W ubiegłym tygodniu na oddziałach szpitala wojewódzkiego na Winiarach pracowali jedynie ordynatorzy, lekarze dyżurni i lekarze wspomagający. Przyjmowali tylko nagłe przypadki. Nie wypisywali też zwolnień lekarskich i nie dostarczali dokumentacji dla administracji szpitala. Pozostali lekarze codziennie podpisywali listy i opuszczali miejsce pracy. We wtorek niestrajkujący lekarze m.in. ze szpitala Świętej Trójcy solidaryzowali się z protestem kolegów po fachu i wzięli urlop na żądanie. Jednak w tym tygodniu może być znacznie gorzej. Ponad 100 lekarzy deklarowało, że jeśli nie będzie porozumienia z rządem, przyjdą do szpitala, ale tylko po to, by zostawić wymówienie z pracy. Strajk trwa. Nastroje w szpitalu na Winiarach są spokojne, aczkolwiek napięte. Strajk odbywa się w zgodnie z przepisami o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Pacjenci nieco się denerwują, ale wszyscy wciąż mogą liczyć na pomoc medyczną. – Skoro nie ma reakcji rządu, forma się zaostrza, ale to nie jest strajk wymierzony przeciwko pacjentom – podkreśla Ryszard Mondziel, z płockiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. W pierwszej fazie strajku na oddziałach obecni byli wszyscy lekarze w pełnej obsadzie, ale nie wykonywali zabiegów planowanych, a zajmowali się jedynie nagłymi przypadkami. W ubiegłym tygodniu lekarze uchwalili, że na oddziałach pracować będzie trójka lekarzy. Zdarzało się jednak, że ci którzy mieli iść do domu, zostawali przy pacjentach. – Nie chcemy zrobić też krzywdy sobie przez to, że nie udzielimy komuś pomocy – mówi lekarz Paweł Sobieski, szef płockiej Izby Lekarskiej. Anna Stefańska, od dwóch tygodni pacjentka szpitala, nie odczuła żadnych ubocznych skutków strajku. – Codziennie są obchody oddziałów. Jest też opieka pielęgniarska – relacjonuje. Jak zwykle tłoczno jest za to na szpitalnej urazówce. Jan Nowakowski kolejną godzinę czeka na zmianę gipsu. – Może i wywalczą sobie podwyżki, ale zwykły człowiek i tak będzie musiał leczyć się prywatnie, bo miesiącami trzeba czekać na wizytę w poradni u specjalisty, więc zanim się do niego dostanie to i choroba się pogłębi – nie kryje frustracji. Inni tylko przytakują. Już wkrótce jednak możemy nie mieć po co przychodzić do poradni. Jeśli strajk lekarzy będzie się rozwijał, a to środowisko zawodowe nadal będzie się solidaryzować, to na biurko dyrektora grupowo spłyną wypowiedzenia z pracy. W płockim szpitalu wojewódzkim zapowiedziało formę takiego protestu ponad stu lekarzy. – W prowadzonych przez nas sondażach zadeklarowało się tak 72% wszystkich lekarzy. Ilu dotrzyma słowa, okaże się w najbliższych dniach – mówi Ryszard Mondziel. Co wtedy będzie? Kto nas wyleczy albo uratuje życie? Tylko gabinety prywatne? Niezadowolony pacjent z kwitkiem Dyrektor szpitala Stanisław Kwiatkowski przekonuje, że wszystkim potrzebującym udzielona będzie pomoc medyczna. – Choć pracujemy jak na ostrym dyżurze, obecna sytuacja także jest pod kontrolą. Zdarzają się jednak skargi niezadowolonych pacjentów – tłumaczy. Dotyczą one głównie nie wystawiania przez lekarzy zwolnień chorobowych, potrzebnych do uzyskania świadczeń w ZUS-ie, który już odsyła ludzi z kwitkiem. – Nie możemy łamać przepisów. Świadczenia chorobowe wydawane są tylko z chwilą przedłożenia druków ZUS ZLA stwierdzających czasową niezdolność do pracy – dowiedzieliśmy się w płockim oddziale ZUS-u. Lekarze nie boją się zwolnień ze szpitala. Praca na pewno się znajdzie. Część specjalistów wyjedzie za granicę. Medycy przekonują też, że jeśli zwolnią się ze szpitala, to chorzy i tak znajdą do nich drogę. – Będzie tak, jak na początku. Chory wiedział, gdzie szukać osoby, która go wyleczy. To nie strajkujący lekarze są zagrożeniem dla zdrowia Polaków, ale zły system służby zdrowia – zaznacza Ryszard Mondziel. – Nie chcemy układu, że aby być zdrowym trzeba być bogatym. Domagamy się nowoczesnego leczenia, kultury pracy i komfortu pacjenta – przekonują związkowcy z Płocka. „Zatyrany” płocki lekarz Dlaczego w Płocku lekarzom jest ciężko? Bo 10-15 lat temu rocznie Szpital Wojewódzki na Winiarach przyjmował 20 tys. osób. Obecnie jest ich 60 tys.! Więcej osób trafia nie tylko na oddziały, ale też do poradni specjalistów udzielających porad. Zwiększył się też stan liczbowy lekarzy. Wielu nadal pracuje, choćby na 1/2 etatu, bo nie może wyżyć z emerytury. Żeby jakoś żyć, lekarze muszą brać dyżury. Im kto jest młodszy, tym bierze ich więcej. Są rekordziści, którzy dyżurują i po trzy tygodnie. Nie każdy lekarz może otworzyć prywatną praktykę, ale prawie każdy z jednej pracy musi iść do drugiej, a czasem i do trzeciej i to wszystko jednego dnia. – Rezydent, stażysta czy etatowiec mają niskie wynagrodzenia. Mamy też trudny dostęp do specjalizacji. Do tego wymagane jest ciągłe kształcenie się, gotowość, wiedza na temat nowości i zmian. Szkolenia zwłaszcza w wąskich specjalizacjach są płatne. A do tego lekarz pomimo dyżurów musi być wypoczęty, żeby leczyć ludzi. A kiedy tu odpocząć? – pytają strajkujący. Nie bez przyczyny umieralność lekarzy jest wysoka. Chirurdzy często nie przekraczają 60 roku życia. – Domagamy się tylko tego, co obiecywał PiS w programie wyborczym. Wzrostu nakładu do 6 % PKB. 1 mld złotych na podniesienie płac lekarzom. Obiecanych kart czipowych, inwestowanie w nowy sprzęt i dostępności usług dla pacjentów. Chcemy uzdrowić służbę zdrowia, ale od głowy a nie od paznokcia, a taki pomysł ma obecny rząd – zaznacza szef płockiego oddziału OZZL. Wciąż ma nadzieję, że uda się znaleźć drogę porozumienia z rządem, wtedy być może i płocczanie nie znajdą w szpitalu pustych sal zabiegowych, operacyjnych, czy też gabinetów lekarskich. BeeS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze