Reklama

Misjonarz z Borkowa Kościelnego na Wybrzeżu Kości Słoniowej - Afryka nie jest da

26/04/2001 12:22
Aby zostać misjonarzem trzeba zaprzeć się samego siebie, przyzwyczaić do samotności i przede wszystkim mieć zdrowie, aby prowadzić misję. Gdy pierwszy raz zachoruje się na malarię, to ma się wszystkiego dosyć. Wtedy jest największa ochota na powrót w rodzinne strony.Ksiądz Tomasz Szablewski, w pierwszym roku pobytu na Wybrzeżu Kości Słoniowej chorował osiem razy. Jednak postanowił zostać. Od trzynastu lat prowadzi dwie misje Bian Kouma i Sipilou w diecezji Man, na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Zanim ksiądz Tomasz Szablewski (absolwent Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku) wyjechał na Wybrzeże Kości Słoniowej, był proboszczem w kilku parafiach na terenie Diecezji Płockiej oraz w parafii Płoniawy, Goworowo na Kurpiach. Bezpośrednio przed wyjazdem do diecezji Man w Afryce był dwa i pół roku proboszczem w Duninowie. Początkowo przebywał z dwoma czarnymi księżmi. W 1991 roku otrzymał samodzielną placówkę. Wkrótce dojechał tu kolejny polski misjonarz z diecezji kieleckiej, z którym wspólnie pracowali przez dwa i pół roku. Potem tamten przeniósł się do innej samodzielnej placówki a ssiądz Tomasz został sam. Po dwóch latach przyjechał nowy, czarny ksiądz, ale żaden nie zostawał dłużej. Co jakiś czas do misji przychodził, zaraz po święceniach ktoś nowy i odchodził. Trochę jak Bieszczady Położone na wzgórzach miasteczko, w którym znajdowała się misja, przypominało je z uwagi na podobne ukształtowanie terenu. I właściwie na tym podobieństwo kończyło się. – Nie ma domów piętrowych. Najliczniejsze są typowe murzyńskie chaty, niektóre tylko murowane i kryte blachą. Podstawowym surowcem do budowy jest glina – powiedział ksiądz Tomasz Szablewski. Przyjeżdżających tu po raz pierwszy szokuje i zaskakuje wszystko. Pierwsza sprawa to szok kulturowy. Zupełna odmienność. Dla mieszkańców nie istnieje pojęcie czasu. Godzina ósma, dziesiąta czy jedenasta – to nie ma to znaczenia. – Ci ludzie nigdzie nie spieszą się. Ich życiem kieruje słońce. Wstają niezbyt wcześnie, spokojnie zjadają posiłek i dopiero ustalają sobie plan dnia. Przybyszów witają z niezwykłą gościnnością. Mogą być pewni, że dostaną posiłek i jeżeli zajdzie taka potrzeba nocleg. Księdza Tomasza także zaskoczyło to zupełnie inne życie. Pierwsi misjonarze dotarli w rejon diecezji Man przed trzydziestu pięciu laty. Ksiądz Tomasz Szablewski objął misję Bian Kouma, utworzoną przez Francuzów. Misja ta do tej pory jest jedną z najtrudniejszych w całej diecezji. Wynika to z faktu, że w plemieniu Jacooba ewangelizacja dopiero od niedawna jest prowadzona. Inaczej sytuacja wygląda w misjach bardziej wysuniętych na południe, gdzie misjonarze dotarli znacznie wcześniej. Jednak zarówno Bian Kouma, jak i druga misja Sipilou są położone na północy wybrzeża. Jest to region, gdzie stykają się chrześcijaństwo, islam i religie animistyczne. Rdzenni mieszkańcy wiosek uważają, że wiara chrześcijańska ich uszlachetnia, nobilituje. – Chociaż ma dla nich bardzo trudne wymogi. Ci mieszkańcy są poligamistami. Zatem chociażby z tego względu łatwiej być muzułmaninem. Być chrześcijaninem, znaczy trzeba mieć jedną żonę. Mimo wszystko jednak decydują się być chrześcijanami. I chcą dźwigać trudy życia chrześcijańskiego – powiedział ksiądz Tomasz. Początek ewangelizacji, podobnie jak i tworzenie misji nie dzieje się od razu. W Afryce nie chrzci się małych dzieci, tylko osoby dorosłe, które dobrze poznają zasady wiary chrześcijańskiej. Po każdym roku, osoba która chce przyjąć chrzest, musi zdać egzamin z tego, co się nauczyła. – Najważniejsze jest jednak, by żyła według zasad wiary. I cała wspólnota kontroluje, obserwuje, czy dana osoba żyje po chrześcijańsku. W wielu przypadkach bywa tak, że mnie wydaje się, iż dana osoba może być ochrzczona. Ale decydujący wpływ ma wspólnota. Ja mówię, że powinienem ochrzcić. A wspólnota, że nie. Pytam dlaczego? I co słyszę, że dana kobieta jest kłótliwa. Jeśli zmieni się, dopiero może być ochrzczona. Wiara osób nowo ochrzczonych jest wielka, oddaliby za nią życie, pomimo, że wielokrotnie z powodu chrześcijanizmu są wyśmiewani. Być chrześcijaninem w pogańskiej rodzinie, to jest naprawdę wielkie wyrzeczenie. Czasem bywa tak, że ojciec jest poganinem lub muzułmaninem. Jeżeli dzieci decydują się przyjąć wiarę chrześcijańską, to niejednokrotnie muszą opuścić rodzinny dom. Nie mogą liczyć na pomoc rodziny – powiedział ksiądz Tomasz. Chociaż bywa również tak, że w jednej rodzinie wspólnie żyją i mieszkają protestant, muzułmanin, chrześcijanin. Dzień misjonarza Zaczyna się bardzo wcześnie i kończy późnym wieczorem. Misjonarz musi dojechać do oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów wiosek, znajdujących się w buszu. Początek nie zawsze jest łatwy. Trzeba przełamać wiele barier. Obowiązuje jedna zasada. Misjonarz odwiedza mieszkańców danej wioski tylko na ich zaproszenie. Jeżeli chcą go zaprosić, muszą uzyskać pozwolenie od szefa wioski. Po przyjeździe, właśnie od powitania z nim misjonarz najpierw zaczyna spotkanie. Do niego kieruje swoje pierwsze kroki i prowadzi rozmowę, pozwalającą ustalić sposób pracy z mieszkańcami. Po uzgodnieniu wszystkich spraw można przystąpić do tworzenia wspólnoty chrześcijańskiej. Spośród mieszkańców wyznaczona jest osoba odpowiedzialna za jej kształtowanie. Zazwyczaj jest to ktoś dobrze znający język francuski oraz język plemienny. Obowiązkowo musi pochodzić z danej wioski i być żonaty, posiadać także ziemię. To gwarantuje, że taki człowiek nie będzie przenosił się do innej wioski. Tylko ktoś, kto spełnia wszystkie te warunki, może cieszyć się zaufaniem mieszkańców. Pełni on funkcję katechisty, zastępcy misjonarza na danym terenie. – Wtedy zaczynamy kształcenie. Kilka razy w ciągu roku mamy zjazdy. Bywa i tak, że na takie wspólnotowe spotkania przybywają, na piechotę, mieszkańcy z wiosek odległych o sześćdziesiąt kilometrów. Przez tydzień są na misji – powiedział ksiądz Tomasz Szablewski. Podczas pobytu na misji uczą się. Początek stanowi przekaz wiary chrześcijańskiej. Obecnie w obu misjach prowadzonych przez księdza Tomasz jest około sześćdziesięciu tysięcy chrześcijan. Inaczej pierwszy kontakt wygląda w przypadku istniejących już wspólnot chrześcijańskich. – Fakt, że znam się już z mieszkańcami jest bardzo ważny. Wtedy jadę jak do swoich. Jest tam zazwyczaj kaplica. Mieszkańcy są w jakiś sposób zorganizowani, jest szef wspólnoty, katechista. W czasie spotkania omawiamy różne sprawy, ewentualne problemy dotyczące życia wspólnoty i staramy się rozwiązać je – powiedział ksiądz Szablewski. Ksiądz Tomasz, podobnie jak i inni misjonarze musi sam zadbać o swoje utrzymanie. Zarabia w parafiach polskich, francuskich, gdzie zastępuje proboszcza. Bardzo duży wkład, jeżeli chodzi o utrzymanie misji, mają ludzie z Polski, którzy przekazują ofiary pieniężne. Część środków m.in. opiekę lekarską gwarantuje zawarty kontrakt. Dużo pochłaniają wydatki na objechanie misji, której obszar ma sto pięćdziesiąt na czterdzieści kilometrów. Trzeba uważać z wydatkami na jedzenie. Bywa tak, że trzeba wybierać pomiędzy kupieniem np. bardzo drogiej szynki, a zakupem na paliwo. – Jeśli zdecyduję się na zakup szynki, to już nie pojadę do wioski, bo nie starczy mi na paliwo. Przez kilka tygodni karmili nas mieszkańcy, ale nasz organizm nie był przyzwyczajony do tego rodzaju kuchni, w której głównym składnikiem jest ostra papryka. Poza tym dla mieszkańców te było to duże obciążenie. Są to biedni ludzie, utrzymujący się z upraw kawy. Każdy ma mniejszą lub większa plantację, ale zyski nie są wielkie. Teraz ceny kawy i kakao są w Afryce bardzo niskie. Ludzie mają problemy z utrzymaniem rodzin. Dzieci nie chodzą do szkoły, bo trzeba za nią płacić, nawet jeśli szkoła jest państwowa. A rodziny są najczęściej wielodzietne. – powiedział ksiądz Szablewski. Najgorszy okres jest od lutego do kwietnia. Nie ma wtedy ani kawy, ani kakao, a mieszkańcy żywią się dosłownie byle czym. Korzonki, sos z liści stanowią całodzienny posiłek. Dodatkowej pracy nie mogą znaleźć także w najbliższym, oddalonym o czterdzieści kilometrów mieście. Nie ma migracji do miasta, bo to niczego nie zmieni. Ciężko jest także z opieką medyczną. Są uzdrawiacze, którzy przyjeżdżają do wiosek. Okazało się, że problem z uzyskaniem pomocy lekarskiej może zaistnieć nawet w sytuacji, gdy jest szpital. Przez cztery miesiące nie było w nim wody. Jeśli u kogoś zachodziła potrzeba operacji, to jeszcze przed jej wykonaniem trzeba zapłacić za leki. Na to stać nielicznych. Wszyscy rodzimi lekarze nie chcą pracować na prowincji, tylko w wielkich miastach. Jeśli już przyjeżdżają, to zostają bardzo krótko, przez miesiąc. Mieszkańcy mogą liczyć tylko na pomoc pielęgniarzy. Obecnie ksiądz Tomasz przebywa w Polsce. Zarabiał na swoją misję w Afryce podczas wielkopostnych rekolekcji. W najbliższym czasie planuje wyjazd do Belgii. Po ustabilizowaniu się sytuacji politycznej w Afryce nie wyklucza powrotu do diecezji Man. rad Fot. D. Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości