Mowa o tej reprezentacyjnej, bo w wydaniu klubowym gra się toczy od dawna. I to z udziałem publiczności. W ograniczonej liczbie, ale jednak jest jakaś normalność. Reprezentacja nie grała od wielu miesięcy, a odczucia kibica były takie, jakby minęły całe lata! Ale już grają, tyle że przy pustych trybunach. Trochę to przygnębiające i „doping” podkładany podczas transmisji telewizyjnych tego wrażenia nie jest w stanie zatrzeć. Jakby piosenkarz nieudolnie „śpiewał” z playbacku! Ale jak się nie ma, co się lubi…
Tak czy owak reprezentacja zagrała i był to „miś na skalę naszych możliwości… i to nie jest nasze ostatnie słowo”. Przynajmniej my, wyposzczeni kibice tak to widzimy. W odróżnieniu od znanych komentatorów sportowych, którzy zdają się być „popisami” kadry, osłabionej zresztą brakiem największej gwiazdy, odpoczywającej po spełnieniu największego życiowego marzenia, mocno zdegustowani. I to nawet nie wynikami, bo tu plan minimum został wykonany, co archaicznym stylem gry! Jakby długa przerwa w oglądaniu naszych „artystów futbolu” rzuciła im się na pamięć…
A przecież oglądaliśmy stan normalny rodzimej piłki! Nie jesteśmy i nigdy w historii, poza krótkim okresem „od Górskiego do Piechniczka”, nie byliśmy potęgą w tej dyscyplinie. W finałach mistrzostw świata zagraliśmy raz przed wojną, odpadając po jednym meczu (obowiązywał system pucharowy), a potem czekaliśmy na powtórkę trzydzieści sześć lat! „Cud na Wembley” i kolejne trzy występy finałowe, zwieńczone dwoma medalami, to tylko piękny sen, który, jak do tej pory, już się nie powtórzył. Owszem, grywaliśmy kilka razy w finałach, ale te występy przebiegały według tego samego schematu. Mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor!
I nie ma żadnych przesłanek, by się spodziewać, że ta reguła zostanie w najbliższych latach złamana! Wręcz przeciwnie! Nędza piłki klubowej (czyżby panowie nie oglądali tegorocznych „popisów” naszych ligowców w kwalifikacjach do europejskich pucharów?) gwarantuje, że nic się w tym względzie nie zmieni. A przecież nasze kluby są „nasze” właściwie tylko z nazwy. Składy naszpikowane zagranicznymi „gwiazdami”, kupowanymi masowo na wyprzedaży za marne grosze, wypierającymi z tych składów produkty rodzimej „myśli szkoleniowej”, eksportowane za granicę za równie „oszałamiające” kwoty jak tylko wyjdzie im się parę efektownych kopnięć na ligowych boiskach, gdzie na ogół po kilku występach na boisku zajmują, poza nielicznymi wyjątkami, stałe miejsce na ławkach rezerwowych…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze