Na palcach jednej ręki potrafię zliczyć polskich wykonawców, na których płyty czekam ze spokojem i pewnością, że mogą być lepsze lub gorsze, lecz poniżej pewnego minimum artystycznej przyzwoitości raczej nie zejdą.Przyznaję, że miewam wygórowane oczekiwania wobec życia, ale na pewno nie wobec muzyki: do szczęścia wystarczy mi kilka pomysłów na krzyż, garść emocji i dwie lub trzy melodie, które potrafią przypomnieć się w zatłoczonym autobusie, albo przy wieszaniu prania, sprawiając, że zjawisko upływu czasu traci swój banalny, męczący charakter. Jednym z nielicznych, którzy nigdy nie zawiedli moich skromnych oczekiwań jest wokalista i kompozytor, a przede wszystkim znakomity gitarzysta Wojciech Waglewski, stojący już od ponad ćwierć wieku na czele formacji Voo Voo. Już od pierwszej płyty, po którą w połowie lat 80-tych spoceni z wrażenia staliśmy z Markiem Jezińskim w kolejce przy ladzie starego płockiego Empiku (jeszcze z kawiarenką na górze), piosenki grupy towarzyszyły mojemu życiu (“Ja żyję”, “Co się stało z moim cieniem”), komentowały je ironicznie (“I co dwie nogi miewa”, “Nawyczkom - nie”), ale i przypominały, że choćby było nie wiem jak marne i śmieszne, to i tak jest jedyne, więc trzeba je wykorzystać, na ile się tylko da (“Nim stanie się tak jak gdyby nigdy nic”). Sama muzyka na pierwszym albumie Voo Voo była na tyle niepodobna do wszystkiego, co się wówczas, na naszej młodej - dość sztampowo gniewnej i obowiązkowo zbuntowanej - scenie rockowej działo, że ścieżki moich dalszych muzycznych poszukiwań zaczęły wić się, plątać i kluczyć w rejonach, do jakich w innym wypadku być może nigdy bym nie dotarł. Od samego początku grupę cechowała niemal nie spotykana na gruncie polskiego rocka autorefleksja, pełen ironii, lecz przecież także ciepła i zrozumienia dystans do rzeczywistości, zaś nade wszystko własny sposób na brzmienie, który bynajmniej nie polega na mozolnym wypracowaniu tzw. stylu, aby potem trzymać się go kurczowo i rozpaczliwie, a raczej na otwarciu się na wszystko, co w muzyce całego świata ciekawe i wartościowe. Na słuchaniu, uważnym słuchaniu, by bez potrzeby nie powtarzać tego, co gdzieś już ktoś zagrał, ale wykorzystać to twórczo i koniecznie po swojemu. To nie tylko rock Cała historia zaczęła się w kwietniu 1953r. w Nowym Sączu, kiedy urodził się Wojciech Waglewski. Karierę muzyczną rozpoczął on już pod koniec lat 60-tych jako gitarzysta zespołu Fatum, a później, już jako student socjologii, kontynuował ją w grupach Rh- (gdzie grał ze Zbigniewem Hołdysem), Zen, Nirvana i Bemibem. Z powodzeniem udzielał się także jako gitarzysta sesyjny, biorąc udział w nagraniach takich gwiazd ówczesnej sceny, jak Ewa Bem, Urszula Sipińska, Zbigniew Wodecki czy duet Andrzej i Eliza. W 1979r. trafił do ambitnej, penetrującej muzyczną tradycję wschodu formacji Osjan, potem okazjonalnie współpracował z zachodnioniemieckim nowofalowym zespołem Gaia oraz ze Stanisławem Sojką. Przełomem w jego karierze okazało się powtórne zetknięcie ze Zbigniewem Hołdysem i powrót do rocka przy okazji nagrywania płyty “I Ching”. Sesja ta miała swoje konsekwencje w postaci powołania do życia grupy Morawski Waglewski Nowicki Hołdys (która wydała tylko jedną, ale jakże ważną płytę “Świnie”), a wkrótce potem w 1985r. zespołu Voo Voo. To właśnie w tym krótkotrwałym, pierwotnym składzie, jeszcze z Andrzejem Nowickim (gitara basowa) i Wojciechem Morawskim (perkusja), do których dołączyli Milo Kurtis i Marek Czapelski grupa nagrała swój debiutancki album “Voo Voo”, wypełniony niepokojącą muzyką o ascetycznej melodyce, przed którą na pierwszy plan wysuwało się niezwykłe bogactwo rytmów i nastrojów. Zdaniem wielu zespołowi nigdy później nie udało się nagrać niczego równie fascynującego i oryginalnego. Ale właściwy, stały skład Voo Voo, który przetrwał prawie nie zmieniony aż do dziś zawiązał się dopiero później. Obok Waglewskiego stanowili go dwaj bracia Pospieszalscy: Jan (pełniący obowiązki basisty) i Mateusz (grający na saksofonie) oraz perkusista Andrzej Ryszka. Jedyną zmianą w zespole było zastąpienie tego ostatniego w 1990r. przez Piotra “Stopę” Żyżelewicza, nie licząc oczywiście muzyków, którzy z Voo Voo mniej lub bardziej okazjonalnie współpracowali. Na swych kolejnych płytach, odnowiona personalnie grupa poszła drogą wyznaczoną na debiucie, zadziwiając sugestywnością artystycznej wizji oraz niezwykłą łatwością w kreowaniu pomysłów i brzmień (swoisty koncept-album “Sno-powiązałka”), coraz szerszymi horyzontami muzycznymi, z otwarciem się na folklor różnych krajów i narodów (płyty “Ze środy na czwartek”, “Zaćmienie piątego słońca”, “Łobi jabi”), a jednocześnie coraz wyraźniej słyszanym w muzyce osobistym tonem oraz niezależnym nawet od mody na niezależność widzeniem i słyszeniem świata (album “Zapłacono”). Z pomocą współtworzących Voo Voo muzyków Wojciech Waglewski wypracował formułę przekazu, dzięki której udaje mu się mówić o rzeczywistości i o samym sobie szczerze i mądrze, wykraczając poza stylistyczne ograniczenia i bariery rocka. Słuchając grupy od samego początku miało się wrażenie, że to nie tylko rockandroll, i że chodzi o coś więcej niż tylko wyrażenie buntu i niezgody na ten świat, nawet jeśli nie ma lepszego. Wszystko krótko trwa maćTak dojrzałe, pełne zgoła nierockowego dystansu i samoświadomości podejście do muzyki sprawia, że wydanego właśnie nowego albumu prawie 48-letniego Waglewskiego i jego grupy, zatytułowanego z ujmującą prostotą “Płyta z muzyką”, słucha się nie mniej uważnie i serio niż jego płyt sprzed kilkunastu lat. I zupełnie bez wrażenia, że oto kolejni podstarzali gwiazdorzy odcinają kupony od dawnej popularności, zarabiając na emeryturę.“Płyta z muzyką” nie odbiega w zasadzie charakterem od poprzednich płyt Voo Voo, które przecież także były z muzyką, tylko o tym tak bezpośrednio nie informowały. Mamy tu i obficie dawkowane, zagęszczone, afrykańskie rytmy, i sporo zwięzłych, ale tym bardziej przekonujących i komunikatywnych solówek gitarowych lidera, i próby wzbogacania utworów o elementy muzyki, nie mającej z rockiem wiele wspólnego, w tym wypadku o partie klasycznego kwartetu smyczkowego. Wszystko to jednak zostało spojone w jedną całość, zgrabniej chyba nawet niż na kilku wcześniejszych albumach grupy, którym - dopiero teraz słychać to wyraźnie - brakowało lekkości i bezpretensjonalności tego wydawnictwa. Brak ambitniejszych poszukiwań muzycznych (jak znane z poprzednich płyt elementy hip-hopu czy drum’n’bassu) rekompensowane są tu przez inwencję “tekstotwórczą” Waglewskiego, która olśniewa takimi lirycznymi perełkami rockowej poezji, jak urocza sentencja “Wszystko krótko trwa mać”.Prawdziwą ozdobą płyty są zaś deklamowane przez znanego aktora Jana Peszka, w przerwach między utworami, bajeczki, ułożone przez dzieci chore na porażenie mózgowe, czyli króciutkie utworki utrzymane w nastroju groteski i pełne surrealistycznego humoru. Najbardziej spodobała mi się ta o telefonie do straży pożarnej, który wskutek omyłkowego połączenia odebrał Zorro i po przybyciu na miejsce, chcąc nie chcąc, sam musiał zająć się pożarem. Gdyby tak wszystkie pomyłki, błędy, fałszywe kroki mogły liczyć na równie niebanalny i romantyczny finał. Maciej Woźniak* Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku płytowemu “Swing” w Domu Handlowym TSS na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze