Chwilowo mieszkam w Domu Pracy Twórczej ZSiKS w Konstancinie. Byłbym niewychowany, gdybym nie wspomniał o cudownej atmosferze, wyjątkowej obsłudze, nadspolegliwym kierownictwie i wspaniałym wyżywieniu; DPT-y, których jest w Polsce 5, słyną z tych zalet od lat.Są to domy dostępne w zasadzie tylko dla członków ZAiKS; osoby z bratnich stowarzyszeń twórczych mogą być gośćmi tylko w miarę wolnych miejsc, zresztą płacą drożej. Wśród dobrodzejstw Domu jest i takie, że spotyka się tu głównie osoby znane lub autentycznie zasłużone (dla kultury), natomiast nie ma polityków, aczkolwiek także są znani i uważają się za zasłużonych. Niektórzy nawet dla polskiej kultury, co w naszych czasach i w odniesieniu do polityków współczesnych brzmi jak ponury żart... Brak polityków to kolejna zaleta DPT. Literat Józef Hen i reżyser filmowy Jerzy Hoffman pracowali niedawno nad nowym scenariuszem, ale żebym zaraz wpraszał się do towarzystwa? Za wysokie progi, aczkolwiek Hoffman podarował mi godzinkę na dyskusję o pewnym pomyśle fabularnym. Natomiast inny wybitny artysta, Włodzimierz Nahorny, niedawno nagrodzony „Fryderykiem ‘2000”, jako jazzowy Muzyk Roku za płytę Fantazja Polska (opracowania jazzowe utworów Chopina) i znany z tego, że popularyzuje jazz w telewizyjnej „Kawie czy Herbacie”, jest mi także znany osobiście z lat wspólnej młodości: on zaczynał (doskonale!) na saksofonie, a ja (słabiutko!) na perkusji i bywało, że nie tyle graliśmy na wspólnych jam-sessions, ile pijaliśmy wódkę w barach tych samych klubów. Bywało, że jednocześnie. Dziś nadal coś nas łączy: to, że już nie pijemy wódki. Wspólnie. W tym wypadku spotkanie zakończyło się długą i ożywioną dyskusją, której tematem byli dawni znajomi (przeważnie już nie żyją) oraz jazz, kolejna wspólnota, która -–w przeciwieństwie do znajomych – ma się dobrze, aczkolwiek są chwile, gdy traci na popularności. Na temat niezniszczalności jazzu Włodzimierz wytoczył argument podstawowy. Jest to jedyna dziedzina sztuki, w której odbiorca jest – więcej: musi być! – świadkiem narodzin dzieła – powiedział. – To jest fenomen, nie dość, iż sprawa pasjonująca sama w sobie, ale ponadto zaspokaja odwieczną ludzką potrzebę podglądactwa! – dodał. Moje argumenty były bardziej amatorskie, żeby nie rzec: prostackie (ale gdzie mnie, miłośnikowi jazzu, do profesjonalisty!). Mówiłem, że jazz ma w sobie coś ze sportu. Idziemy na mecz piłkarski, wiemy, że nie będą tam np. rzucali oszczepami albo pływali, ale wynik końcowy jest niewiadomą. Podobnie koncert jazzowy: rodzi się w trakcie trwania; wielu muzyków jazzowych twierdzi, że ich najlepsze dzieła powstały „in life”, na żywo. Nahorny spojrzał (pobłażliwie, było nie było znamy się od blisko 40 lat) i w końcu pokiwał głową: może być i to ... Urosłem. Ale nie zanadto. Potem zaistniała już tylko zgoda: korzenie jazzu są długowieczne, nigdy nie był on wykwitem mody (jak jakiś współczesny np. rap lub disco-polo, zjawiska przemijające), uprawianie jazzu wymaga pewnej wiedzy i doświadczenia, sam talent to jeszcze mało. Także nie wystarczy znajomość trzech chwytów gitarowych i tekstów w rodzaju „ja kocham cię – a ty mię nie!” ani kupienie elektrycznej gitary ze zmieniaczem brzmienia. Jak wszyscy artyści mamy lepsze i gorsze dni, od aktualnie zajmowanej pozycji zależą poglądy na temat kondycji jazzu – dodał Nahorny. „Ale aby grać jazz – trzeba przede wszystkim słuchać jazzu; jazz utrwala się nie tylko w nutach, ile na płytach, a płytografia jest potężna!” Ustaliliśmy to – i stało się oczywiste, dlaczego są chwile w historii jazzu (czyli w historii kultury muzycznej świata!) gdy dźwięk jazzu zostaje jakby przytłumiony: jazz wymaga pracy. Wysiłku. Cierpliwości. Jak wszystko, co ma przetrwać. Jak wszystko, co ma wartość ponadczasową. I wtedy obaj zrozumieliśmy ogromną zaletę braku obecności współczesnych polityków w DPT. Tu się pracuje. Najpierw głową, potem „palcyma”. Ja zapisuję wszystkie literki. Włodek, głównie większe kropki oraz kreseczki, literki „b”, krzyżyki i chorągiewki, które razem tworzą piękno. Obecność polityków tak czy inaczej byłaby nie na miejscu. Oni głównie mówią. Niekiedy nawet o kulturze. Składają obietnice. Ale nie pracują, w każdym razie twórczo. Jeśli zaś w cokolwiek wierzą – to wyłącznie we własną wielkość, której na ogół nie ma. Natomiast po Nahornym w ogóle nie widać, iż jest wielki. Andrzej Bajkowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze