Pytanie: po co żyjemy – choć urzędowo przypisane filozofom i teologom, aby nie zanudzać i nie zamęczać nim prostego, skołowanego codziennością człowieka – ma tę niewygodną właściwość, że im dłużej odsuwane, omijane boczkiem, podkopywane pod łóżko, tym bardziej złośliwie i natrętnie potrafi powracać, w dodatku w najmniej odpowiednim momencie, kiedyśmy już całkiem, z ulgą na twarzy, z papierosem w kąciku ust i z nogami na biurku, o nim zapomnieli.Najgorzej, gdy wszystko idzie zbyt dobrze. Kiedy pożyczki spłacone, auto zmienione na lepsze, dzieci z grubsza odchowane, więc wydawać by się mogło, że nic, tylko wreszcie wyjść na prostą, wziąć głębszy oddech, zakosztować ciężko wypracowanych uroków żywota. I wtedy – złośliwie właśnie wtedy, w nowym mieszkaniu albo w wymarzonym domu pod miastem, w lśniącym chromowanymi zderzakami samochodzie, przed uśmiechniętym na 28 cali ekranem telewizora – ktoś puka w drewniane drzwi w naszej głowie, zmęczonym głosem pytając: no i po co to wszystko? Po co stylowe meble w salonie, lśniące niczym gabinet luster kafelki w łazience, barek pełen alkoholi z najlepszymi metkami, a wokół domu miękkie dywany trawników – skoro nic z tego już nie cieszy, nic nie daje obiecywanej solennie satysfakcji i przyrzeczonej wiary w sens długich lat ciężkiej pracy i codziennych wyrzeczeń. Widoki na przyszłość zdążyły skryć się za ciężkimi chmurami żalu i zniechęcenia, zaś po pokojach snują się otępiałe zjawy, duchy dawnych uczuć, nadziei i marzeń. Pytanie: po co żyjemy zmienia nagle adres zamieszkania. Wyłazi z zakurzonych tomów na półkach, wymyka się z nudnych kazań w kościołach i wykładów na uniwersytetach. Bezczelnie wprowadza się do mieszkania, rozkłada na wersalce, przesiaduje w kuchni, bawi się pilotem do telewizora, podkrada piwo z lodówki, a w łazience patrzy nam prosto w oczy z lustra nad umywalką. Cóż z tego, że uśmiech na twarzy, papieros w ustach, a nogi na biurku, jeśli ręka, wstyd przyznać, w nocniku. Sfery wyższe, ale kłopoty te same Coś musi być na rzeczy, skoro nawet na płytach uznanych – niesionych wiatrem sukcesu prosto na wyspy szczęśliwe pieniędzy i sławy – gwiazd rodzimej piosenki, pełno tak gorzkich słów, upartego żalu i ponurych przeczuć. Z plotkarskich gazet dowiadujemy się co prawda, że chociaż się rozwiódł to ożenił znowu, że choć została porzucona, to odnalazła nową, jeszcze szczęśliwszą miłość, że choć wiele miesięcy byli przygnębieni i rozczarowani, to odzyskali siły na budowę rodziny, kupno domu na Mazurach czy nagranie nowych, wreszcie wyrażających ich osobowość i ambicje płyt. Ale jeśli już zdarzy nam się tych płyt posłuchać, to aż się chce powiedzieć pani z kiosku, żeby już dla nas kolorowych tygodników nie zostawiała. Bo wypełniające albumy uporczywie neurotyczne nastroje, sercowe pęknięcia, ciągłe rozstania i przypływy samotności nie są chyba jedynie na chłodno skalkulowaną strategią reklamową, kwestią mody czy artystycznego snobizmu. Pewnie, że nieszczęśliwa miłość zawsze lepiej się sprzeda niż banalnie szczęśliwa, ale chyba nie może chodzić jedynie o względy promocyjne. A więc ponura prawda bije już nie tylko z tasiemcowych seriali z życia wyższych, piękniejszych i lepiej ubranych sfer, ale także z piosenek na płytach przez podobne sfery nagrywanych. Bardzo to, oczywiście, pocieszające, że także oni – pomieszkujący sobie w zamkach na szklanych górach, śpiący na siennikach wypchanych banknotami, rozbijający się samochodami, przy których nasze przechodzone polonezy czy fiaty wyglądają jak materiały odpadowe z fabryki konserw rybnych – cierpią na zwykłe przypadłości śmiertelników, przestają być kochani przez żony lub kochanki, córki lub synów, matki lub ojców, a w skrajnych przypadkach przez wszystkich razem wziętych. Po co żyjemy, dobiega zatem z głośników, jeśli nas nie chcą, nie rozumieją, nie pożądają. Po co nasze kontrakty z większymi wytwórniami, nowe dwupoziomowe mieszkania, wypielęgnowane twarze, o których rozpisują się gazety i huczą plotki na mieście, jeśli uczucia tak beznadziejnie się starzeją, emocje wysychają, a skóra nadziei, która miała być wiecznie świeża i różowa, cała szarzeje i pokrywa się siecią zmarszczek. Gdzie ci mężczyźni Tak sobie właśnie rozmyślałem, na przemian dziwiąc się, krzywiąc z niesmakiem lub wybuchając śmiechem, przy słuchaniu albumu „Mężczyźni”, znanej z teatru Buffo piosenkarki Katarzyny Groniec. Oto obdarzona oryginalnym głosem i aktorskim zacięciem interpretacyjnym wokalistka zdecydowała się na próbę kariery na szerszych, choć przez to o wiele bardziej mętnych wodach masowego rynku. Próba ta wydaje się dość starannie przygotowana i przemyślana, bo artystka wystartowała w barwach koncernu Sony, zaś opiekę aranżacyjno-producencką nad albumem objął Grzegorz Ciechowski. W dodatku ukazaniu się płyty towarzyszył rozgłos znacznie większy niż w przypadku typowych tego rodzaju propozycji, bo informacje i wywiady z wokalistką zamieściły nawet czasopisma nie podejmujące w zasadzie tematyki muzycznej (np. „Twój styl”). Ciechowski jako producent na zlecenie utrzymuje bez wątpienia solidny poziom rzemieślniczy, ale nad firmowanymi przez niego wespół z młodymi, wschodzącymi gwiazdkami muzycznego show biznesu wisi cień mimowolnego ograniczenia, sztuczności brzmieniowej i melodycznego schematu, który sprawia, że płyty te nie stają się niczym więcej, niż tylko perfekcyjnymi produktami rynkowymi, łatwymi w sprzedaży i słuchaniu. Szkoda, bo płyta Katarzyny Groniec – pomimo ewidentnego, słyszanego wyraźnie talentu piosenkarki, pomysłowych przymiarek aranżacyjnych, doborowego składu muzyków w studiu – przy uważniejszym posłuchaniu też okazuje się zaledwie efektownie brzmiącym produktem. A przecież zawiera wiele niezłych muzycznych pomysłów (dynamiczny rytm „Tanga z pistoletem”, intrygująca aranżacja piosenki Marka Grechuty „Godzina miłowania” oraz także przearanżowane, bardziej subtelne i liryczne „Przyznaję się do winy” z repertuaru Obywatela G. C., czyli swoista wariacja na temat własny Ciechowskiego) oraz znakomitych partii instrumentalnych, przede wszystkim jazzowego trębacza Piotra Wojtasika., co dobre, inspirujące, oryginalne zostaje tu jednak przycięte do sztywnego formatu produkcji Ciechowskiego. Nawet rozsiane obficie partie instrumentów smyczkowych brzmią chłodno i plastikowo, tonąc w nadmiarze elektroniki. Zaś prawdziwą mielizną, na której utknęli „Mężczyźni” Katarzyny Groniec okazują się teksty, jeden za drugim wpisujące się w ten sam schemat: odrzucona – samotna – poszukująca miłości. A przecież wystarczyłby Gałczyński („Gdybyś mnie kiedyś...”) czy Woroszylski („Mężczyźni, którym...”). Naprawdę nie jest łatwo napisać na ten temat coś więcej, co nie byłoby ckliwie kiczowate lub do bólu banalne. Biedna, rozczulona nad sobą i własnym pękniętym sercem, a w dodatku nieźle rozreklamowana Katarzyna Groniec na pewno znajdzie wielu chętnych do wspólnego pocierpienia, potęsknienia i pomarzenia o tej w końcu prawdziwej miłości. A choćbym nie wiem jak bardzo się z tego wszystkiego podśmiewał i naigrawał, to i tak rzucone przez kogoś, obdarzonego przecież urodą, sławą i względnym dostatkiem, pytanie: po co żyjemy, jeśli świat wreszcie pełen, ale serce puste, zawsze pozostaje zawieszone w powietrzu, by w najmniej spodziewanej chwili stanąć z nami twarzą w twarz. Maciej Woźniak Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku płytowemu „Swing” w Domu Handlowym TSS na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze