„Nie wiem, co jest obowi?zkiem artysty – powiedzia? Leonard Cohen w wywiadzie udzielonym polskiej telewizji przy okazji premiery swojej ostatniej p?yty – My?l?, ?e czasem powinien milcze?, a czasem m?wi? szczerze, bez ogr?dek.”– Trzeba przyzna?, ?e z obu tych powinno?ci kanadyjski bard wywi?zuje si? nale?ycie. W tekstach jego utwor?w uderza szczero?? i otwarto??, granicz?ca niekiedy z artystycznym ekshibicjonizmem. Ale na sw?j nowy album kaza? nam czeka? ca?e 10 lat. Ale przecie? Cohen to nie jedna z tysi?cy gwiazd, ?wiec?cych na muzycznym firmamencie, kt?re nagrywaj? kolejne p?yty, by wywi?za? si? z kontrakt?w i nie odej?? w zapomnienie. Nie obawia si? utraty popularno?ci, bo nigdy tak naprawd? o ni? nie zabiega?. Nie troszczy si? o kreowanie nowego, atrakcyjnego wizerunku, bo m?wi? za niego jego piosenki. Nie straszny mu up?ywu czasu, bo wartki strumie? lat, miesi?cy i dni wydaje si? szlifowa? jego wspania?y g?os, jak g?rski potok szlifuje na swoim dnie szorstki ?wir. Zapytany w tym samym wywiadzie, co jest powodem, ide?, ?r?d?em jego tw?rczo?ci, Cohen z przekornym b?yskiem w oku odpowiedzia?, ?e po prostu pobudki materialne, potrzeba utrzymania rodziny, wychowania dzieci. Wolno zatem przypuszcza?, ?e czuje si? raczej rzemie?lnikiem, kt?ry stara si? wykona? swoj? prac? – a jest ni? akurat przypadkiem pisanie piosenek - jak najlepiej, anga?uj?c w ni? wszystkie si?y umys?u i serca, nie za? jakim? chorobliwie uduchowionym artyst?, bujaj?cym w ob?okach natchnie?. I w tym zapewne tkwi tajemnica jego wieloletniej, sta?ej popularno?ci oraz zaufania wielbicieli, kt?rzy cierpliwie czekaj? na kolejne nagrania. Bo pozycja Cohena jest szczeg?lna i nie zmienia si? od lat, tak jak nie zmienia swego po?o?enia gwiazda polarna, pozostaj?c punktem orientacji i wyznaczaj?c sta?y kierunek, cho? ca?a ogromna tarcza nocnego niebosk?onu stale obraca si? bezg?o?nie wok?? naoliwionej niewidzialn?, ciemn? materi? osi. Muzyka, czyli mi?o?? Leonard Cohen urodzi? si? w 1934r. w Montrealu, ale korzenie jego ?ydowskiej rodziny si?gaj? Polski. Jego matka Masza wychowa?a si? na wschodnich rubie?ach i zna?a nasz j?zyk. Zamo?na rodzina zapewni?a m?odemu Leonardowi wszechstronne wykszta?cenie, zar?wno muzyczne (bra? lekcje gry na klarnecie, fortepianie i gitarze), jak i og?lne (studia na montrealskim uniwersytecie, obejmuj?ce m. in. histori? literatury, ekonomi? i zoologi?). Od pocz?tku zdradza? zainteresowania artystyczne, ale d?ugo – mimo pierwszych do?wiadcze? muzycznych i sukces?w literackich – nie m?g? zdecydowa? si? na wyb?r ?yciowej drogi. Bior?c udzia? w ?yciu artystycznym Montrealu, pracowa? jednocze?nie w kilku rodzinnych firmach. Kiedy jednak zacz?? kontynuowa? nauk? na wydziale prawa, okaza?o si? to gwo?dziem do trumny jego mieszcza?skiego ?ywota, bo przerwa? j? po zaledwie paru miesi?cach, by na zawsze ju? wybra? niepewny los podr??nika i ?piewaj?cego poety. W 1959r. opu?ci? Kanad? i osiedli? si? w Grecji, gdzie kupi? dom na wysepce Hydra. Malowniczy krajobraz i poznanie pi?knej ?ony norweskiego pisarza Axela Jensena – Marianne na dobre obudzi?y drzemi?ce w nim emocje i talent. Do po?owy lat 60-tych napisa? kilka tomik?w wierszy, sztuk? teatraln?, zbi?r opowiada? i dwie powie?ci. Ale jego prawdziwe przeznaczenie dopiero na niego czeka?o. W 1966r. wyjecha? z Hydry na d?u?ej i wkr?tce potem oficjalnie zadebiutowa? w Ameryce, ?piewaj?c swoje wiersze z akompaniamentem gitary. Chcia? spr?bowa? swych si? w Nashville jako wykonawca country, ale po drodze zatrzyma? si? w Nowym Jorku, gdzie utkn?? na dobre. I nic dziwnego, bo sp?dzi? tam noc z Janis Joplin, spotka? Boba Dylana i Lou Reeda, zaprzyja?ni? si? z Judy Collins, zakocha? w Nico – kr?tko m?wi?c, obyczajowa i muzyczna rewolucja lat 60-tych dotkn??a go wyj?tkowo osobi?cie i bezpo?rednio. Od mi?o?ci i muzyki nie by?o ju? odwrotu. Z publikacj? albumu „Songs Of Leonard Cohen” zbieg?y si? szcz??liwie publiczne wyst?py barda u boku s?awnej ju? w?wczas Judy Collins. Niezwyk?? popularno?? zdoby? tak?e promuj?cy go singiel z piosenk? „Suzanne”. To zagwarantowa?o sukces nagra?, a zarazem ukierunkowa?o dalsz? drog? artysty. Na kolejnych p?ytach („Songs From A Room”, „Songs Of Love And Hate”, „New Skin For The Old Ceremony”) Cohen w zasadzie ju? tylko doskonali? wypracowany styl (urzekaj?cy g??bi? i spokojem g?os plus oszcz?dne, ale niezwykle stylowe aran?acje oraz zmys?owe kobiece wokalizy), coraz odwa?niej si?gaj?c do osobistych do?wiadcze?, zar?wno muzycznych (echa folkloru ?ydowskiego, rzewnych piosenek rosyjskich i ukrai?skich, ?piew?w religijnych z synagogi, ale tak?e ameryka?skich piosenek country i starych blues?w oraz francuskich standard?w piosenki literackiej), jak i osobistych, dotycz?cych przede wszystkim bogatego i uparcie wymykaj?cego si? kontroli rozs?dku ?ycia uczuciwo-erotycznego (liczne piosenki-talizmany: „So Long Marianne”, adresowana do pierwszej muzy poznanej na Hydrze, „Chelsea Hotel No. 2”, po?wi?cona spotkaniu z Janis Joplin czy „Joan Of Arc” i „Take This Longing”, do kt?rych napisania natchn??a go Nico). Od pocz?tku mia? jednak niezwyk?y dar przeistaczania w?asnych t?sknot, z?udze? i zw?tpie? w uniwersalne teksty, w kt?rych m?g? je odnale?? jak swoje ka?dy s?uchaj?cy. Nie zmieni?a tego nawet do?? radykalna zmiana stylu na pocz?tku lat 80-tych, kiedy na p?ycie „Various Positions” Cohen zaprezentowa? swoje wiersze w komercyjnie wyg?adzonych, nasyconych elektronik? opracowaniach. Ale psychodeliczna atmosfera sprzed dekady wyparowa?a do szcz?tu, lato mi?o?ci zgas?o i trzeba by?o odnale?? si? w nowym ?wiecie, ze starzej?cym si?, ale na szcz??cie nie ca?kiem wystyg?ym sercem. Symbolem tej przemiany - lecz paradoksalnie tak?e wierno?ci dawnym ?yciowym i artystycznym wyborom - sta? si? przeb?j „Dance Me To The End Of Love”. Nawet bezwstydnie popowa, ocieraj?ca si? o kicz aran?acja nie os?abi?a si?y wyrazu tej piosenki. W ko?cu to przecie? nie arty?ci wymy?lili mi?o??. Dopiero mi?o?? wymy?la artyst?w. Nowa szata do starej ceremonii Najnowszy album Leonarda Cohena, wydany po niemal dziesi?cioletnim milczeniu (je?li nie liczy? sk?adanki i dw?ch p?yt koncertowych) zatytu?owany jest po prostu „Ten New Songs”, czyli „Dziesi?? nowych piosenek”. To prawda, ka?da z nich ma now? melodi? i tekst, ale – tak jak zwykle u Cohena – s? to tylko nowe szaty do starej, cho? za ka?dym razem nieco inaczej odprawianej ceremonii. W?a?ciwe obrz?dy: litanie i egzorcyzmy, pozostaj? te same, co zawsze. ?ycie i ?mier?. Mi?o?? i Nienawi??. Wierno?? i Zdrada. A przede wszystkim to, co dzieje si? mi?dzy nimi, jakby iskrzy?o pomi?dzy elektrodami, jakby napina?o struny po?udnik?w rozpi?te od bieguna do bieguna. Pod wzgl?dem muzycznym p?yta trzyma si? stylu, zapocz?tkowanego na „Various Positions” i kontynuowanego na „I’m Your Man” i „The Future”, czyli zawiera utwory w nowoczesnych, nie stroni?cych od elektroniki aran?acjach (otwieraj?ce album „In My Secret Life” czy „You Have Loved Enough”, rytmiczne, pogodne, niemal popowo banalne), o melodiach niekiedy od razu wpadaj?cych w ucho (?wietne, pulsuj?ce „Here It Is”, wyraziste „Boogie Street”), niekiedy za? rozwijaj?cych si? powoli, wraz z rosn?cym napi?ciem i zag?szczan? atmosfer? (ciemny w tonacji, jak tytu?, tajemniczy, wzbogacony echami i pog?osami „By The Rivers Dark”, a tak?e chyba najlepszy na p?ycie „A Thousand Kisses Deep”, w kt?rym znakomitemu tytu?owi towarzyszy wspania?a, hymniczna melodia, nie boj?ca si? por?wnania nawet ze s?ynnym „Everybody Knows”). Dla wielbicieli album?w Cohena z lat 60-tych i pocz?tku 70-tych wszystko to wyda si? pewnie troch? za g?adkie, zbyt konfekcyjne. Pozbawione magii d?wi?ku akustycznych instrument?w, takich jak skrzypce czy gitara klasyczna, ubo?sze o t? kropelk? instrumentalnego szale?stwa z „So Long Marianne” czy szorstkiej wirtuozerii z „Gypsy Wife”. Na szcz??cie pozostaje ten, co dawniej – a mo?e po latach nawet lepszy – g?os. G??boki, budz?cy zaufanie, unikaj?cy tanich efekt?w. G?os nie tyle ?piewaj?cy, ile snuj?cy melodyjn? opowie??. Powoli unosz?cy sylaby i s?owa, tak jak m?y?skie ko?o unosi krople wody z nap?dzaj?cej je rzeki. A jest to g?os cz?owieka raczej pogodzonego ni? zbuntowanego („Here It Is”), tego, kt?ry raczej znalaz? ni? jeszcze szuka („Love Itself”), raczej ju? nasyconego ni? gwa?townie spragnionego wra?e? („You Have Loved Enough”). Czasem gorzkie to pogodzenie, odnalezienie i nasycenie, ale tak czy owak trzeba je przyj??, jak wszystko, co niesie nam rzeka losu. Dlatego w „Here It Is” Cohen ?piewa tak lekko i pogodnie: „Niechaj ka?dy z nas ?yje, niechaj ka?dy umiera. Witaj, moja mi?o?ci, moja mi?o?ci, ?egnaj”. Maciej Wo?niak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze