Z Michałem Wójcikiem i Marcinem Wójcikiem, twórcami pierwszoligowego
polskiego kabaretu Ani Mru Mru, rozmawia Blanka Stanuszkiewicz – Bardzo zaintrygowaliście płocczan skeczem o czerwonym kapturku. Wielu wciąż się zastanawia, czy pijecie w nim prawdziwy alkohol?
Marcin Wójcik: – Myślę, że trzeba tych osób się zapytać, czy potrafiłyby wypić pół litra wódki we dwóch, w pełnych światłach na scenie, gdzie temperatura dochodzi do 40 stopni Celsjusza, bez „zapojki”.
Michał Wójcik: – To jest drugi numer w programie, więc przy czwartym skeczu dykcyjnie wypadlibyśmy bardzo słabo. Ale pewnie byłoby wesoło.
Marcin Wójcik: – Nie próbowaliśmy tego nigdy zrobić z dbałości o publiczność. Stąd w butelce była woda.
– Pewnie wszyscy o to pytają, jednak i ja muszę...
Marcin Wójcik:- ... nie jesteśmy braćmi...
Michał Wójcik: – ... nazwa kabaretu wzięła się ze słownika...
–... chodzi mi o pomysły na skecze o Małyszu, hipermarkecie, czy zupie chińskiej.
Marcin Wójcik: – Te skecze kupiłem od pani Heleny Kraśko...
Michał Wójcik: – A nie od Wondraczkowej???
Marcin Wójcik: Helena Kraśko, ludowa poetka spod Krasnegostawu pisze nam te skecze i to nie jest żadna tajemnica.
– Jesteście na fali. Ludzie w całej Polsce chcą was wciąż oglądać bez względu na to czy występujecie w Płocku, Mławie, czy Warszawie.
Marcin Wójcik: – W ubiegłym roku zagraliśmy 311 razy. Obecnie gramy 16 dni w miesiącu, po dwa koncerty dziennie.
– Nie męczy was takie życie „na wysokich obrotach”?
Marcin Wójcik: – Lubimy to, co robimy. Każdy występ daje nam „kopa emocjonalnego”, przez co nie czujemy zmęczenia. Ale za to męczące są próby dźwiękowe po przejechaniu 450 km, podróżowanie, życie według ustalonego rytmu, obiad o 23.00 albo o 2.00 w nocy. Ale to jest nasza praca. Jeśli ktoś kopie doły pod kable telefoniczne to pewnie bardziej się męczy.
– W którym momencie poczuliście, że odnieśliście sukces?
Marcin Wójcik: – Pojechaliśmy na pierwszy festiwal do Gdańska, a tydzień później graliśmy już na scenie ze Stanisławem Tymem, a potem z innymi znanymi kabaretami w Polsce. Zaczęliśmy pojawiać się w telewizji. Braliśmy udział w Kabaretonie z Irkiem Krosnym, Kabaretem Moralnego Niepokoju, z Grzesiem Halamą, czy z Jerzym Kryszakiem. Dla mnie to są gwiazdy, a my jesteśmy obok tego. Oglądałem przecież tych ludzi w telewizji jako zwykły widz, kiedy jeszcze nie byłem kabareciarzem. Z drugiej strony odczuwam, że publiczność odbiera nas jako pierwszoligowy kabaret.
– Ten fakt z pewnością ma odzwierciedlenie w życiu codziennym.
Michał Wójcik: – Ludzie traktują nas jak dobrych znajomych. Jednak rzadko kiedy korzystamy z tego, że jesteśmy rozpoznawalni. Owszem, to jest miłe. Zdarza się, że możemy coś załatwić bez kolejki w urzędzie. Głupio jednak z tego korzystać. Jesteśmy normalnymi ludźmi, których od czasu do czasu pokazuje telewizja.
– Pewnie pokutuje też przeświadczenie, że skoro robicie świetny kabaret, to zawsze musicie być w dobrym nastroju?
Michał Wójcik: – To prawda. Ludzie myślą, że w życiu prywatnym jesteśmy tacy sami jak na scenie. Zaczepiają na ulicy i mówią: „a pan powie coś śmiesznego”. Marcin wtedy odpowiada, że teraz jesteśmy poza sceną. I co wtedy? Zaczepiający stwierdza, że w takim wypadku to on nam opowie kawał.
– Jacy jesteście w życiu prywatnym?
Marcin Wójcik: – W życiu prywatnym czasami wariujemy gorzej niż na scenie. Nie potrafimy sobie pewnych rzeczy odmówić.
– Na przykład czego?
Marcin Wójcik: – Po koncercie wychodzimy poznać miasto, w którym występujemy, poznajemy też jego mieszkańców. Staramy się żyć normalnie.
– Jakie macie wyuczone zawody?
Michał Wójcik: – Jestem monterem urządzeń telekomunikacyjnych.
Marcin Wójcik: – A ja panem od fikołków, czyli nauczycielem w-f-u.
– Kiedy zauważyliście, że bawicie ludzi, i że warto coś w tym kierunku robić?
Michał Wójcik: – Nie myślałem od razu o kabarecie. Wcześniej występowałem w teatrze Scena Ruchu. Posiadłem umiejętności pantomimy klasycznej. Potem poznałem Marcina i on wciągnął mnie do kabaretu.
Marcin Wójcik: – Ja go nie wciągałem. Sam się wepchnął.
Michał Wójcik: – Musiałem go trochę przekupić.
Marcin Wójcik: – Przyszedł i powiedział, że chciałby zagrać w kabarecie, bo nie ma kasy. Wziąłem go. Został... i dalej nie ma kasy.
– Tak słabo zarabiają pierwszoligowi kabareciarze?
Marcin Wójcik: – To zależy jaki styl życia się prowadzi...
– To w jakim sensie możecie sobie poszaleć w życiu?
Marcin Wójcik: – W każdym!
– To tylko pozazdrościć. A jakie macie zainteresowania pozasceniczne?
Marcin Wójcik: – Interesuję się płcią przeciwną, choć w ograniczonej formie, bo jestem żonaty.
Michał Wójcik: – Naszą pasją jest również golf...
Marcin Wójcik: – Michał przychodzi w golfie. Zdejmuje go. Siadamy sobie i oglądamy go i mówimy: „aaaale golf, jaaaakie ma ściągaaacze”
– Podobno uwielbiacie też bankiety?
Marcin Wójcik:- Miło wspominamy bankiet sprzed dwóch lat. Po Koszalińskiej Nocy Kabaretowej, kiedy atmosfera się mocno rozluźniła, wszyscy kąpaliśmy się w sadzawce.
Michał Wójcik: -To było ozdobne oczko wodne przy hotelu. Wszyscy wskakiwali tam po kolei. W newralgicznym momencie w oczku stało ok. 30 osób.
– W Płocku nikt nie przygotował dla was bankietu?
Marcin Wójcik: – Zimno jest trochę na oczko wodne, ale postaramy się inaczej pobawić.
– Znacie Płock?
Marcin Wójcik: – Oczywiście, że znamy. W Płocku jest zoo, pierwszoligowy zespół piłki, Ireneusz Jeleń – jeden z najlepszych snajperów w Polsce. Latem graliśmy w bardzo ładnym amfiteatrze. Obok palił się wtedy budynek. Macie dużo wozów strażackich. Mógłbym o Płocku gadać tak jeszcze godzinami.
– Obserwujemy w Polsce zjawisko dość silnej kabaretowej polskiej fali.
Marcin Wójcik – To zasługa mediów, które zaczęły kabarety reklamować. Wielu ludzi w Polsce pomyślało, że można się tym zająć. W tej chwili na festiwal kabaretów Paka w Krakowie zgłosiło się 98 grup. W 2000 roku, gdy zaczynaliśmy, było ich 28. Większość z nich jest mało profesjonalna i nie śmieszy. Nad tym ubolewamy, bo konkurencja motywuje do pracy. Choć zaznaczamy, że są takie, które obydwaj podziwiamy.
– Bawicie do łez ludzi, a jaki kabaret was śmieszy?
Marcin Wójcik: – Dawniej słuchałem na magnetofonie kasetowym, przyniesionym od znajomego taty, nagrywanych z rękawa podczas występów kabaretu Tey, czy Smolenia. Potem miałem przerwę w śledzeniu kabaretów. A potem pojawił się kabaret „Potem”, „Moralny Niepokój”, „Mumio”.
– Śmieszy was humor angielski?
Michał Wójcik: – Monthy Pyton jest ok., Jaś Fasola czasami i nieco mniej Benny Hill. Jednak nie wzorujemy się na nikim. Wyrabiamy sobie własne poczucie humoru, kreujemy swój własny wizerunek.
– To już się wam w 100% udało. Nie obawiacie się, że inni zaczną wasze numery powielać lub wzorować się na nich?
Marcin Wójcik: – Cały czas dostaję e-maile z pytaniami, czy kabaret szkolny może pokazać nasze skecze na studniówce itp. To jest zła droga i zawsze staramy się to tłumaczyć. Jeśli ktoś chce zając się kabaretem, to musi być autentyczny na scenie i musi sprzedać siebie, a nie naśladować innych.
– To może jest cena waszej sławy?
Michał Wójcik: – O tak, my generalnie robimy to dla pieniędzy i dla sławy...
Marcin Wójcik: –... Przybylskiej oczywiście.
Michał Wójcik: – To na pewno jej wina!
– Dziękuję bardzo za rozmowę.
Fot. DarO
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze