Reklama

Kocim pazurkiem - Śmierć awangardy

19/04/2001 12:00
Przed laty Wyścigi Konne na Służewcu w Warszawie był to obiekt położony daleko za miastem, na końcu ul. Puławskiej. Dalej były już tylko Piaseczno i zaraz potem Grójec. Stolica kończyła się gdzieś tak między KG MO przy ul. Ksawerów i Dworcem Południowym kolejki wąskotorowej, łączącej ją właśnie z Grójcem.Od Komendy Policji do Wyścigów rozciągała się niska i coraz rzadsza zabudowa: za Wyścigami były już w zasadzie wyłącznie kartofliska. Później, przy przecznicy Puławskiej ochrzczonej imieniem Pawła Woronicza, wybudowano kompleks Telewizji, który z biegiem lat obrósł w osiedla mieszkaniowe, albowiem hasło „zamieszkaj przy telewizji” było zachęcające, choć budowano w polu. W czasie mojego życia cywilizacyjna luka między Warszawą a Piasecznem praktycznie zniknęła, wchłaniając nawet wiochę Mysiadło, gdzie są gigantyczne szklarnie: zaplecze pomidorowo-rzodkiewkowe aglomeracji. Tylko jedno zjawisko przetrwało boom cywilizacyjny: płot Wyścigów od lat pokryty kompozycjami plastycznymi; w ten sposób jest to najdłuższa (ok. 1 km) galeria graffiti w kraju. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym fenomenie, gdyż malunki na murach Wyścigów mają swoją historię o wiele starszą, niż np. graffiti na wagonach kolejki średnicowej (stołecznej i trójmiejskiej) lub te, przeciwko którym protestował dwa tygodnie temu jeden z Czytelników „TP”, proponując jako „sposób na grafficiarzy”: nie pamiętam czy rozstrzeliwanie ich, czy karanie całego osiedla mandatami, jeśli osiedle nie doniesie, kto maluje. Widocznie stęsknił się za wynalazkami panów Hitlera i Stalina: porządek musi być a jak nie, to pod mur – albo co najmniej odpowiedzialność zbiorowa. Jeśli podobnych mu jest w Płocku więcej, wieszczę serię Procesów Płockich za kilkadziesiąt lat; na szczęście nie zobaczę tego, co zdarzy się w międzyczasie. Milcząca zgoda socjalistycznych władz na graffiti wokół Wyścigów miała oczywiście przyczynę: nieobowiązujące, nawet w pewnym sensie „opozycyjne” malunki miały ukryć to, co było istotą Wyścigów Konnych w Warszawie, Sopocie i Wrocławiu. Skrót PWK (Państwowe Wyścigi Konne) rozwijano wszakże jako Przedsiębiorstwo Wyciągania Kasy, gdyż galopy mają to do siebie, że – w przeciwieństwie np. do totka, gdzie przypadkowo trafić dużą wygraną może praktycznie każdy! – łatwo ukryć wszelkie przekręty i gonitwy „nie ustawione” trafiają się sporadycznie. A mieliśmy wokół socjalizm i powszechna możliwość zdobycia szybko dużych pieniędzy w sposób uczciwy (lub na pozór uczciwy) była ograniczona, jako że nie było wokół przedsiębiorstw zagranicznych, kas chorych, rad nadzorczych, spółek Skarbu Państwa czy samorządów, które dziś wynagradzają spryciarzom minioną konieczność samoograniczeń... Osoby dopuszczone do wyścigowego żłobu (rekrutowały się zazwyczaj z kręgów milicyjnych, ale nie tylko) były na tyle przezorne, iż przestrzegały zasady „przesuniętego klucza”. Sopot grał w Warszawie, Warszawa we Wrocławiu, Wrocław w Sopocie i nikt nie oburzał się, gdy po kolejnej gonitwie po torze szedł „hyr”, że jakiś miły pan z daleka wygrał właśnie ładny samochód... Ceną za święty spokój w bagnie była zgoda na graffiti, zwłaszcza stołeczne, ze względu na jego położenie (było sporo widzów, gdy np. w Wrocławiu – mniej). Wykorzystywali to wówczas młodzi zbuntowani i graffiti krzyczały nie tylko formą, ale i nonkonformistyczną treścią. Te wspomnienia na murze stołecznych Wyścigów trwają do teraz, ale jakież znaczenie ma słabo widoczny już, wyblakły napis, że np. „Trzeba mówić...”? Mówić już wolno, za to malować chyba już nie (władze gminy Mokotów zachowują skansen?). Grafficiarze zrozumieli, że jeśli ich twórczość ma istnieć nadal, trwając przy swojej zbuntowanej istocie, na tym historycznym murze nie mają nic do szukania. Nikt ich z Wyścigów nie przepędza (co wobec grafficiarzy skutkuje zawsze w sposób odwrotny!), ponieważ malunki na Wyścigach nie są konieczne jako kamuflaż: aby dojść nieuczciwie do majątku nie trzeba obstawiać koni, liczą się raczej politycy... W ten sposób możemy sformułować kolejne Prawo Kociego Pazurka: sposób kradzieży wybitnie wpływa na sztukę. Starodawne, wykonywane wedle kanonów kodeksu honorowego złodziejstwa zdychają – tym samym powodując śmierć awangardy artystycznej. W każdym razie dla władz graffiti są zawsze sposobem na odwrócenie uwagi ludu. Cokolwiek by nie mówiły. Andrzej Bajkowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości