W ostatnim dniu starego roku, jechałem z Zakopanego do Otwocka, by powitać Nowe Tysiąclecie, wspólnie z moim młodszym bratem, który nie budzi się przed 15.00. Właśnie dochodziło południe, miałem zatem sporo czasu, toteż gdy za Kielcami, zobaczyłem przy drodze rozpaczliwie machającą postać niewiasty – zaryzykowałem zatrzymanie.Pani zapytała, czy jadę w kierunku Radomia? Jeśli tak, dla niej będzie to bliżej, gdyż udaje się na Sylwestra do Kazimierza. Tu – niejako na marginesie – uczciwie dodała, że jest adiunktem, wykładowcą rzeźby na Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, co miało mi uświadomić, żebym nie liczył na zwrot kosztów podróży, bo to i budżetówka i kultura, czyli biedota – dwa w jednym. Z Kielc do Otwocka można jechać dwoma drogami: przez Radom – Grójec – Górę Kalwarię lub trochę dłuższą drogą przez Puławy, skąd pani adiunkt bliżej byłoby do Kazimierza. Mam wobec kultury polskiej jeszcze ubiegłowieczne długi. Najlepsze, czego udało mi się dokonać to, że nie zostałem polskim artystą. W ten sposób nie obciążyłem w latach 60-90 budżetu państwa (choć trochę szkoda, gdyż obciążałbym budżet komuchów, który jak wiadomo był wynikiem polityki partii, a nie wysiłku narodu...) Nie obciążyłem też – potem – nerwów rządzących Koalicji, za co Koalicje powinny mnie lubić. Niemniej inteligenckie sumienie mnie gryzie i chociaż wiem, że jestem niemodny, a na podwórku dzieci śmieją się ze mnie, czynną pomoc kulturze uważam za swój obowiązek: pojechałem przez Puławy. Podróż upłynęła nam na rozważaniu, dlaczego wykładowcy uczelni wyższych w Polsce jeżdżą autostopem jako pasażerowie, gdy na całym świecie to raczej oni wożą autostopowiczów. Pani adiunkt była przeciw temu zjawisku, ale w końcu zgodziła się z moją argumentacją, że jest to wynik epoki przełomu: najpierw musimy zapewnić każdemu odpowiednią porcję paciorków, odpowiednie miejsce do modlitwy, członkostwo w UE i łączący nas globalistycznie komputer – potem dopiero przyjdzie czas np. na książki, malarstwo, muzykę inną niż disco-polo i rzeźbę w każdej kuchni. Jeżeli już, w swoim szaleństwie, uparła się, aby dziś, gdy jest to działalność zdecydowanie przedwczesna, nauczać rzeźby – niech cieszy się, że jakaś przedziwna inercja władz płaci jej za to, choćby i grosze, z budżetu. Znane są przypadki, gdy artystów i naukowców zamykano w obozach, aby zmusić ich tam do wykonywania jakiejś pożyteczniejszej pracy. U nas tego jeszcze nie ma, u nas jest wolność i demokracja, A Wielki Brat (patrz Orwell) na razie objawia się próbnie: rozrywkowo i w telewizji. Ale poczekajmy... Mój wrodzony optymizm doczekał się nagrody: pani adiunkt (Izabella Żuławnik) zaprosiła mnie na swój wernisaż, zapowiedziany na dzień 12 stycznia w Otwockim Centrum Kultury Galeria „Smoke”. Poszedłem bez przekonania, niezbyt pewien, że będzie tam ktokolwiek poza autorką, organizatorami i poza mną, ale nie iść po prostu nie wypadało. 12 stycznia, o godz. 20.00 w Klubie „Smoke” (w którym mieści się Galeria „Smoke”) przy ul. Warszawskiej 11 w Otwocku – rzuciło mnie na kolana. Nie z powodu wystawionych tam prac p. Żuławnik; były to krótkie szkice prozą poetycką, dobrane do nich fotografie i wreszcie rzeźby – jakby wynik tamtych poszukiwań, skromne, ascetyczne, małoformatowe. Zaciekawiały – ale nie wstrząsały. Zresztą aż tak nie znam się na sztuce. Być może autorka, gdy dojrzeje (a jest młoda, trzydzieści kilka lat to dla rzeźbiarza niemowlęctwo...) zrobi ogromną karierę. Na kolana rzuciło mnie coś zupełnie innego: na wernisaż przybył tłum gości, co najmniej 50 osób, a ktoś mi powiedział, że „to się dopiero rozkręca, niektórzy pojawią się ok. 22.00”. Młodzi ludzie z powagą i uwagą oglądali (i czytali) wystawione prace, dzielili się uwagami. Nie było alkoholu, w tle sączył się jakiś jazz czy może już jass, większość słonych paluszków zeżarłem ja, przesympatyczny kierownik Galerii był z większością bywalców na „ty” i kilkakrotnie zapewniano mnie, że jest w tej galerii jakiś magnes, ponieważ frekwencja dopisuje na większości organizowanych tu wystaw. Być może miłość do kultury zmarła w rządzie, mediach i w ogóle w Centrali – ale żyje, no, choćby tylko egzystuje! W rozmaitych Otwockach. Dobre i to. Może będzie zaraźliwe? Nie mówiłem, że jestem optymistą? Czego i płockiej kulturze życzę. Andrzej Bajkowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze