W piątek w Gdyni rozegrany został mecz na szczycie. Arka podejmowała lidera tabeli, Wisłę Płock. Niemal 200 kibiców pojechało dopingować swoją drużynę, wierząc, że będą świadkami dobrego widowiska i zwycięstwa zespołu, który aspiruje do Ekstraklasy. Niestety, plan nie do końca się powiódł i to 6 tys. miejscowych cieszyło się z punktów swojej drużyny.
Drużyna Marcina Kaczmarka od dawna znacznie lepiej radziła sobie na wyjeździe niż na własnym stadionie. Piłkarze lubili zadawać cios rywalom w obecności ich kibiców. W ostatnim w roku 2015 spotkaniu ta sztuka się nie udała. Wisła dotrzymywała kroku w I połowie pojedynku. Do szatni piłkarze schodzili z nadzieją, że będzie dobrze, niestety po przerwie dobrze nie było.
Gospodarze rozpoczęli spotkanie atakiem od pierwszej minuty meczu. Gola zdobyli dopiero w 30 min., po dość przypadkowej akcji. Dośrodkowanie Marcina Warcholaka próbował zablokować Cezary Stefańczyk, ale interweniował na tyle nieszczęśliwie, że zmierzającą do naszej bramki piłkę musiał wybijać Seweryn Kiełpin, który poradził sobie z tą sytuacją, ale skapitulował po dobitce Pawła Abbotta. Na wyrównanie kibice czekali 8 min. Mikołaj Lebedyński wykorzystał dośrodkowanie Patryka Stępińskiego i wpakował piłkę do siatki. Na przerwę obie drużyny schodziły z nadziejami, że wszystko może się zdarzyć, a sprawa wyniku jest otwarta.
Po powrocie na boisko płocczanie byli już zupełnie innym zespołem. Gospodarze atakowali, a płocka ekipa nie mogła sobie poradzić z nacierającymi rywalami. W 49 min., na indywidualną akcję zdecydował się Abbott, który ponownie wpisał się na listę strzelców. Dopingujący zawodników kibice starali się poderwać drużynę do walki, ale to piłkarze Arki dominowali na murawie, atakowali pole karne Wisły i wreszcie w 79 min., po strzale Pawła Wojowskiego, piłka znalazła drogę do bramki. Jak się wkrótce okazało, nie był to koniec ataków – gospodarze nie zadowolili się wynikiem, który w 82 min. podwyższył Rafał Siemaszko.
Minuty upływały, a stworzenie zagrożenia na polu karnym Arki było dla piłkarzy Wisły coraz trudniejsze. Udało się to w doliczonym czasie gry, gdy zespół gospodarzy zaczął świętować tak wysokie zwycięstwo nad liderem. Autorem bramki ustalającej wynik był Mikołaj Lebedyński.
Jeszcze przed meczem wiadomo było, że bez względu na wynik Wisła i tak zostanie liderem do rozpoczęcia w marcu 2016 roku rundy rewanżowej. Szkoda tylko, że po meczu pozostał niesmak. Tak wysoka porażka nie powinna się zdarzyć drużynie, która myśli o awansie. Płocczanie swój najważniejszy mecz rozegrali fatalnie i przegrali. Nie trzeba dodawać, że potrzeba zmian w zespole, jeśli walka o Ekstraklasę nadal leży w planach drużyny. Na takie porażki kandydat nie powinien sobie pozwalać. Z drugiej jednak strony płocczanie grali bez trenera, który odbywał karę drugiego meczu spędzonego na trybunach za incydent z pojedynku z GKS Katowice.
Na podsumowanie tej części rozgrywek przyjdzie czas już wkrótce. Postaramy się przeanalizować całą, długą rundę. Teraz zawodnicy rozjadą się do domów na zasłużony odpoczynek, by wrócić do Płocka 10 stycznia i rozpocząć okres przygotowawczy. Przez cały okres istnienia I ligi, jako zaplecza Ekstraklasy, tylko raz mistrz jesieni nie awansował do wyższej klasy rozgrywkowej. Mamy ogromną nadzieję, że wyjątek w dalszym ciągu będzie jednorazowy.
Do rozegrania wiosną pozostaje 15 spotkań, każde trudne. Początek PZPN wyznaczył na 3 marca, ostatni mecz zaplanowano na 5 lub 6 czerwca. Pozostały cztery miesiące do rozpoczęcia pierwszego pojedynku. Zadaniem trenera Kaczmarka będzie przygotowanie zespołu do awansu, a włodarzy miasta myślenie o odnowieniu stadionu. Na istniejącym obiekcie meczów najwyższej klasy rozgrywkowej nie da się organizować.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze