Zazwyczaj pod koniec tygodnia prześladuje mnie dylemat. O czym tu napisać? Wydaje się, że tematów można na poczekaniu wymyśleć mnóstwo, ale po dwudziestu kilku latach cotygodniowego pisania felietonów to naprawdę nie takie proste… Na szczęście problem sam się rozwiązał. Bo o czym pisać w TYM tygodniu? Temat jest tylko jeden. „Księżycowy” rekord Roberta Lewandowskiego. Szanowny Czytelnik może zapytać, czy z tym porównaniem trafienia piłką między trzy rury do lądowania człowieka na Księżycu to aby nie przesada? Jak dla kogo… Dla kibica, zwłaszcza takiego, co już trochę czasu na tym łez padole spędził i co nieco z historii futbolu pamięta, to wydarzenia absolutnie porównywalne. Tym bardziej, że Lewandowski te czterdzieści jeden goli strzelił z pewnością, a co do lądowania Amerykanów na Srebrnym Globie, to różnie mówią…
Wróćmy do historii. Kim był Gerd Müller? Nie brakuje opinii fachowców, którzy uznają go za najlepszego snajpera wszechczasów. Ja oczywiście żadnym ekspertem od futbolu nie jestem, ale kiedy słyszę hasło super snajper, to pierwsze nazwisko jakie ciśnie mi się na usta, to właśnie on! Król pola karnego! Na szczęście widziałem go w akcji na własne oczy. Nie miałem okazji oglądać Leonidasa, Wilimowskiego czy Pelego. Czy byli lepsi? Nie wiem. Podziwiałem późniejsze gwiazdy o podobnych walorach. Van Basten, Rush, Lineker (w Meksyku strzelił nam trzy bramki, wszystkie z „piątki”!)… Żaden nie „przeskoczył” w moim prywatnym rankingu tęgawego, pozornie ociężałego pana o krótkich nogach, który chyba w całej karierze nie strzelił choćby jednego gola typu „stadiony świata”. Najczęściej pasowały tu określenia typu wtoczył, wepchnął, wturlał itp. Stopą, udem, brzuchem, klatką, czy nawet… odwrotną stroną medalu. Ale wpadało, a o to przecież chodzi, czyż nie?
I jeszcze jeden szczegół z historii. Szczególnie dał się facet we znaki „człowiekowi który zatrzymał Anglię”. W debiucie reprezentacyjnym na Stadionie Dziesięciolecia strzelił mu dwa gole, co spowodowało rozbrat z reprezentacją na półtora roku (to bramkarza obarczono winą za porażkę 1:3). A w pamiętnym „meczu na wodzie” we Frankfurcie po obronie strzału Hoenessa z rzutu karnego Tomaszewski musiał skapitulować po uderzeniu Müllera, co definitywnie pozbawiło drużynę Górskiego szans na awans do finału mistrzostw świata. A śmiem twierdzić, że i złotego medalu… Można by więc powiedzieć, że wyczyn Roberta Lewandowskiego to taka „zemsta po latach”. Ale to stwierdzenie uznajmy za niebyłe. Gerd Miller jest człowiekiem ciężko chorym, nie ma świadomości, że utracił jakiś rekord. Wszystkiego dobrego Mistrzu!
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze