Z pierwszej podpowiedzi publiczności skorzystał dopiero przy pytaniu za 64 tys. zł. Wcześniej nie było takiej potrzeby. – Chodziło o to, w jakiej dyscyplinie Irena Szewińska nie zdobyła złotego medalu – opowiada Marek Fotek, uczestnik teleturnieju Milionerzy.- Domyślałem się, że chodzi o skok w dal, ale nie byłem do końca pewny. Poprosiłem o podpowiedź publiczność i moje przypuszczenia się potwierdziły. Dwie dalsze podpowiedzi wziąłem przy pytaniu za 125 tys. zł., ale w rezultacie z nich nie skorzystałem. Nie był to pierwszy start Marka Fotka w teleturniejach. Kiedy miał 21 lat, zakwalifikował się z mitologii greckiej do Wielkiej Gry. Niestety, zaproszenie do udziału w teleturnieju otrzymał dopiero 17 lat później i co tu dużo mówić, wiele rzeczy zapomniał. Trudno się więc dziwić, że ten występ nie zakończył się sukcesem. Potem był teleturniej Jeden z Dziesięciu, ale nie udało się dotrzeć do finału i ostatnio Teleturniej w RMF FM, gdzie występował w charakterze podpowiadacza. Wygrał 10% od 3200zł. - Do Milionerów dzwoniłem od początku istnienia teleturnieju – opowiada M. Fotek. – Zwykle było to raz w miesiącu. Dziś wiem, że zwykle do jednego nagrania dzwoni około 15 tys. osób, z tego 100 osób jest wylosowanych przez komputer i te osoby biorą udział w eliminacjach. Otrzymują bardzo trudne pytania. Ja miałem odpowiedzieć na pytanie, kiedy była Bitwa pod Obertynem. Kojarzyło mi się, że to gdzieś w XVI wieku, strzeliłem, że w 1521 roku. Okazało się, że w 1531, ale to było na tyle blisko, że zakwalifikowałem się do dziesięciu startujących. Żeby wziąć udział w dodatkowych eliminacjach, trzeba odpowiedzieć na pytanie, z którym dzwoni Katarzyna Witeska. Dzwoni w godzinach przedpołudniowych, a to oznacza, że większość ludzi, którzy podają swoje domowe numery telefonów, nie może ich odebrać. Rada pana Marka jest taka, albo dawać numer telefonu do pracy, albo komórkowy. Oczywiście, jeśli ktoś rzeczywiście chce, by do niego oddzwonili. Pan Marek zatem zakwalifikował się do teleturnieju. Data nagrania została wyznaczona na 30 marca, w gmachu telewizji, przy ul. Woronicza 17. Jednego dnia nagrywane są trzy emisje teleturnieju. – Wszystko zaczyna się godzinnym spotkaniem z Hubertem Urbańskim, podczas którego uczestnicy mogą zadawać pytania i zapoznają się z regulaminem, który potem podpisują. Później jest losowanie, kto w jakiej dziesiątce zasiądzie. Mnie wypadło nagranie środkowe, które rozpoczęło się około południa. Zanim jednak do doszło do nagrania, trzeba było trochę poczekać w przytulnej poczekalni. Organizatorzy dla uczestników i osób im towarzyszących przygotowali śniadanie, kawę, herbatę i robili wszystko, by zmniejszyć stres. –Pojechałem na nagranie do Warszawy z żoną Jadwigą, która chyba bardziej się denerwowała ode mnie. Ja już nie musiałem. Zanim rozpoczął się właściwy teleturniej, zawodnicy mogli spróbować odpowiedzieć na pytania i nacisnąć guziki na komputerku. – Mało kto zdaje sobie sprawę, jak łatwo się pomylić w naciskaniu. Przy pierwszej próbie zamiast nacisnąć enter, zresetowałem i wyszło, że nie odpowiedziałem na pytanie. Po drugiej próbie byłem zupełnie załamany, bo choć odpowiedziałem poprawnie, to straciłem mnóstwo czasu. Doszedłem jednak do wniosku, że to tylko gra i nie mam się co denerwować. Podczas nagrywania programu, kończyła rozgrywkę pielęgniarka z Wrocławia, która po raz drugi startowała w Milionerach. Przy pytaniu za 64 tys. zrezygnowała i oto przed szansą stanęło dziesięć osób, a wśród nich pan Marek. Pierwsze pytanie dotyczyło uszeregowania w kolejności albumu Beatlesów. Nikt nie odpowiedział poprawnie, wobec czego uczestnicy dostali podobne pytanie, tyle że dotyczące płyt Michaela Jacksona. Pan Marek był jedyną osobą, która odpowiedziała poprawnie więc został zaproszony przez Huberta Urbańskiego na środek. Marzenie o grze się spełniło. - Kiedy wsiedliśmy do samochodu po nagraniu, ani ja, ani żona nie pamiętaliśmy żadnego pytania, na które odpowiedziałem. Może dlatego, ze nie sprawiły mi większej trudności. Dopiero to pytanie o medale Ireny Szewińskiej, kiedy musiałem poprosić o podpowiedź publiczność. Po odpowiedzi na pytanie za 125 tys. zł była przerwa i teoretycznie nagranie następnego programu, który miał zostać wyemitowany kolejnego dnia. Tymczasem była tylko chwila przerwy na obiad i nagranie trzecie, w którym otrzymałem pytanie za 250 tys. zł. Chodziło o rewolucję w Budapeszcie, z października 1918 roku, która miała nazwę kwiatową. Tu się zaciąłem, mignęła mi myśl, że chodzi o rewolucję astrów, bo gdzieś w zakamarkach świtało mi, że ta rewolucja była jesienią, ale popatrzyłem na odpowiedzi i wśród nich były też aksamitki. Nie mogłem się zdecydować, choć skłaniałem się ku astrom. Poprosiłem o podpowiedź 50x50 i komputer zostawił mi astry i aksamitki. Zadzwoniłem do bratowej do Olsztyna, ale ona też nie znała odpowiedzi. Ponieważ żona w przerwie mi zapowiedziała, żebym już nie ryzykował, jeśli nie będę pewny na 100%, to zrezygnowałem. Okazji do zdobycia pieniędzy może być jeszcze więcej. Gdyby nie ta prośba żony, to chyba bym ryzykował i jak się później okazało, wygrałbym 250 tys. zł, ale cieszę się też z tej wygranej. Po rezygnacji, Hubert Urbański wręczył panu markowi czek, który jest tylko rekwizytem. Ten prawdziwy, pomniejszony o sumę podatku, został zrealizowany dopiero po emisji programu, czyli po 23 kwietnia. Od tego momentu pan Marek jest rozpoznawany na ulicy, ludzie mu gratulują: - Wcześniej nie chciałem się tym chwalić, wiedzieli tylko najbliżsi przyjaciele. Marek Fotek jest taksówkarzem, sporo czasu spędza na postoju. Nigdy nie lubił marnować tego czasu. – Mąż zawsze dużo czytał – mówi Jadwiga Fotek, - najpierw uczył się języka angielskiego, teraz czyta encyklopedie, almanachy, ma niezłą pamięć, jak już coś zapamięta, to na zawsze. Pan Marek o sobie mówi, że jest taki sam jak dawniej. – Pracuję, nawet nie zamierzam zmieniać samochodu. Plany na wydanie pieniędzy oczywiście są. Część pójdzie na remont, myślimy o jakiejś atrakcyjnej wycieczce i dołożymy do mieszkania dla córki. Na razie jeszcze nikt nie chciał pożyczyć ode mnie pieniędzy, ale mam kilka propozycji od towarzystw ubezpieczeniowych na III filar. Teraz będzie można o tym pomyśleć. Bo może pieniądze szczęścia nie dają, ale dzięki nim odpadają kłopoty dnia codziennego. - Z mojej pielęgniarskiej pensji – dodaje pani Jadwiga - i pensji męża, trudno odłożyć jakieś pieniądze. A na dodatek było to wspaniałe przeżycie, wrażenia. Jest tak cudowna atmosfera w studio, pan Urbański opowiada dowcipy, robi wszystko, żeby widzom i uczestnikom nagranie się nie dłużyło. Udział i zwycięstwo, bo wygrana w wysokości 125 tys. zł, to niewątpliwie zwycięstwo, dowartościowuje człowieka i oczywiście daje ogromną satysfakcję. – Już po emisji w telewizji ludzie mnie pytali, ile trzeba dać, żeby dostać się do finału. A tam naprawdę nic nie trzeba dać. Zapłacić trzeba tylko wyższe rachunki za rozmowy telefoniczne. Ale warto próbować, zachęcam. Trzeba mieć trochę wiedzy, trochę szczęścia i odwagę. Nawet osoby niepewne siebie powinny spróbować. Jest to fajne doświadczenie. Czy będę próbował jeszcze startować? Oczywiście. Zmienił się regulamin Milionerów i za rok mogę startować drugi raz. Ci, którzy znaleźli się w dziesiątce, ale nie grali o pieniądze, mogą znów startować za pół roku. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze