Reklama

Z Ireneuszem Czopem na tropach Melpomeny

Wyjazdy na spektakle od lat są wizytówką Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru. Trasa prowadzi przez różne sceny w teatrach repertuarowych i offowych. Miłośnicy Melpomeny oglądają głośne i mniej znane przedstawienia, rozmawiają z artystami. A ponieważ są wśród nich medycy, nie da się ominąć wizyt w gościnnych Izbach Lekarskich. Niedawny objazd rozpoczął się od Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice, przez Lublin, do Warszawy. W Teatrze Narodowym (Scena przy Wierzbowej) owacje zebrali Ewa Wiśniewska, Jan Englert i Ireneusz Czop w przedstawieniu „Baron Münchausen dla dorosłych” Macieja Wojtyszki.

Ireneusz Czop, absolwent PWSTiFTv (1993), to rodowity płocczanin. Aktor łódzkich teatrów: Nowego, Powszechnego, im. Jaracza. Wielokrotnie nagradzany. Rola Biffa w „Śmierci komiwojażera” w reżyserii Jacka Orłowskiego przyniosła mu nagrodę na 45. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. Za Clinta w „Blasku życia” Gilman w reżyserii Mariusza Grzegorzka otrzymał Grand Prix XLVII KST, a Król Ignacy w spektaklu „Iwona, księżniczka Burgunda” Gombrowicza w reżyserii Agaty Dudy-Gracz zwyciężył w kategorii najlepszy aktor w I edycji Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”. Za tytułowego „Makbeta” w reżyserii Grzegorzka dostał Nagrodę im. Zelwerowicza. Od 2022 roku w zespole Teatru Narodowego zagrał m.in. Hrabiego Kenta w „Królu Learze” obok Jana Englerta (w roli głównej) i Henryka Kramera w „Baronie Münchausenie dla dorosłych”. Po spektaklu „Baron...” zgodził się na rozmowę z Przyjaciółmi Teatru. Opowiadał o płockim dzieciństwie, egzaminach do szkoły aktorskiej, najważniejszych rolach i współpracy z Englertem.

- Pierwsze nasze spotkanie z Janem Englertem było straszne. Przyjechałem bardzo zmęczony. Byłem po spektaklach, po jakichś rzeczach, ledwo na oczy widziałem. Ale Janek też był zmęczony. Nie klei nam się ta gadka. I w końcu mówi do mnie: „Panie Irku, ja słyszałem, że pan jest bardzo dobrym aktorem, ale bardzo trudnym człowiekiem”. „A wie pan, że to samo słyszałem o panu?” – odpowiedziałem. Prysnęły lody. Kilka razy się mijaliśmy. Parę lat temu, kiedy miałem taki pomysł, żeby w ogóle nie grać w teatrze, pan Jan zadzwonił do mnie i mówi: „Chyba cię zastrzelę z colta z biodra. Chcę z tobą zagrać”. Umówiliśmy się na „Barona Münhausena”.

Reklama

Czop urodził się w 1968 roku. Po wygraniu olimpiady z języka polskiego mógł iść do liceum. Za namową mamy wybrał Technikum Elektryczne, by zdobyć zawód. Miał mnóstwo zainteresowań – od sportu (grał w trampkarzach i juniorach młodszych Wisły Płock, rzucał oszczepem, biegał, uprawiał karate, nurkował) do muzyki.

- Robiłem dużo różnych rzeczy. Był też nurt religijny. Najpierw zespół Soli Deo, potem wyhaczył nas gdzieś ks. profesor Seweryniak i założyliśmy u św. Jana zespół Vox Clamantis, który mnie bardzo wykształcił muzycznie. Saksofonista Krzysiek Kralka był tam kierownikiem. Ja grałem na gitarze i śpiewałem. Zjeździliśmy wszystkie Sacrosongi w Polsce. Pojechaliśmy jeszcze do Francji, do zamków nad Loarą – wspominał.

Reklama

O aktorstwie nie myślał. Miał indeks na polonistykę i wybierał się do Lublina na KUL. Chciał zostać encyklopedystą, interesowało go „grzebanie w słowie”.

Do szkoły aktorskiej trafił przypadkiem, dzięki kolegom. Zdał za pierwszym razem, z drugą lokatą.

- Moja babcia Regina z Brwilna zamiast bajek czytała mi Kraszewskiego. Robiła omlety-hamlety i uwielbiała Teatr Telewizji. Powtarzała, że najlepszym aktorem jest Michał Pawlicki. Kiedy wszedłem na egzamin do filmówki, w komisji był Pawlicki. Grałem u niego później w teatrze. Umiał mnie prowadzić.

Reklama

Ireneusz Czop zadebiutował w szkole rolą Młodego Salieriego w „Amadeuszu” Shaffera (reż. Waldemar Zawodziński). Później był Gustawem w „Ślubach panieńskich” Fredry, Zbyszkiem w „Moralności pani Dulskiej” Zapolskiej, Kirkorem w „Balladynie” Słowackiego, Królikiem w „Królik, królik” Serreau, Kleantem w „Skąpcu” Moliera, Wacławem w „Zemście” Fredry. U Macieja Prusa wystąpił w „Komedii omyłek” Szekspira w podwójnej roli bliźniaków. Spektakl otrzymał Złotego Yoricka na Festiwalu Szekspirowskim (2005). Grał w Teatrze offowym „Siódemki” (Myszkin w „Idiocie” Dostojewskiego). Przedstawienie „Obsługiwałem angielskiego króla”, w którym zagrał główną rolę, zostało nagrodzone w Edynburgu.

Bywał bezrobotny. W 2003 roku („po dwóch latach handlu polarami”) pracę zaproponował aktorowi Dejmek.

Reklama

- „Będę robił «Hamleta». Co by pan chciał zagrać?” A ja myślę – to jest jakieś podchwytliwe pytanie, czy co? I tak jadę - Fortynbras, Leartes. Przy Horacym zdobyłem się na komentarz – ciekawe, czy zdrajca, czy przyjaciel? I dostałem tę rolę. Na pytanie, kto mnie uczył, odpowiedziałem, że Michał Pawlicki. „Hmm, najlepszy Hamlet w tym kraju” – stwierdził Dejmek.

Popularność przyniosły Czopowi filmy „Pokłosie” (reż. Wojciech Smarzowski) i „Jack Strong” (reż. Władysław Pasikowski) oraz seriale: „Samo życie”, „Glina”, „Komisarz Alex”, „Rojst”, „Wielka woda”.

Reklama

[paywall]

W 2022 roku zagrał główną rolę w „Broad Peak” Leszka Dawida, opartym na biografii Macieja Berbeki.

- Robiłem „Broad Peak” cztery lata. Niczego nie umiałem. Trudno porównać wchodzenie na Tumy w Płocku z tamtą wspinaczką. Aczkolwiek jak padał deszcz, to żeby do tej jaskini na Skarpie wejść po błocie, to był niezły wyczyn. Najtrudniejsze było spotkanie z rodziną alpinisty. Nagle jestem w prawdziwym domu, z prawdziwymi synami, z prawdziwą żoną, z pamięcią, z emocjami. W jego butach, w jego łóżku, z jego herbatą. Wspinam się z jego przyjaciółmi. Kręciliśmy na wysokości 5 tys. metrów. Te wszystkie przemarznięcia, minus 40, ciężko się oddycha, kolki nerkowe, schodzenie na środkach przeciwbólowych, wypadki. Nie było prosto zmierzyć się z takim kimś, ale jeżeli jest jakaś postać, którą chciałbym, aby została we mnie na zawsze, tak prywatnie, to jest to Maciek Berbeka.

Reklama

W 2019 r. Ireneusz Czop uzyskał stopień doktora habilitowanego sztuk teatralnych. Jest profesorem na Wydziale Aktorskim w Łodzi.

 

„Balladyna” w Osterwie, „Ifigenia...” w Gardzienicach

Na „Balladynę” do Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie jechaliśmy z dużym apetytem, bo teatr otrzymał już wcześniej główną nagrodę 45. Opolskich Konfrontacji Teatralnych „Klasyka Żywa” za „Nad Niemnem. Obrazy z czasów pozytywizmu” w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego.

„Balladyna” Jana Hussakowskiego była nowoczesna od początku do końca, ale nie straciła nic z romantycznego klimatu. Reżyser, zapowiadając dialog z jej kanonicznym odczytaniem, zaproponował ciekawą wizualnie i dobrą aktorsko inscenizację. Siedmiu wykonawców sprawdziło się, odtwarzając po kilka ról. W tytułowej błyszczała Kamila Janik. Podwójną rolę Wdowy – Goplany wykreowała Jolanta Rychłowska. „Balladyna” to jedna z ostatnich premier przed koniecznym remontem zabytkowego gmachu. Jesienią teatr ruszy w objazd, a w nowej sali publiczność będzie mogła zasiąść dopiero za trzy lata.

Reklama

W Lublinie odkrywaliśmy ślady aktorów i towarzystw teatralnych, które na przełomie wieków podróżowały po prowincji, nie omijając Płocka. Wśród nich Zapolska, Solski czy Stanisław Krzesiński. W zespole „Osterwy” gra obecnie Nina Skołuba-Uryga. Ta absolwentka krakowskiej szkoły porzuciła niegdyś Teatr Słowackiego, by zaangażować się do powstającej w Płocku sceny. Zagrała w pierwszym przedstawieniu „Krakowiacy i Górale” w reżyserii Jana Skotnickiego (1975). Uznanie przyniosła jej rola Maud w „Dziewięćdziesiątym trzecim” Stanisławy Przybyszewskiej. Do wielu płockich spektakli choreografię przygotowywał Jan Uryga. Przez nasz teatr prowadziła droga Seweryna Mastyny, dziś aktora w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie. Również sztuka – misterium „Przed sklepem jubilera” Karola Wojtyły w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego, dyrektora płockiej sceny, towarzyszyła uroczystościom przyznania Czesławowi Miłoszowi doktoratu honoris causa KUL.

Co jeszcze łączy sceny lubelskie z Teatrem im. Szaniawskiego? Teatr Osterwy, jak i odwiedzany przez nas „Stary”, to jedne z najstarszych budynków teatralnych w Polsce. „Stary” – u zbiegu ulic Dominikańskiej i Jezuickiej – jest trochę młodszy od Płocka, gdzie scena zawodowa powstała już w 1812 roku. Teatr w Lublinie dał swoje pierwsze przedstawienie w roku 1822. Od 2012 działa jako impresaryjny. Odbywają się tu koncerty, projekcje filmowe, spotkania. Wcześniej niż w Płocku, bo już w 1909 roku, Lublin miał Towarzystwo Przyjaciół Teatru Polskiego „ku obronie poważnej, wartościowej i ważkiej sztuki”. O tym m.in. opowiada wystawa w foyer pn. „Teatr Stary w Lublinie – 200 lat historii”.

Reklama

Będąc w stolicy wschodniej Polski, nie można pominąć otwartej w ubiegłym roku w Muzeum Narodowym ekspozycji „Tamara Łempicka – ponad granicami”, zwłaszcza że Muzeum Mazowieckie w Płocku ma w zbiorach „Martwą naturę” artystki. Pamiątkowe fotografie powstały jednak nie pod grafiką z zielonym bugatti, ale wielkoformatową „Unią Lubelską” Jana Matejki i Kaplicą Trójcy Świętej – cennym zabytkiem sztuki średniowiecznej. Zdjęcia z podróży po współczesnej Toskanii obejrzeliśmy na wernisażu Dariusza Hankiewicza w Izbie Lekarskiej.

Jeszcze przed reaktywowaniem zawodowej sceny Wanda Chrostowska, ówczesny sekretarz PTPT, dziś patronująca ulicy, z trudem mieściła chętnych, którzy chcieli obejrzeć najnowsze przedstawienie w Warszawie niedługo po premierze. Tę tradycję kontynuuje obecny prezes Jarosław Wanecki. Ubiegłe lata to m.in. spektakle w Teatrze Witkacego na Chramcówkach w Zakopanem i spotkanie z Jerzym Trelą z Krakowie. W minionym roku PTPT odwiedziło sceny w Gdańsku i Toruniu.

Reklama

W Gardzienicach byliśmy po raz pierwszy. Maraton teatralny Włodzimierza Staniewskiego: „Ifigenia w A...” Eurypidesa z muzyką Zygmunta Koniecznego oraz „Oratorium Pytyjskie” do tekstów Siedmiu Mędrców, Herodota oraz Wyroczni z Delf z muzyką Mikołaja Blajdy zanurzył widzów w starożytności, przywróconej do życia głosami aktorów, muzyką i znakomitą choreografią. Dodatkowy urok miała po zakończeniu spektaklu wędrówka w mroku przez ogrody Magiczny i Japoński do pałacu, Spichlerza czy Szopy, gdzie czekał nocleg.

- Idzie za mną taki kawałek z „Prób” Montaigne'a, który mówiłem w szkole. „Oto staję się gramatykiem ja, który nigdy nie uczyłem się języka jak jeno z praktyki i który dotąd nie wiem, co jest adiectivum, coniunctivum i ablativus”. Nigdy się nie uczyłem aktorstwa, wydawało mi się, że nie. Do dziś nie wiem, czym to się je, czasami mnie to boli, czasami mnie to śmieszy, ale zostałem aktorem – mówił na pożegnanie Ireneusz Czop.

Reklama

PTPT już planuje kolejne podróże. Niewykluczone, że aż do Szekspirowskiego Stratford nad Avonem.

 

 

Fot. PTPT

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 06/06/2024 13:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości