Wspomnienia mają różne kolory, różne smaki i zapachy. Czasami powracają frazą z zasłyszanej w dzieciństwie piosenki, wychylają się ze starych fotografii. Po latach nawet te smutne nabierają innego znaczenia. Maria Wiśniewska ma piękne wspomnienia. I te z „Naszego Domu” na Bielanach, gdzie dzieci śpiewały piosenkę o Kusym Janku, „co chodził z toporkiem”, i te z Gimnazjum Zdobienia Szkła w Polanicy. W szkolnym zespole śpiewała razem z Ireną Wiśniewską (Santor). A kiedy szlifowała kryształy w Hucie „Julia” w Piechowicach, nie przypuszczała, że niebawem wróci na Mazowsze. Z Radzanowa bliżej do Warszawy.
Mieszkaliśmy blisko cmentarza wojskowego na Powązkach. Tata Józef Lejdyn stawiał domy w Warszawie. 19 marca, w imieniny, śpiewałam mu „Dziś panna Andzia ma wychodne”. Dostawałam za to cukierki i brawa. Szczęśliwe dzieciństwo skończyło się, gdy miałam 4 lata. W 1936 roku zmarła mama. W dwa lata później zginął ojciec. Po pracy jego brygada zdążyła zjechać z pięciopiętrowego budynku. Pod nim lina pękła. Nie wiedziałam o jego pogrzebie. Byłam wtedy u cioci w Piasecznie. Dopiero, gdy wybuchła wojna i ciocia przywiozła mnie z powrotem do Warszawy do babci, najpierw poszłyśmy na cmentarz. Ojca pochowano w pięknym miejscu, w kwaterze Dowborczyków. Jest tam taka ładna górka i tablica. Był żołnierzem generała Dowbora-Muśnickiego. Należała mu się ta kwatera.
Korczak miał dla nas dużo serca
Babcia Konstancja postanowiła umieścić mnie w domu sierot na Bielanach. Ojciec pomagał w jego budowie, więc stwierdziła, że pani Maria (Maryna Falska – przyp. L.S.) to uszanuje i weźmie mnie do siebie.
Często odwiedzał „Nasz Dom” Janusz Korczak. Gdy przychodził, ustawialiśmy się w szpaler. A on szedł środkiem i każdemu kładł dłonie na głowie. Tak nas witał i to było cudowne. Nazywaliśmy go „dziadkiem” i bardzo szanowaliśmy. Miał dla nas wiele serca. Gdy mi ciężko, to sobie go przypominam.
Zanim Niemcy zabrali Korczaka do Treblinki, przyjechał pożegnać się z dyrektorką i z nami. Wyglądał okropnie. Cień człowieka. Marii powiedział, że „Nasz Dom” też zostanie zlikwidowany, bo jest potrzebny wojsku na koszary i że nas też wywiozą. Strasznie baliśmy się, czy już coś po nas nie podjeżdża. Widocznie nie zdążyli.
Czy było mi dobrze w „Naszym Domu”? Około 200 dzieciaków. Wielkie sale. Bywało głodno, ale zżyliśmy się jak jedna rodzina. W niedziele do mojej przyjaciółki Dady Żbikowskiej przychodziła mama. Zabierała też mnie na wspólne spacery. Wakacje spędzałam albo u babci na Powązkach albo u cioci na Nowym Bródnie, na Żytomierskiej.
Wybuchła wojna. Syreny wyły, trzeba było po ciemku się ubrać i zejść do piwnicy, żeby przeczekać nalot. W kółko powtarzaliśmy „Zdrowaś Mario”. Nasz wychowawca Zdzisław Sieradzki próbował nas rozśmieszyć, odwrócić myśli od tego, co za oknem. Pięknie grał na fortepianie. „Chodźcie, zaśpiewamy przed kolacją” – zachęcał. „Gdzie się podział Kusy Janek co chodził z toporkiem/ Co się kijkiem opasywał. A podpierał workiem”. Razem z nami było 25 dziewczynek żydowskich, które pani Maria ocaliła. W 1985 roku została uhonorowana tytułem „Sprawiedliwa wśród Narodów Świata”.
Czasami odwiedzał mnie wujek Kazik – najmłodszy z braci ojca. Jeden jedyny z rodziny targował się z babcią Konstancją, dlaczego mnie dała do domu dziecka. Zawsze przychodził późnym wieczorem. Może w 1940 albo 1941 zajrzał przed świętami. Przyniósł mi słonia z trabą do góry, który wieczorem świecił. Taką przypinkę do swetra. Wiele lat później dowiedziałam się, że działał w konspiracji. Został rozstrzelany na Pawiaku.
Wakacje 1944 roku miałam spędzić u babci. Ponieważ się rozchorowała, wylądowałam u cioci na Bródnie. Tam zastało mnie powstanie. Niemcy nas wysiedlali, palili całą ulicę, a tam były domy z drewna. Stali z pistoletami i wyganiali nas. Ciocia zdążyła zakopać talerze, garnki, trochę ubrań. Przydadzą się, jak wrócimy. Uciekaliśmy przez pola do Zielonki. Doszliśmy tylko do Ząbek, bo wujek już bardzo źle się czuł. Zmarł 15 września. Jak zrobić pogrzeb, gdy nic nie masz? Ludzie przynieśli deski, prześcieradła, co kto miał.
Zimę spędzałyśmy u sąsiadki na Żytomierskiej. Ciocia poszła odkopać nasze skarby, ale został tylko piernat. Dwa razy uniknęłam śmierci. Raz cofnęłam się sprzed drzwi domu, do którego wysłano mnie z sąsiadką po lekarstwa. Wpadł tam odłamek. Innym razem bomba w ogrodzie nie wybuchła.
Starsza młodzież z „Naszego Domu” brała udział w Powstaniu Warszawskim. W budynku działał Szpital polowy nr 203 II-go Obwodu Armii Krajowej „Żywiciel”. Dom w kształcie samolotu przetrwał wojnę. Nadal mieszkają w nim dzieci. Przetrwał też ukryty na strychu Pamiętnik Janusza Korczaka. Spotykamy się na zjazdach wychowanków. Przychodzi też była dyrektor Teresa Skudniewska.
Gdy mówisz „dzień dobry”, uśmiechnij się
Warszawę zostawiłam w ruinach. Las kominów, zapach spalenizny i ludzkich ciał, które wykopywano spod gruzów. Widziałam makabryczne rzeczy jako 12-letnia dziewczynka...
Lena Szatkowska
fot.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze