Reklama

Kocim pazurkiem - Jazz wiecznie żywy

12/04/2001 10:10
Chwilowo mieszkam w Domu Pracy Twórczej ZSiKS w Konstancinie. Byłbym niewychowany, gdybym nie wspomniał o cudownej atmosferze, wyjątkowej obsłudze, nadspolegliwym kierownictwie i wspaniałym wyżywieniu; DPT-y, których jest w Polsce 5, słyną z tych zalet od lat.Są to domy dostępne w zasadzie tylko dla członków ZAiKS; osoby z bratnich stowarzyszeń twórczych mogą być gośćmi tylko w miarę wolnych miejsc, zresztą płacą drożej. Wśród dobrodzejstw Domu jest i takie, że spotyka się tu głównie osoby znane lub autentycznie zasłużone (dla kultury), natomiast nie ma polityków, aczkolwiek także są znani i uważają się za zasłużonych. Niektórzy nawet dla polskiej kultury, co w naszych czasach i w odniesieniu do polityków współczesnych brzmi jak ponury żart... Brak polityków to kolejna zaleta DPT. Literat Józef Hen i reżyser filmowy Jerzy Hoffman pracowali niedawno nad nowym scenariuszem, ale żebym zaraz wpraszał się do towarzystwa? Za wysokie progi, aczkolwiek Hoffman podarował mi godzinkę na dyskusję o pewnym pomyśle fabularnym. Natomiast inny wybitny artysta, Włodzimierz Nahorny, niedawno nagrodzony „Fryderykiem ‘2000”, jako jazzowy Muzyk Roku za płytę Fantazja Polska (opracowania jazzowe utworów Chopina) i znany z tego, że popularyzuje jazz w telewizyjnej „Kawie czy Herbacie”, jest mi także znany osobiście z lat wspólnej młodości: on zaczynał (doskonale!) na saksofonie, a ja (słabiutko!) na perkusji i bywało, że nie tyle graliśmy na wspólnych jam-sessions, ile pijaliśmy wódkę w barach tych samych klubów. Bywało, że jednocześnie. Dziś nadal coś nas łączy: to, że już nie pijemy wódki. Wspólnie. W tym wypadku spotkanie zakończyło się długą i ożywioną dyskusją, której tematem byli dawni znajomi (przeważnie już nie żyją) oraz jazz, kolejna wspólnota, która -–w przeciwieństwie do znajomych – ma się dobrze, aczkolwiek są chwile, gdy traci na popularności. Na temat niezniszczalności jazzu Włodzimierz wytoczył argument podstawowy. Jest to jedyna dziedzina sztuki, w której odbiorca jest – więcej: musi być! – świadkiem narodzin dzieła – powiedział. – To jest fenomen, nie dość, iż sprawa pasjonująca sama w sobie, ale ponadto zaspokaja odwieczną ludzką potrzebę podglądactwa! – dodał. Moje argumenty były bardziej amatorskie, żeby nie rzec: prostackie (ale gdzie mnie, miłośnikowi jazzu, do profesjonalisty!). Mówiłem, że jazz ma w sobie coś ze sportu. Idziemy na mecz piłkarski, wiemy, że nie będą tam np. rzucali oszczepami albo pływali, ale wynik końcowy jest niewiadomą. Podobnie koncert jazzowy: rodzi się w trakcie trwania; wielu muzyków jazzowych twierdzi, że ich najlepsze dzieła powstały „in life”, na żywo. Nahorny spojrzał (pobłażliwie, było nie było znamy się od blisko 40 lat) i w końcu pokiwał głową: może być i to ... Urosłem. Ale nie zanadto. Potem zaistniała już tylko zgoda: korzenie jazzu są długowieczne, nigdy nie był on wykwitem mody (jak jakiś współczesny np. rap lub disco-polo, zjawiska przemijające), uprawianie jazzu wymaga pewnej wiedzy i doświadczenia, sam talent to jeszcze mało. Także nie wystarczy znajomość trzech chwytów gitarowych i tekstów w rodzaju „ja kocham cię – a ty mię nie!” ani kupienie elektrycznej gitary ze zmieniaczem brzmienia. Jak wszyscy artyści mamy lepsze i gorsze dni, od aktualnie zajmowanej pozycji zależą poglądy na temat kondycji jazzu – dodał Nahorny. „Ale aby grać jazz – trzeba przede wszystkim słuchać jazzu; jazz utrwala się nie tylko w nutach, ile na płytach, a płytografia jest potężna!” Ustaliliśmy to – i stało się oczywiste, dlaczego są chwile w historii jazzu (czyli w historii kultury muzycznej świata!) gdy dźwięk jazzu zostaje jakby przytłumiony: jazz wymaga pracy. Wysiłku. Cierpliwości. Jak wszystko, co ma przetrwać. Jak wszystko, co ma wartość ponadczasową. I wtedy obaj zrozumieliśmy ogromną zaletę braku obecności współczesnych polityków w DPT. Tu się pracuje. Najpierw głową, potem „palcyma”. Ja zapisuję wszystkie literki. Włodek, głównie większe kropki oraz kreseczki, literki „b”, krzyżyki i chorągiewki, które razem tworzą piękno. Obecność polityków tak czy inaczej byłaby nie na miejscu. Oni głównie mówią. Niekiedy nawet o kulturze. Składają obietnice. Ale nie pracują, w każdym razie twórczo. Jeśli zaś w cokolwiek wierzą – to wyłącznie we własną wielkość, której na ogół nie ma. Natomiast po Nahornym w ogóle nie widać, iż jest wielki. Andrzej Bajkowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości