drewna w kominku, miarowe pomrukiwanie kota i równie nisko strojonej wioli – odnalazła się Sade? Pierwszym wrażeniem, już przy otwierającym płytę przebojowym „By Your Side” (wydanym także na promującym album singlu) było miłe zaskoczenie, które towarzyszyło także kolejnym utworom: melodyjnemu „Flow”, nastrojowemu „King Of Sorrow” czy uwodzącego miękkim, atłasowym brzmieniem „Somebody Already Broke My Heard”. Zdziwienie, że recepta, sprawdzająca się ponad 10 lat temu, nadal skutkuje znakomicie, a z niezwykłą intuicją dobrane proporcje popu, jazzu i akustycznej ballady niezmiennie dają efekt wysmakowanej, eleganckiej i dojrzałej pełni. W dodatku głos wokalistki zachował swoje magiczne brzmienie, nie tracąc przy tym cienia dystansu do słuchacza. A dziś tego typu emocje – dawkowane oszczędnie, bez epatowania i jakże modnej nadmiernej, wręcz agresywnej szczerości, na pograniczu uczuciowego ekshibicjonizmu – sprawiają tym silniejsze wrażenie. „Lovers Rock” Sade nie przestając być perfekcyjnie zrealizowanym produktem popowym, z ambicjami na pozór nie wykraczającymi poza umilenie wieczoru sentymentalnym nastrojem, przy odrobinie uwagi zmieniają się w przekorne wezwanie rzucone modzie na neurotyczną afektację i niedyskretny brak umiaru. Modzie na nadmiar emocji, który tak łatwo zmienić w muzyczną, słowną, czy nastrojową grafomanię. A mnie nic, tylko na przemian dziwić się i cieszyć, że mimo upływu lat, zmieniających się kolei losu i muzycznych fascynacji, pozostaliśmy sobie wierni. Sade, dziś może trochę bardziej zamyślona i zasmucona niż kiedyś, ale ani odrobinę mniej zmysłowa, tajemnicza i piękna, i ja, emerytowany buntownik, zdymisjonowany anarchista, bezwstydny mieszczuch z kotem na kolanach. Maciej Woźniak * Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku muzycznemu „Swing” w Domu Handlowym TSS na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze