We Lwowie w maju 1996 roku powiedziano mi „Polska od nas odeszła” zrobiło mi się cicho i gorzko a im ludziom tułaczom we własnym mieście samotniej. Daniel RatzPrawdopodobnie to samo usłyszałby poeta z Płocka w Wilnie i tak samo zrobiłoby mu się cicho i gorzko. 17września 1939 r. przesunięto granice i Polska odeszła z dawnych Kresów Rzeczypospolitej. Została pamięć, sentyment i ślady kultury polskiej. Ci, co przeżyli w łagrach sowieckich, a nie skorzystali z repatriacji zostali we Lwowie, w Grodnie lub w Wilnie, chociaż Polska odeszła od nich naprawdę. Ponad 40 lat nie mówiono w kraju, że tam za Bugiem zostali i nadal mieszkają rodacy, że walczą o szkoły polskie, tworzą zespoły folklorystyczne i co najważniejsze – mówią płynnie po polsku. Być może tu i ówdzie z kresowym przeciąganiem samogłosek, zmiękczonym „b” lub twardym „ł”, ale po polsku. W latach 80-tych zaczęli przyjeżdżać do Wilna dziennikarze z Warszawy. Bazowali najczęściej w redakcji „Kuriera Wileńskiego” (jedynego wówczas dziennika polskiego na Litwie). Pracowali przez kilka miesięcy w charakterze stylistów, jednocześnie jeżdżąc po wsiach podwileńskich, odwiedzając zespoły artystyczne, szukając śladów polskości. Ku swemu zdumieniu odkrywali nie tylko ślady i szczątki polskie ale także poznawali polskie szkoły w rejonie wileńskim, trockim i solecznickim. Z wykładami na Uniwersytet Polski do Wilna udała się też pani mgr Danuta Gajewska-Rychlewska z Płockiego Towarzystwa Naukowego oraz inni profesorowie z różnych miast Polski... Tymczasem dotąd w Płocku i w Warszawie wiedza o życiu mieszkających rodaków w Wilnie jest znikoma, czasem – żadna. Wystarczy nadmienić, że ktoś jest z Wilna czy Lwowa – w najlepszym przypadku można usłyszeć komentarz: „były Związek Radziecki czy „Wschód”, w najgorszym – wręcz niegrzecznym nawet wobec Litwinów i innych narodowości: - „ruskie”. W takich chwilach ludziom „we własnym mieście robi się samotniej...” Samotniej – wśród swoich, wśród rodaków. Budzi się gorzka świadomość, że Polska od nas odeszła. Pominę już temat i problemy tych, co się znaleźli w stepach Kazachstanu i dotychczas do Polski wracają, często nie pamiętając już języka. Wystarczą stereotypy i elementarna niewiedza nawet o tych, którzy mieszkając na Litwie, Ukrainie czy Białorusi, mówią, czują i piszą po polsku. Aleksander Śnieżko, jeden z polskich poetów na Litwie, napisał w swoim wierszu „Ruski”: Kiedy mój ojciec szedł na wojnę, lśnił w rogatywce biały orzeł (...) Z obozu wrócił z Ostaszkowa, bo rękę miał od pługa twardą, a ty słuchając mojej mowy, żem „ruski” mówisz mi z pogardą A ja wytrwałem tu na Wschodzie, Biało-czerwonej barwy broniąc. Co ty wiesz panie, o narodzie, O Orle z Gwiazdą i Pogonią? (...) Księdz prałat Zdzisława Peszkowskiego, kapelan pomordowanych na Wschodzie i Zbigniew Zdrojewski mówią m.in. o wspaniałej postawie polskiej młodzieży, o masowym udziale tysięcy uczniów konkursie wiedzy o Golgocie Wschodu: „to był jedyny jasny promyk nadziei uratowania polskiej pamięci...” Chociaż również na Łotwie i nawet w Rosji (na przykład w Sankt Petersburgu) są polskie enklawy, pisma i organizacje. - „Noszę w sobie testament przekazany przez profesora Stanisława Świaniewicza, którego spotykałem w 88 roku, w dzielnicy Antokol w Londynie” – powie ksiądz misjonarz Dariusz Stańczyk w Skojdziszkach na Wileńszczyźnie, gdzie społeczność polska na czele ze starostą gminy, odbudowuje kaplicę cmentarną pod wezwaniem Świętej Faustyny. Za kilka dni ksiądz misjonarz wyruszył do Katynia na rowerach, z czterema harcerzami z Hufca Maryi, którym prałat Peszkowski przesłał z Warszawy 103 metry tkaniny na mundury. Ksiądz kontynuował temat w Wilnie, na Rossie przy grobie Marszałka Piłsudskiego i jego Matki: - Profesor Świaniewicz jedyny uratował się z transportu. Napisał później piękną książkę „W cieniu Katynia”. „Proszę Księdza – zastanawiał się profesor. – Czy będą takie czasy, że doczekamy się prawdy?, „Odpowiedziałem”:, Obiecuję, że kiedykolwiek będzie taka możliwość, będę mówił o Katyniu. Od tego spotkania minęło 12 lat, ale udało mi się zawieźć 500 osób do Katynia. Na Świętego Jerzego w roku 1992, w kwietniu pojechaliśmy z harcerzami z Wilna. Rok temu jechaliśmy na rowerach z Moskwy do Fatimy z młodzieżą polską z Litwy i z Kanady. Zajechaliśmy do Katynia. Z jakim wielkim przeżyciem mówili o tej zbrodni miejscowi mieszkańcy! Przekazywali nam garście guzików, które wykopywali... Ksiądz Dariusz Stańczyk i harcerze jechali reprezentować w lesie Katyńskim ludzi z Wileńszczyzny. Nikt bowiem stamtąd ani z Białorusi, ani z Ukrainy – nie pojechał na otwarcie polskiego cmentarza w Kosogorach. Wiza z Litwy do Rosji kosztuje 100 dolarów. W innym miejscu pod słońcem, w Krawczunach na Wileńszczyźnie, gdzie 13 lipca 1994 roku ugrupowania AK, w ramach operacji „Ostra Brama” – stoczyły krwawą walkę z oddziałami hitlerowskim, a tego lata – obchodzono kolejną rocznicę przy udziale senatorów, władz samorządowych i dziennikarzy prasy polskiej na Litwie, ksiądz powiedział: „bo dziś zmarli mogliby przy nas zapytać: co czynimy z ich ofiarą? Przy ilu grobach w Polsce i za granicą – mogliby nas o to zapytać?” Dziękuję pani Romanie Ludwickiej-Mierzejewskiej i wszystkim pracownikom Młodzieżowego Domu Kultury im. Króla Maciusia Pierwszego w Płocku, którzy z mojej inicjatywy, podjęli w listopadzie br. dyskusję panelową „O stanie kultury i ducha na Wileńszczyźnie”, a młodzież płocka ze Studium Teatralnego recytowała wiersze współczesnych poetów polskich na Litwie. Dziękuję reżyserowi Tadeuszowi Bystramowi za film o dawnym i współczesnym Wilnie... Być może otworzą się granice polskich serc? Alina Lassota Foto Henryk Mażul (Wilno)
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze