Za chwilę w szkołach ruszy kolejna nowość Ministerstwa Edukacji Narodowej. To program „Owoce w szkole”. Jego idea jest bardzo szczytna – ma zmienić „nawyki żywieniowe” wśród najmłodszych uczniów. Teoretycznie wszyscy powinni być zadowoleni z programu. Rodzice i dzieci, ponieważ dostaną zdrową żywność, sadownicy, bo w trudnych dla nich czasach, sprzedadzą swoje produkty. Ale jak to z takimi programami bywa, diabeł tkwi w szczegółach, a wtedy nie jest już tak różowo.
wo.
Budżet całego programu to ponad 12 mln euro, czyli blisko 50 mln zł. Skierowany jest do uczniów klas I–III. W założeniach ministerstwa „Owoce w szkole” mają walczyć z wszechobecnymi w szkołach chipsami, batonami i innymi niezdrowymi produktami. Program ma wśród najmłodszych uczniów ukształtować właściwe nawyki żywieniowe. Zdaniem MEN „konsekwencją podniesienia świadomości uczniów w zakresie zdrowego żywienia, będzie ograniczenie występowania wśród dzieci nadwagi i innych chorób cywilizacyjnych, spowodowanych zbyt małym spożyciem owoców i warzyw”. Wśród produktów zakwalifikowanych do dystrybucji w szkołach znalazły się świeże owoce (jabłka, gruszki, truskawki), świeże warzywa (marchew, rzodkiewka, papryka słodka, ogórek) oraz przetwory (soki owocowe, warzywne i owocowo–warzywne). Według ministerstwa dostarczane owoce i warzywa będą gotowe do bezpośredniego spożycia, czyli czyste, wystarczająco rozwinięte i odpowiednio dojrzałe.
Do pierwszej tury programu na Mazowszu zgłosiły się 1144 szkoły. W regionie płockim takich podstawówek jest kilkanaście, a w samym mieście dziewięć. Co z pozostałymi? Dyrektorzy szkół oficjalnie nie chcą mówić, dlaczego nie przystąpili do programu. Tłumaczą jednak, że czekają jak rozwinie się sytuacja, bo ich zdaniem program nie do końca jest przemyślany. Chodzi m.in. o kwestię dystrybucji. Ta sprawa całkowicie spada na głowy dyrektorów. Do 5 października Agencja Rynku Rolnego, która zajmuje się organizacją i wdrożeniem programu, ma opublikować listę dostawców owoców i warzyw, z którymi szkoły mogą podpisać umowy. I tu pojawiają się pierwsze problemy. Bo co zrobić w przypadku szkół, w których program obejmuje np. 10 uczniów? Nikomu nie będzie opłacało się dowozić tak małej ilości produktów. Szkoły będą musiały je przechowywać.
– Mamy niewielką chłodziarkę i jakoś sobie poradzimy. Myślę, że możemy zgromadzić owoce i warzywa na około dwa tygodnie – mówi Jadwiga Lutomierska, dyrektor szkoły w Zdziarze Wielkim, w której programem objętych jest 11 uczniów. Podobnie jest w SP Machcino (10 uczniów). – Nasza chłodziarka powinna rozwiązać problem – mówi Elżbieta Nowakowska, dyrektor szkoły. Tylko czy to nadal będą świeże owoce i warzywa?
Wanda Cupta, dyrektorka płockiej SP 13 (54 uczniów w programie), w ogóle nie chce słyszeć o przechowywaniu żywności. – Absolutnie nie mam do tego warunków – mówi.
– Już przy akcji szklanka mleka, panie z ARR próbowały wstawić w szkole lodówkę. I się nie udało. Podobnie będzie i teraz. Podpiszę umowę tylko z taką firmą, która zapewni dostawę świeżych produktów.
O przechowywaniu żywności nie chce także słyszeć Bożena Rulak, dyrektorka SP 3. Z jej szkoły aż 333 osoby znalazły się w programie. – Nawet gdybym miała warunki, to nie zgodziłabym się na przechowywanie żywności – mówi. – Jeśli nie znajdzie się firma, gwarantująca cykliczne dostawy, wycofamy się z programu.
Dystrybucja to nie jedyny szczegół programu, który budzi zastrzeżenia. Maciej Kołodziejski, dyrektor SP 11, zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt. – A co zrobić z odpadami? – pyta. – Przecież nie wszyscy lubią marchewkę, albo jabłka. Te produkty natychmiast wylądują w koszach na śmieci. Z doświadczenia wiem, że tych odpadów będzie dużo. I szkoły mogą sobie z nimi nie poradzić. A przecież wystarczy kilka godzin, żeby w koszach z niezjedzonymi marchewkami czy paprykami pojawiły się muszki. I co wtedy?
Na programie mieli skorzystać również rolnicy. Agencja Rynku Rolnego już od roku szumnie zapowiadała, że do programu „Szklanka mleka” dołączą „Owoce w szkole”. Te wspólne projekty, które współfinansuje Unia Europejska, miały w jakiś sposób poprawić sytuację polskiego rolnika. Niestety, nie jest tak kolorowo. Zdaniem sadowników z naszego regionu, na programie zarobią nie oni, a firmy które konfekcjonują owoce i warzywa. Jak twierdzą, nic się więc nie zmieni. Tak jak w innych działach rolnictwa znów najwięcej zyskają pośrednicy.
Jak mówi Lech Dąbrowski, ani on, ani jego koledzy ze Stowarzyszenia Producentów Owoców Mazowsza Północnego „Bron-Sad”, którego jest prezesem nie zgłosili się do programu. – W Agencji Rynku Rolnego dowiedziałem się, że owoce i warzywa, przed dostarczeniem do szkół muszą być podzielone na porcje. W zafoliowanych torebkach powinny znaleźć się zarówno jabłka, jak również papryka, marchewka czy soczek. Jako sadownik nie miałbym wyboru i byłbym zmuszony dokupić brakujące produkty, ponieważ jestem tylko producentem jabłek. By to zrobić musiałbym wejść w kooperację z innymi producentami i de facto założyć firmę, płacić ZUS, podatki itd. To mi się po prostu nie opłaca.
Ktoś miał dobry pomysł od strony dietetycznej (dzieci będą jadły zdrową żywność), ale pod względem technicznym program jest niedopracowany. Za jedną porcję owoców i warzyw Agencja Rynku Rolnego zapłaci dostawcy 1,27 zł. Jeśli zliczymy koszty produktów i do rachunku dodamy koszty logistyki oraz prowadzenia firmy, to interes staje się nieopłacalny. Dodatkowo ARR rozliczy się z takim dostawcą dopiero po zakończeniu szkolnego semestru.
Jak się okazuje, program jest dość opłacalny, ale tylko dla hurtowników, którzy mają już stworzoną sieć dystrybucji oraz odpowiednie zaplecze. Sadownicy obawiają się, że na całym tym programie nie zyskają, a stracą. – Pośrednicy wiedzą, że owoce są tanie, dlatego będą chcieli wykupić od nas jabłka za grosze. Teraz widzę, że nasze nadzieje o tym, że będziemy mieli wreszcie opłacalny rynek zbytu legły w gruzach. Może zarobią na programie producenci z regionu grójeckiego, gdzie sadownictwo jest bardziej rozwinięte – dodaje Lech Dąbrowski.
Grzegorz Szkopek
Marcin Śmigielski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze