Reklama

Nie brakuje tylko miłości

05/12/2013 09:40
Do redakcji przyszedł anonimowy list. Zwykle nie zajmujemy się takimi przesyłkami, ale ta była inna, dotyczyła bowiem konkretnej osoby. Nadawca napisał: „Nie wiem, gdzie zwrócić się o pomoc dla kobiety samotnie wychowującej dwoje dzieci, odrzuconej przez jej matkę i brata. Wegetuje ona z dziećmi na 16 m kw., bez wody, centralnego ogrzewania, bez łazienki. Mieszkanie jest sypialnią, miejscem do odpoczynku i nauki, także kuchnią, łazienką, ogrzewane »kozą«”.
Niewielka wieś w gminie Bodzanów. Dojeżdżamy, z daleka widzimy panią M. stojącą przed wiejskim domem. Wprowadza nas do swojej części budynku. Drzwi ledwo trzymają się zawiasów, szpary takie, że kot może się prześlizgnąć. Za drzwiami jedno pomieszczenie, które rzeczywiście spełnia funkcję przedpokoju, salonu, sypialni dla matki i dzieci, łazienki i kuchni.
W środku łóżko piętrowe dzieci, „koza” do ogrzewania całego pomieszczenia, biurko, regał z zabawkami i nowiutka pralka stojąca pod ścianą. – Dostałam ją od dziadków mojej córki, ale niestety z niej nie korzystam, bo nie mam podłączonej wody – tłumaczy pani M. – Dzieci załatwiają się do wiaderka, przynoszę wodę ze studni, za wannę służy mi miska.
Po pierwszych wyjaśnieniach pani M. rozpoczyna swoją opowieść.
– Chyba wszystko zaczęło się od powrotu mojej matki ze szpitala. Zachorowała na raka, a kiedy wróciła do domu, wszystko jej przeszkadzało, a głównie moje dzieci. Sama wychowuję dwójkę, partner odszedł, ale to było dobre rozwiązanie, bo pił i zdarzało mu się „poszarpać” syna. Wcześniej zajmowałam pokój i kuchnię, ale w sierpniu wyjechałam z dziećmi do kuzynki. Kiedy wróciłam, moje rzeczy były przeniesione do tego pomieszczenia. Mama nie może się pogodzić, że nie mam męża, że sama wychowuję dzieci.
Mieszkają na wsi, mają spore gospodarstwo, ale przed laty, gdy bratu groziło pójście do wojska, rodzice przepisali cały majątek na niego. Pani M., wtedy 16-letnia, musiała się zrzec wszelkich praw, nie została uwzględniona w testamencie, nie dostała po ojcu nic, tylko ten kąt w rodzinnym domu. – Brat jest właścicielem, ja mam siedzieć cicho, żeby im nie podpaść – wyjaśnia.
Dzieci codziennie odprowadza 2 km do szkoły, pieszo, po drodze robi zakupy. – Opiekuję się dziećmi cały czas, matka zapowiedziała mi, że jak je zostawię choćby na chwilę, to wezwie opiekę społeczną, i mi zabiorą syna i córkę – mówi. To jest także powód, dla którego kobieta nie może iść do pracy. Co prawda, trudno znaleźć jakieś zatrudnienie w okolicy, ale i tak ona ma wolny czas tylko wtedy, gdy dzieci są w szkole.
Żyje z 700 zł z funduszu alimentacyjnego. To nie wystarcza na zapłacenie rachunków i kupienie jedzenia. Pomaga jej dalsza rodzina, czasem pożyczy jakieś pieniądze, ale tak się nie da żyć, bo dług trzeba oddać. – Cała wieś zna moją sytuację, ale chociaż ludzie traktują mnie życzliwie, nawet wybrali mnie sołtysem, to nikt nie potrafi mi pomóc, nikt nie da kąta do mieszkania ani pracy, by było za co żyć – mówi. – Pomagają mi, jak mogą, czasem od sąsiadów dostanę ubrania, nawet proponują pożyczkę, ale przecież potem trzeba oddać. Wolę nie brać. Jako sołtys ma obowiązki. Zbiera podatki, roznosi zawiadomienia, ma klucz od świetlicy. Próbowała walczyć o remont drogi dojazdowej do wsi, ale to droga powiatowa, więc nic jej się nie udało załatwić.
Pani M. nie ma wielkich marzeń.
– Chciałabym tylko normalnie żyć. Nie oczekuję, że wszystko dostanę, że pójdę na gotowe. Mogę ciężko pracować, byle tylko poprawić swoje życie, żebym nie musiała czuć się ubezwłasnowolniona, uzależniona od innych, żebym sama mogła decydować o sobie i dzieciach, płacić swoje zobowiązania i móc powiedzieć, co myślę. Nie czekam na pomoc, sama robię wszystko, żeby i mnie, i dzieciom było łatwiej. Nie jest to proste, ale ja się nie boję problemów, całe życie staram się je rozwiązywać.
Teraz czeka ją pierwsza zima w nowym „mieszkaniu”, do którego wchodzi się jak do komórki. Drzwi uszczelniono szmatami, żeby wiatr nie nawiewał śmieci, brakuje nawet progu. – Ja sama tego nie zrobię, muszę płacić za wszystko, więc rezygnuję z takiego luksusu jak ciepło – dodaje. – Na szczęście to mała klitka, jak napalę w piecu, to może jakoś wytrzymamy. Boję się zimy, bo możemy jej nie przetrwać.
Takich rodzin, żyjących w trudnych warunkach, jest na pewno bardzo dużo, w każdej gminie, powiecie, w mieście. Ale rzadko spotyka się twardą, odważną młodą kobietę, która nie mówi, że jej się należy, nie czeka na pomoc i sama próbuje zrobić wszystko, by normalnie żyć. Ale ze wszystkimi trudnościami sobie nie poradzi. Nie jest w stanie zdobyć choćby przenośnej toalety, która rozwiązałaby sanitarne problemy, nie podłączy wody, zresztą brat i tak zapowiedział, że od razu odłączy.
Żadnej pracy się nie boi, jest silna i może robić wszystko. Chce sama zapracować na swoje wydatki. Teraz marzą jej się normalne święta, z choinką i prezentami dla dzieci. – Syn w tym roku miał komunię, dostał prezenty od rodziny, ale potem, jak rozeszły się moje drogi z matką, musiał je oddać. To było dla niego koszmarne przeżycie – wspomina.
Pani M. bardzo kocha swoje dzieci, a one odwzajemniają się jej miłością. Dodają siły, wiary w lepszą przyszłość, kiedy się przytulą, opowiadają o szkole i przyjaciołach, pomagają zapomnieć o kłopotach. Pani M. potrzebuje pilnie pomocy, kąta dla siebie i dzieci oraz pracy, żeby mieli z czego żyć. Cała trójka ma nadzieję, że są jeszcze dobrzy ludzie na świecie, którzy zechcą im zastąpić rodzinę, oni potrafią się odwdzięczyć.     Jola Marciniak
fot. J. Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości