Reklama

Rodziny nie chcą mówić o tragedii

19/11/2008 09:03
5 rano, niedziela, 9 listopada. Norweskie Drammen pogrążone było jeszcze we śnie, gdy w jednym z domów wybuchł pożar. Nikt nie spodziewał się, że w małym budynku mieszka tak duża liczba osób. Oficjalnie w domu zameldowanych było tylko czterech mieszkańców. Tymczasem tragiczny bilans zamknął się liczbą 7 ofiar. 15 osób cudem uszło z życiem. Niektórzy uciekali przed płomieniami skacząc z okna. To największa od 20 lat tragedia w Norwegii, a dla rodzin ofiar największy w życiu dramat, o którym nie chcą mówić.

Szybko rozeszła się wieść, że mieszkańcy spalonego budynku to Polacy. Znaleźli w Norwegii zatrudnienie w firmie z branży budowlanej i remontowej płocczanina Andrzeja Mikosa, który od ponad roku prowadził firmę Mikos Consens sp. z o.o.

Choć straż pożarna błyskawicznie przeprowadziła akcję gaszenia pożaru, komunikaty w mediach podały listę 7 ofiar. Znaleźli się na niej robotnicy z Płocka i okolic w wieku od 35 do 58 lat. Są to: Zdzisław Piotrowski, Ryszard Bidziński, Ireneusz Mazurowski, Andrzej Kosztowny, Mariusz Rydzyński, Czesław Buczma, Jan Kisyk. W sumie 15 mężczyzn przeżyło, ale 2 rannych trafiło do szpitala. Jeden (w śpiączce) przebywa obecnie w klinice w Bergen. Z dymem poszedł cały ich dobytek i zarobek.

Wciąż nieznana jest przyczyna pożaru, który wybuchł w drewnianym domu. Norweska policja tłumaczy, że może być to trudne do ustalenia. Padają przypuszczenia, że poszła iskra ze zwarcia instalacji elektrycznej.

Ocalałymi zajęła się miejscowa Polonia i Norwegowie z Drammen. Zorganizowano grupę kryzysową, w której siły połączyli przedstawiciele ambasady RP, Kościoła i lokalnych władz. Na najpotrzebniejsze rzeczy codziennego użytku i pokoje w hotelach pożyczek udzielił konsulat. W ekspresowym tempie pogorzelcy otrzymali również paszporty i fundusze, dzięki którym mogli wrócić do Polski.

Tragedia okryła żałobą Polonię. Odwołano koncert w oddalonym od Drammen o 40 km Oslo i wszystkie uroczystości z okazji Święta Niepodległości. Duszpasterz Polaków w Norwegii odprawił za zmarłych mszę św. w katedrze św. Olafa w Oslo.

Pomoc z Płocka

Do rodzin ofiar i poszkodowanych szybciej docierały informacje z Norwegii. Z miejsca tragedii na bieżąco dzwonili znajomi, ojcowie i synowie. Płocki ratusz, zanim mógł podjąć jakiekolwiek decyzje, związane z pomocą i wsparciem, musiał czekać na oficjalne potwierdzenia norweskich i polskich służb, tym bardziej że początkowo mowa była o dwóch zmarłych płocczanach. Później już o czterech.

Mirosław Milewski, prezydent Płocka oraz jego zastępca Dariusz Zawidzki w środę i czwartek spotkali się z rodzinami poszkodowanych i zmarłych pracowników. Zjawili się również psycholodzy z Ośrodka Interwencji Kryzysowej, działającego przy Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej.

To były trudne rozmowy o sytuacji materialnej, w jakiej znalazły się m. in. matki z nieletnimi dziećmi, w chwili największego dla rodzin bólu po stracie najbliższych. Nikt nie chciał jednak o tym rozmawiać z mediami.

– Wszystkie rodziny otrzymają jednorazowe wsparcie finansowe. Na razie suma nie została jeszcze ustalona. Dodatkowo mogą też liczyć na pomoc psychologów – tłumaczy Magdalena Grodecka, rzecznik prasowy Prezydenta Płocka.

Po zbadaniu indywidualnych sytuacji, rodziny mogą się ubiegać również o długoterminowe zasiłki, nawet do roku, z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Płocku.

Pomoc poszkodowanym i rodzinom ofiar pożaru deklaruje też Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki. Może być ona przyznana w wysokości do 50% wnioskowanej przez prezydenta Płocka kwoty i przeznaczona np. na przeloty rodzin, pomoc w powrocie do kraju itp. Z kolei Ministerstwo Spraw Zagranicznych informuje, że w pełni zajmie się sprawą sprowadzenia ciał do Polski. Swoją pomoc zaoferował też jeden z lokalnych przedsiębiorców pogrzebowych.

Najprawdopodobniej zwłoki płocczan sprowadzone będą do Płocka w ciągu tygodnia. Prowadzone są jeszcze badania DNA, które mają pomóc w identyfikacji zmarłych.

Po tragedii w Drammen wielu Polaków wraca do kraju. Ratusz zorganizował transport z Okęcia dla poszkodowanych płocczan, którzy w środę wrócili samolotem do Polski. Do Płocka przyjechali również dziennikarze z Norwegii. – Od 20 lat nie było u nich tragedii na taką skalę. Dla nich to znaczące wydarzenie – tłumaczy Magdalena Grodecka.

Z norweskimi dziennikarzami spotkali się włodarze Płocka, by przekazać mieszkańcom Drammen oraz władzom tego miasta wyrazy wdzięczności za pomoc udzieloną poszkodowanym Polakom. W niedzielę w intencji zmarłych została odprawiona w katedrze przez biskupa Piotra Liberę msza święta.

Prawdziwe życie Polaków w Norwegii

– Drewniany dom, który się spalił w Drammen to typowy dom, w jakim mieszkają Norwegowie. Montowane są w nich czujniki dymu. Przy minimalnym dymie urządzenie strasznie wyje. Mieszkam już ponad 2 lata w podobnym domu. Przy podpisaniu umowy wynajmu właściciele tłumaczyli, że czujniki są w pełni sprawne – tłumaczy Małgorzata Gładys, która obecnie pracuje w Norwegii.

Z tamtejszych gazet dowiedziała się, że w spalonym domu w Drammen mieszkało ponad 20 osób na 125 metrach kw., a zameldowanych było tylko 4. – Wynika z tego, że reszta mieszkała tam nielegalnie. Niestety, często się tak zdarza. Obecnie bardzo zaostrzyły się przepisy dotyczące legalności i warunków pracy. Są kontrole Inspekcji Pracy w zakładach, gdzie pracują Polacy. To efekt wakacyjnej sprawy, gdzie w Norwegii głośno było o Polakach, którzy nie dostawali wynagrodzenia przez trzy miesiące – podkreśla kobieta.

Dodatkowo pojawia się też wiele broszurek w języku polskim z informacjami, gdzie w takiej sytuacji udać się po pomoc. Z drugiej strony coraz popularniejsze zapisywanie się do związków zawodowych. Można też liczyć na bezpłatną pomoc prawnika.

– W Norwegii dbają o pracownika, dobrze płacą i ufają mu, że nie oszukuje. W razie problemów chętnie służą pomocą. Może jest to spowodowane tym, iż mieszka tu wiele obcokrajowców. Norwegowie, którzy znają nasz kraj, są do nas bardziej otwarci. Ogólnie kojarzymy się tutaj z Rosjanami – tłumaczy pani Małgorzata.

Choć zarobki są dobre, to jednak koszty utrzymania są znacznie wyższe niż w Polsce. Norwegowie dość nieufnie podchodzą do Polaków, którzy nie znają języka norweskiego i chcą wynająć mieszkanie. Oczekują od nich 3 miesięcznej kaucji rzędu 20 tys. koron (1 korona=0,42 zł) oraz opłaty pierwszego czynszu.

Jeśli nie stać Polaków na wynajęcie typowego norweskiego domu, mieszkają w tzw. hyblach. Są to piwnice, z małymi oknami, w których warunki są zdecydowanie gorsze, ale za to ceny niższe.

Blanka Stanuszkiewicz- Cegłowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości