Tradycji stało się zadość. Od ćwierćwiecza żaden „nowy” nie wygrał w debiucie. Szkoda tylko, że tę lekcję Portugalczyk musiał odrobić w meczu o punkty! Ale… Nic się nie stało Polacy, nic się nie stało! Tak uważam. Nie jako fachowiec, ale jako kibic. Bo jestem tylko kibicem i piszę dla kibiców. Mogę sobie zatem pozwolić na amatorską ocenę tego, co się wydarzyło nad „pięknym modrym Dunajem”. I jak wygląda ta ocena? Medal ma dwie strony. Wynik i gra. Pierwsza całkiem, całkiem… Bo o co gramy? Piłkarze oczywiście o pierwsze miejsce w grupie i awans bezpośredni. Nie mogą myśleć inaczej! A kibice? Optymiści jak piłkarze. O wszystko! No to chyba ten występ definitywnie pogrzebał szanse. Gdyby nasze orły wygrały z bratankami i powtórzyły ten wynik na własnych śmieciach, byłby cień szansy. Dwa remisy z Anglikami (drugi „zwycięski”, jak ten pamiętny na Wembley)… Teraz trzeba będzie z naszym „ulubionym” rywalem przynajmniej raz wygrać. Przypomnijmy bilans. Jedenaście porażek, siedem remisów, jedno (!) zwycięstwo. Chorzów, niemal pół wieku temu! Zatem… Zejdźmy na ziemię! Gramy o drugie miejsce w grupie i baraże. W tym układzie remis na wyjeździe z najgroźniejszym konkurentem nie jest zły. Nadal to my jesteśmy faworytem.
A gra? Ktoś napisał w mediach o horrorze w Budapeszcie. Jeśli horror, to zdecydowanie z mocnym wątkiem komediowym. Mowa o grze obronnej naszych „orłów” (tym razem w cudzysłowie). I nie mam tu na myśli jedynie trójki nominalnych obrońców, zabłąkanych jak dzieci we mgle. I bramkarza, który chyba zbyt sobie wziął do serca zapewnienie trenera o niekwestionowanej roli „pierwszego”. Tu trzeba na gwałt coś zrobić i dobrze, że przed selekcjonerem sparring z Andorą, bo przy takiej postawie defensywy Anglicy mogliby naszych skompromitować jak nigdy w historii. A tak jest trochę czasu na myślenie. O przećwiczeniu nowych pomysłów nie ma co marzyć, bo do tego potrzebny jest przeciwnik, który potrafi sprawić choćby minimalny kłopot. Musimy liczyć na „nos” trenera, który w Budapeszcie go nie zawiódł (myślę o zmianach).
Niestety to nie jedyny mankament w grze nowej reprezentacji. Owszem, wyszarpała punkt mimo sytuacji, wydawałoby się, beznadziejnej. Dzięki „błyskowi geniuszu” młodego zdolnego rezerwowego i niezawodnego kapitana. Bo sama gra… Można by powiedzieć, że ciekawy mecz, dużo goli… Cóż, na podwórku pada zazwyczaj o wiele więcej. I nie jest to porównanie przypadkowe. Poczynania naszych „gwiazd” jako żywo przypominały widowiska, jakie można obserwować z okna, kiedy młodzi adepci futbolu grają do bramki „przerobionej” z trzepaka!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze