Reklama

Pocztówka z Pragi

10/01/2001 13:54
Sylwester, ostatni dzień roku, z założenia ma być dniem innym niż pozostałe. Przez cały rok bywało raczej szaro, smętnie, nijako, więc tym razem niech będzie kolorowo, wesoło i w podskokach.Minione trzysta sześćdziesiąt parę dni zbyt często patrzyło spode łba i spuszczało nosy na kwintę, niech zatem ten jeden fika koziołki i łapie się za brzuch ze śmiechu. Okrągły rok znowu nie był wcale taki okrągły, tylko kanciasty, nieforemny, tu i ówdzie przyklapnięty, ale ten wyjątkowy dzień ma być całkiem odmienny, choćby na przekór swoim poprzednikom, nudnym, nadętym i ponurym współpasażerom dojeżdżającego do ostatniej stacji wagonika. Aby powyższym założeniom uczynić zadość, i ja spróbowałem ten kończący rok, stulecie, a wręcz millenium - dzień - spędzić zupełnie inaczej. Nie być, jak zazwyczaj, zgryźliwym malkontentem, który chronicznie stroni od cieszących się powszechnym społecznym uznaniem sposobów spędzania wolnego czasu i programów o największej oglądalności. Choć raz znaleźć się w najszerszych rubrykach statystycznych tabeli. A więc żadnego zamykania się, samotności lub izolacji w wąskim gronie starych znajomych, dobrze znanych alkoholi i słuchanych na okrągło ulubionych płyt. Wręcz przeciwnie: rozłożyć szeroko ramiona i wyjść do ludzi, do świata. Mało wyjść – wybiec. Ba, tyle daleko, malowniczo i romantycznie, by pozostawić za sobą cały stary, niespecjalnie szczęśliwy rok i całego starego, niespecjalnie szczęśliwego siebie. Ba, na ten jeden dzień wręcz zapomnieć, że ktoś taki w ogóle istnieje. Podjęta bez dłuższego namysłu decyzja o podróży do Pragi wydawała się spełniać wszelkie sylwestrowe wymogi. Cel został obrany wystarczająco romantycznie i malowniczo, by przerwać zaklęty krąg codzienności, rutynowych obowiązków, pałętania się po tych samych kątach i użerania z tymi samymi kłopotami, wiernymi przez całe życie jak niepowtarzalny wzór kodu genetycznego, klątwa Odyna albo kurz za lodówką. Symfonia architektury ... to przecież chyba jest ładnie wyjechać z piękną kobietą. Zabrać ze sobą tylko paszporty, podręczny bagaż i mocniej niż zwykle bijące serce. Korzystając z sezonowej obniżki cen biletów, wsiąść w Krakowie w nocny pociąg, pozwolić się ukołysać miarowemu stukotowi kół i otworzyć oczy dopiero sinym od grudniowego chłodu świtem, gdy w jego mglistym oddechu, powoli żegluje miasto. Kwadrans później wysiąść na secesyjnym dworcu i mijając Teatr Wielki imienia Smetany oraz Muzeum Narodowe, dotrzeć do Placu Wacława. A potem już tylko schodzić przez Stare Miasto, uliczką Kralovą aż do Mostu Karola, by za chwilę, już na drugim brzegu Wełtawy, zacząć wspinać się zaułkami Małej Strany w kierunku Zamku Hradczańskiego, ze stojącą w jego centrum gotycką Katedrą Św. Wita, i jeszcze wyżej, do Klasztoru Strahowskiego, a tuż przed jego murem odwrócić się nagle i pozwolić wzrokowi na swobodny lot w dół, prosto w otwartą nagle u stóp zapierającą dech panoramę Pragi. A przecież to zaledwie główny wątek, podstawowa linia melodii miasta, jego architektoniczna oś, kamienny rytm, któremu podporządkowują się ciała spacerujących ludzi. Bo pozostaje jeszcze to, co zawsze najważniejsze: szczegóły i niuanse, cała misterna osnowa, kontrapunkty bocznych uliczek, echa ocenionych zaułków, powracające refreny placów. Narastająca wzdłuż i wszerz przestrzeni, wynurzająca się z głębi czasu symfonia, której najpiękniejsze motywy zrodziły się w głowach architektów, rzeźbiarzy i malarzy. No i podmywająca to wszystko podziemna rzeka szeptów, jęków i wołań, skrzypienie obcasów Franza Kafki, przemierzającego Złotą Uliczkę, głuchy stuk pustego kufla o masywny blat w gospodzie „Pod Kocourem”, gdy Bohumil Hrabal podnosi się ciężko i wychodzi, wieczorem szelest żwiru na Cmentarzu Olszańskim -–to Gałczyński błąka się alejkami, szukając grobu matki. Tak, zaledwie jeden dzień, kilkanaście godzin w Pradze, a już można zapomnieć o własnym życiu, o szczęściu i nieszczęściu, nadziejach i rozpaczach, miłościach i niemiłościach, o całym swoim istnieniu, bo tyle wokół istnień o wiele bardziej intrygujących i wartych uwagi. Na południe od wszędzie Jakby nie wystarczyło bicie dzwonów w kościołach, zalewający miasto niczym wezbrana rzeka szum rozmów w dziesiątkach języków, popiskiwanie tramwajów, przemykających ciasnymi jak mysie dziury uliczkami, na samym środku Mostu Karola stanął uliczny bard Jiri Wehle wraz ze swoim przywiezionym dziecięcym wózeczkiem majdanem: pękiem drewnianych fletów różnej grubości i długości, kilkoma mandolinami, lutniami oraz krzyżówkami jednych i drugich, rozmaitymi ustnikami, stroikami, stojakami, a do tego dwiema podartymi parasolkami, podłączonym do turystycznej butli z gazem słoneczkiem do ogrzania dłoni i całym zestawem innych dziwnych, lecz fascynujących urządzeń. Ten zarośnięty, byle jak ubrany, niewysoki mężczyzna wykonuje tu od lat stały repertuar, złożony ze średniowiecznych i renesansowych pieśni trubadurów, tradycyjnych piosenek ludowych oraz własnych kompozycji, inspirowanych muzyką dawną i folklorem. Z kolei, w najniewinniej wyglądającym sklepiku, przy słynnej Złotej Uliczce, obok innych wypełnionych po brzegi turystyczną tandetą, nieopatrznie poprosiłem o włączenie nagrania Jany Lewitowej z „Pieśniami Sefardyjskimi”. Silny, ale niezwykle łagodny i melodyjny głos Jany nie pozostawił mnie w spokoju aż do końca pobytu w Pradze, a zabrany do domu na kasecie magnetofonowej nadal nie pozwala się otrząsnąć z rzuconego uroku. Chwilę ulgi przyniosła dopiero wizyta w normalnym sklepie muzycznym ze ścianami w plakatach Natalii Oreiro, Enrique Iglesiasa czy Carlosa Santany, kiedy wreszcie mogłem poczuć się bezpiecznie, jak w znanej na wylot, nudnej i oklepanej globalnej wiosce, gdzie wszystko jedno, czy jest się w Paryżu, Nowym Jorku czy Warszawie, bo wszędzie jest takie samo wszystko, czyli tak jakby nigdzie i nic. Niestety zaraz potem natrafiłem na półkę pełną albumów grupy The Plastic People Of The Universe, legendarnej formacji czeskiego undergroundu, związanej w latach 60-tych i 70-tych z polityczną opozycją (koncertowała m.in. w domu Vaclava Havla) i niespokojny, tajemniczy duch Pragi przystąpił do mnie z powrotem. Zapadł chłodny zmierzch, ostatni w roku, wieku, a nawet tysiącleciu. Trwały przygotowania do nocnych sylwestrowych imprez przed Zamkiem i na Staromiejskim Rynku. Stragany zapełniły się pamiątkami i piwem. Technicy sprawdzali sprzęt nagłaśniający przed koncertami modnych zespołów. Ale miasto niewiele sobie z tego robiło. Szeptało i nawoływało po uliczkach i zaułkach. Zapadało w mrok jak w niespokojny sen. Oddychało zamglonym chłodem, tak samo jak rok, wiek czy tysiąclecie temu. Maciej Woźniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości